Kontynuując temat poważniejszych numerów, które wywijaliśmy z przyjaciółmi, nie mogę nie wspomnieć o naszej zabawie polegającej na kryciu się pod schodami w klatce schodowej któregokolwiek z dziesięciopiętrowych bloków i polowaniu na jadących windą ludzi. Już tłumaczę o co chodzi – gdy winda stawała na parterze, a pasażer pchał drzwi żeby je otworzyć, jeden z nas podbiegał z boku i walił w te drzwi, wydając z siebie nieartykułowane odgłosy. Potem wszyscy spierdalaliśmy gdzie pieprz rośnie.
Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta zabawa – możliwe, że jej geneza leżała w konflikcie między dwoma osiedlami i próbach dopieczenia nieszczęśliwcom, którzy mieszkali po złej stronie. Wydaje się to najbardziej logicznym wytłumaczeniem, chociaż nie tłumaczy najważniejszego, czyli naszego zachowania. Pomyślałby kto, że afera z sukami nauczy nas empatii i skruchy, ale było zupełnie przeciwnie. Przez wakacje odpierdalaliśmy jedne z najgłupszych i najniebezpieczniejszych numerów w naszych życiach, zwykle w złej wierze, i chyba tylko dzięki szczęściu udało nam się uniknąć poważnych konsekwencji.
Tamtego pamiętnego dnia poszliśmy „na windę” z Emilem, dla którego był to pierwszy raz i nie ukrywał tym swojej ekscytacji. Co chwila chichotał pod nosem i zacierał ręce, nawet, gdy już schowaliśmy się pod schodami, wyczekując pierwszej lepszej ofiary.
Usłyszeliśmy gdzieś w górze dźwięk otwieranych metalowych drzwi, a zaraz później huk ich zamykania. Maszyna ruszyła z kopyta, nadjeżdżał nasz cel.
Emil chciał zobaczyć jak to jest, przeżyć przygodę, swego rodzaju chrzest bojowy dzięki któremu wkradłby się w pełni w łaski nas, starszaków. Nalegał więc, byśmy dali mu postraszyć ofiarę pierwszemu i zgodziliśmy się.
Co ciekawe, gdyby wypadło na mnie, też byłby to mój pierwszy raz. Byłem już wcześniej na podobnych akcjach kilka razy, ale nigdy nie grałem pierwszych skrzypiec. Obserwowałem po prostu jak inni psocą, choć nie przyznawałem się do tego głośno, bojąc, że albo stanę się pośmiewiskiem albo dla zasady zostanę nominowany do zrobienia czegoś, do czego szczerze się nie paliłem. Cieszyło mnie więc, że Emil sam zgłosił się na ochotnika.
Winda jechała w dół, hałasując przy tym niemiłosiernie. Emil, któremu złowrogi szaleńczy uśmieszek nie schodził z ust, oblizał usta i przygotował się do biegu. Winda stanęła, drzwi się uchyliły… i zaczęło się. Chłopak zerwał się z miejsca i jeb, jeb, jeb, kopał i walił w nie, drąc się przy tym jak cowiek maupa, a z drugiej strony dobiegły nas pojedynczy wrzask i skrzek starej baby:
– Ło Jezusicku, moje serce!
Realna cisza, jaka nastąpiła, musiała trwać co najwyżej dwie sekundy, ale wydawała mi się wiecznością. Biłem się z myślami co robić – uciekać do domu i błagać siorkę żeby w razie czegoś udzieliła mi alibi, a może zapukać do sąsiadów starowinki i powiedzieć im, żeby wezwali pogotowie, bo znaleźliśmy ją w windzie w takim stanie? A co, jeśli zapytaliby co robiliśmy w tej klatce? Nie dałem rady podjąć żadnej decyzji, bo poczułem, jak ktoś ciągnie mnie za ramię i mówi żebyśmy spierdalali.
Wybiegliśmy z bloku i okrążyliśmy go pod samymi oknami, by czasem nikt nas nie zobaczył. Przecięliśmy trawnik, kroku zwolniliśmy dotarłszy na parking i wreszcie usiedliśmy na ławce z widokiem na feralną klatkę schodową, konkretnie posrani. Emil trząsł się ze strachu, oczy błyszczały mu od łez. Reszta nie była w wiele więcej lepszym stanie. Mówiliśmy niewiele, a jeśli w ogóle, to na temat baby, mając nadzieję, że żyje i że nie przyjedzie po nas policja.
Paręnaście minut później na końcu ulicy błysnęły niebieskie światła i pod blok podjechała karetka. Rozglądaliśmy się, czy aby do pary nie zjawi się też radiowóz, ale na nasze szczęście nie. Ratownicy wywieźli babcię na noszach, załadowali do tyłu i odjechali. Wszyscy przysięgliśmy wtedy, że definitywnie kończymy chodzić „na windę” i nigdy nie powiemy nikomu o tym, co miało miejsce tego dnia.
Szczęście uśmiechnęło się do nas raz jeszcze, gdy okazało się, że babci nic poważnego się nie stało. Nie dostała ani zawału, ani udaru, ani innego chujstwa. Skończyło się na ataku paniki i może jakimś lekkim przedzawałowym stanie, jeśli wierzyć babci Kamila i Emila, która mieszkała na osiedlu dziesięciopiętrowców i znała najświeższe okoliczne plotki, w tym i tą, z pominięciem jednego detalu w postaci nazwiska winowajcy. Zdziwiłaby się nieźle, dowiadując, że ma takie samo jak ona.
