Religią w szkole nikt nie zaprzątał sobie głowy, wszyscy od góry do dołu listy w dzienniku lali na nią Sagę, ale w niedzielę każdy zapierdalał do kościółka ubrany w świeżo wyprasowane dresy albo jasne spódniczki. Tak, była to ta słynna mentalność że trzeba chodzić, bo co sąsiedzi powiedzą?
Moje problemy z religią zaczęły się w zerówce, gdzie była nauczana, czy raczej wpajana nam przymusowo, bo „nauką” indoktrynacji nie można nazywać. To był mój pierwszy kontakt z jakąkolwiek formą prania mózgów – i zaręczam, większość dzieci ulegała presji surowej i groźnej katechetki, bojąc się, że poskarży się ich równie surowym i groźnym rodzicom, którzy odkąd nauczyli się chodzić, zaznajamiali ich z modlitwami, piosenkami i funkcjonowaniem kościoła, podczas gdy ja od chrztu nie byłem w kościele ani razu. Podczas gdy inni rodzice ciągali swoje gówniaki do kościołów wbrew ich woli, ja z mamą i siostrzyczką chodziliśmy do parku albo robiliśmy drobne zakupy i zawsze dostawałem coś słodkiego. Być może po to, by odwrócić myśli od starego trzeźwiejącego w międzyczasie w przedpokoju po tygodniu ciężkiego chlania.
To jest kurwa prawidłowe wychowanie – w sensie to, co robiła Ewelina, a nie jej parodia męża albo fanatycy straszący małolatów diabłem, jeśli nie dadzą dwóch złotych na tacę każdej niedzieli.
W związku z kategorycznie odmiennym od reszty wychowaniem, przez pierwszych kilka tygodni spędzonych w zerówce byłem lekkim odszczepieńcem, bo jak wszyscy stawali w kółeczku żeby się pomodlić i robili jakieś wygibasy rękami (to słynne „w imię ojca i syna i skurwysyna, amen, mam przeczucie że zaraz złego coś się stanie”4), ja stałem ze spuszczoną głową i udawałem że mnie nie ma. Czułem się gorszy, myśląc, że nie wiem o czymś nie tyle tylko ważnym, co po prostu normalnym. Z biegiem czasu zacząłem się aklimatyzować, a później również nabierać do tego większego dystansu, ale wtedy, mając te sześć czy siedem lat, czułem się jak obcy w obcym kraju5.
Podczas jednej z lekcji katechetka kazała nam narysować ministranta. Nie miałem pojęcia co to jest ministrant, jak wygląda i czym się to je. Zapytałem więc o to jakiegoś Sebka siedzącego obok mnie:
– Seba, co to ministrant?
– No jak to, to ty nie wiesz?
– No powiedz, nie bądź taki, co?
– No taki chłopak w kościele, z choinki się urwałeś?
No to zacząłem bazgrać jakiegoś chłopaczka w białym garniturze, bo podejrzałem prace innych i zobaczyłem, że wszyscy bez wyjątku rysują swoich w jakichś trudnych do sprecyzowania białych ubraniach. Spojrzałem w bok – ktoś dodał jakiegoś kurwa gołębia koło swojego ministranta, to ja też narysowałem ptaka lecącego nad moim, a co.
Seba spojrzał na moje dzieło i zaczął cisnąć bekę, pytając co to za garnitur i czy w życiu kiedykolwiek byłem w kościele. Poczułem gorycz z powodu swojej inności i przy okazji wściekłość, więc chwyciłem za kredkę i dorysowałem nią płomienie trawiące garnitur ministranta i jakiś grymas cierpienia na jego mordzie, a na koniec dorobiłem rzadkie gówno wypadające z dupy gołębia i opryskujące chłopaczka.
Ale mamałyga katechetki najlepsza, jak na piętnaście posłusznych owieczek ujawnił się jeden demon sługa szatana demoralizujący grupę, niedający się zmanipulować straszakom o wiecznym cierpieniu w piekle!
Dość by powiedzieć, nie zaliczyłem tej pracy i w ramach kary wyleciałem po raz pierwszy za drzwi. Gdy tak siedziałem sam na podłodze korytarza, drzwi drugiej klasy otworzyły się i wychowawczyni innej grupy wzięła mnie pod swoją opiekę na godzinę, żebym tak nie siedział sam jak trędowaty.
