Skoro już mowa o sikaniu, to każdy chłopiec prędzej czy później dowiaduje się, że jego przyrodzenie ma drugą funkcję, z której istnienia do tej pory nie zdawał sobie sprawy. Każdy z nas, nieważne czy kujon czy nieuk, wysoki czy niski, atleta czy spaślak, dostawał w pewnym momencie charakterystycznej mutacyjnej chrypki i nocnych wzwodów, stanowiących aperitif dorosłości.
Szukając odpowiedzi na pytanie „co się ze mną dzieje”, w ten czy inny sposób dowiadywaliśmy się o tym słynnym waleniu konia, zwykle od starszych kolegów albo rodzeństwa, bo jakkolwiek ciężko to sobie współcześnie wyobrazić, większość z nas nie miała jeszcze w domu komputera, o podłączonym internecie to już nawet nie wspominając.
Nie pamiętam kto mi po raz pierwszy opowiedział o masturbacji, pamiętam za to doskonale jak ostry i zadowalający był mój pierwszy w życiu orgazm. Aż potem nie mogłem złapać oddechu, tak mnie zmogło nowe doświadczenie.
Inni chłopcy również pokochali jazdę na ręcznym, do tego stopnia, że ot tak potrafili przerwać zabawę i w parę osób pójść w krzaki albo pod most żeby obie ulżyć. Zwykle stawali do siebie plecami żeby nikt nikogo nie podglądał, a gdy było po wszystkim, chwalili się jeden przed drugim jak obficie się to nie spuścili, przy czym domniemane wytryski dobrej połowy z nich były śliną, bo nie mogli w takich warunkach i przy takiej presji dojść.
Onanistyczna sielanka trwała do czasu, gdy jakiś starszy kolega Patryka powiedział mu po meczu, że penis jest żyłą. Do tej pory niektórzy z nas byli przekonani, że to mięsień, a reszty nie obchodził ten temat w ogóle i nigdy nie zastanawiali się nad ludzką anatomią.
Nie wiem, czy gość chciał sobie zażartować ze szczyla, czy poważnie był aż tak kurewsko niedouczony, ale wieść szybko rozeszła się po osiedlu i większość z tych, którzy ją usłyszeli, uwierzyła w nią. Nikt nie wpadł nawet na pomysł żeby bliżej przyjrzeć się swojemu penisowi, szczególnie niebieskim żyłom, tym prawdziwym, którymi był poznaczony.
Sam poważnie się wtedy posrałem ze strachu, bo żyły uważałem za coś delikatnego i gdybym przypadkiem przeciął sobie chuja, to mógłbym się wykrwawić na śmierć. Jedno zadrapanie paznokciem przy waleniu konia i człowieka nie ma. Tak przynajmniej wtedy myślałem, i nie byłem w tej jebanej głupocie osamotniony.
Przez kolejnych kilka tygodni mieliśmy więc z kumplami celibat. Po pierwszych siedmiu dniach krocze mojej piżamy było twarde i kruche jak plastik, ale małą to było ceną w porównaniu z wizją śmiertelnego krwotoku.
Oświecenie przyszło, gdy na informatyce postanowiliśmy poszukać w internecie prawdy… a może raczej jakichś sposobów zabezpieczenia się podczas masturbacji. Okazało się, że penis to nie mięsień ani żyła, tylko ciało jamiste. Nic nam to nie mówiło, oczywiście. Poczytaliśmy więc to i owo, dokształciliśmy się i dowiedzieliśmy, że przy wzwodzie krew jest pompowana w prącie, co potwierdziło nasze najgorsze przypuszczenia i przez kolejne tygodnie celibat niezmiennie trwał. Niewiedza na temat funkcjonowania wzwodu nie przeszkadzała nam jednak posługiwać się naukową terminologią, która na jakiś czas wyparła dziecinne „czerwonka” albo „siusiaki”. Najlepsze były komentarze uświadomionych, gdy ktoś kopnął ich w jaja albo zwyczajnie wypowiadali się na przerwie o męskiej biologii:
– Ała, kurwo, mogłeś mi przeciąć ciało jamiste!
– Ja pierdolę, kurwa, chyba mam mokro w majtkach! To krew!
– Jak mi staje to przygryzam wargi albo wbijam cyrkiel w udo żeby mi opadł z bólu, bo boję się, że ciało jamiste mi pęknie jak balon!
– Ja to już nie waliłem dwa tygodnie, bo się boję, że zesikam się krwią.
– Życie było prostsze, gdy myślałem, że mój siurek był mięśniem.
Jeśli nasza ówczesna głupota nie stanowi dobrego argumentu za prowadzeniem w szkołach zajęć z przygotowania do życia w rodzinie, to nie wiem co by się jako taki kwalifikowało.