Przez kolejnych kilka miesięcy wielokrotnie lądowałem za drzwiami, między innymi za gadanie podczas modlitwy, wyzwanie katechetki od potwora z Power Rangers (albo czegokolwiek, co było wtedy popularne, bo chyba Power Rangers pojawili się dopiero gdy poszedłem do podstawówki), za niewykonywanie jej poleceń i za bycie jebanym Damienem dzieckiem diabła z Omena (nie mylić z MC Omenem), ale tamta druga wychowawczyni nie mogła tydzień w tydzień brać do swojej grupy, więc z czasem była zmuszona zacząć mnie ignorować. I w efekcie tak sobie samotnie siedziałem, co niewykluczone było lepszą alternatywą do wysłuchiwania pierdolenia dewotki za ścianą.
Dwa lata później, gdy Iza sama poszła do zerówki, to w pierwszych tygodniach miała tam niezłe piekło, bo katechetka od razu założyła, że tak samo jak starszy brat musi mieć w sobie diabelskie nasienie i trzeba ją utemperować zanim będzie za późno. Mama miała z tego lekki ubaw i pytała mnie czasem w żartach co ja najlepszego narobiłem.
W okolicach początku piątej klasy dorosłem na tyle, żeby rzeczywiście zdać sobie sprawę z tego, kim jestem i w co wierzę, albo raczej w tym przypadku w co NIE wierzę. Nie nastąpił w moim życiu żaden przełom czy kryzys, nie było żadnych dramatów i buntów, po prostu uświadomiłem sobie, że religia nic dla mnie personalnie nie znaczy i nie wierzę w jej mitologiczną otoczkę, choć gdyby wtedy ktoś mnie o to zapytał, nie byłbym w stanie podać mu ani dobrych argumentów logicznych czy historycznych, ani tym bardziej ubrać w słowa swój światopogląd, tak, by móc później bronić go przed popularnymi atakami przeciw „heretykom”. Niech za przykład posłuży klasyczne „nie można być moralnym jeśli się nie wierzy”, co jest czystym idiotyzmem, choć dzieciakowi mógłby skutecznie zatkać usta, z czego zeloci nagminnie korzystają.
Pamiętam tamto jesienne popołudnie. Wracałem ze szkoły w towarzystwie znajomego z równoległej klasy, Michałka, bo większość chłopców zostało po lekcjach żeby obejrzeć mecz rozgrywany na boisku za szkołą. Grała chyba drużyna starszaków z klubu piłkarskiego, do którego był zapisany Patryk, więc czuli obowiązek robienia im za lojalnych kiboli. Ja natomiast na piłkę miałem raczej wyjebane, choć wiadomo, czasami lubiłem pograć z kolegami pod blokiem, tak dla zabawy. Co innego jednak aktywnie grać, a co innego oglądać jak gra ktoś inny – w tym nigdy nie widziałem niczego pociągającego, i nic się w tej kwestii nigdy nie zmieniło.
Wpół drogi między naszą podstawówką a rewirem znajdował się metalowy krzyż, nie wiem czy upamiętniający kogoś, a może postawiony dla ofiary jakiegoś wypadku, nie mam pojęcia, bo nie było na nim żadnych inskrypcji. Michałek przeżegnał się, gdy go mijaliśmy. Zdziwiła mnie ta reakcja, a jeszcze bardziej to, co nastąpiło zaraz potem. Michałek zapytał mnie bowiem czemu ja nie wykonałem znaku krzyża. Ani wtedy, ani wcześniej, gdy mijaliśmy kościół.
Wzruszyłem ramionami, bo w sumie nie wiedziałem ani czemu tego nie zrobiłem, ani czemu miałbym to w ogóle robić. Oczekiwał szacunku wobec tych dwóch zespawanych szyn tylko dlatego, że tworzyły razem ten konkretny kształt. Gdyby miał równe wszystkie cztery ramiona, byłby plusem, gdyby dodatkowo obrócić go o 45 stopni, zrobiłaby się z tego litera X. Dlaczego miałbym więc traktować go lepiej? I co sprawiło, że Michałek traktuje go rzeczywiście lepiej, i uważa to jeszcze za moralne?
Całe popołudnie spędziłem na zadumie, w końcu dochodząc do pewnych wniosków, które postawiły fundamenty pod mój przyszły światopogląd. W chuju miałem Kurwę Niebieską, ale nie było to przecież niczym nowym. Zawsze miałem ją w chuju, ale po raz pierwszy w życiu zdałem sobie z tego sprawę, byłem świadom tego, że mam na nią kompletnie wyjebane. Nigdy w nią nie wierzyłem, ale wtedy, po raz pierwszy, dotarło to do mnie w pełni.
[4] Popek – Wyjęty spod prawa
[5] Iron Maiden – Stranger in a Strange Land
