Komunie

W drugiej klasie, gdy na horyzoncie zaświtała nam komunia, nie wiedziałem co to i czym się to je, ale koledzy i koleżanki mówili mi, że to wielkie wydarzenie, i tak wyjątkowe i ważne bo to nie jest coś tam takie sobie że możesz to sobie wyśmiać bo tak ci się podoba. W sumie nawet wtedy wydawało mi się to trochę zabawne, bo koniec końców nikt nie zdawał się wiedzieć dokładnie co i jak, ale jednocześnie wszyscy bali się piekła więc komunię ślepo szanowali.

Pierwszą informację wartą zapamiętania uzyskałem od Młodego, który miał starszego brata, więc jako tako miał pojęcie o tym, co wiąże się z całym tym wydarzeniem. Powiedział mi, że komunia oznacza kasę i prezenty. To, nie trzeba chyba tłumaczyć, wzbudziło oczywiście moje zainteresowanie.

Regularne próby, na które musieliśmy uczęszczać, obywały się w osiedlowym kościele, który w tamtym czasie był właściwie przerobionym garażem czy szopą. Nowa wersja, z wieżą, witrażami w oknach i w ogóle, tylko bez fosy, była w trakcie budowy i okoliczne Janusze z bloków, włączając w to ojca czy dwóch moich szkolnych kolegów, ostro pomagały przy robocie, pro bono, ma się rozumieć. Oczywiście oba kościoły, stary i nowy, wybudowane zostały na terenach oddanych za darmo przez kolejnych Januszów, którzy najwyraźniej nie mieli lepszego pomysłu na zagospodarowanie swoich pustych kilkudziesięciu arów.

Najlepiej wyszedł na tym interesie Janusz, który wydał teren na budowę tego nowego, ceglanego pseudogotyckiego kloca z wieżą – zostawił sobie tylko niewielki skrawek ziemi, na którym był już wcześniej jego dom i garaż. Po paru latach sprzedał swoje Cinquecento albo Malucha, już nie pamiętam nawet czym jeździł, i kupił sobie samochód w bardziej konwencjonalnym rozmiarze… i okazało się, że nie może nim nawet przejechać między murem okalającym teren kościoła, a swoim domem, bo jest tak ciasno. Po dziś dzień parkuje więc na chodniku koło domu, bo podobno ksiądz wyperswadował mu, by lepiej nie zostawiał fury przed kościołem, gdzie od frontu znajduje się niemały parking, na wypadek gdyby ktoś mu ją ukradł, bo wtedy parafia miałaby z tego powodu jakiś przypał, a to się przecież nie godzi.

No ale wracając do przedkomunijnych prób w starym kościółku – dzieci były tam regularnie wysyłane na msze oraz lekcje przygotowujące je do całej szopki, och, przepraszam, uroczystości. Nie pytajcie co na nich było – nie pamiętam kompletnie, większość z nich spędziłem na siedzeniu w dalszej ławie i zabijaniu czasu rysowaniem, czasami pisywałem też jakieś śmieszne krótkie historyjki dla rówieśników. Ogólnie śmieszkowaliśmy sobie mocno z Młodym na tych pożal się Kurwo Niebieska „lekcjach” i parę razy ksiądz wyrzucił nas z kościoła żebyśmy się przewietrzyli, bo nie mógł w spokoju indoktrynować młodych umysłów, gdy nasza dwójka wygłupiała się bez przerwy, podważając jego autorytet.

Z owych lekcji przygotowawczych nie wyniosłem niczego. Młody w sumie miał lepiej, bo wyniósł taką dużą kościelną świecę.

Równolegle ruszyły jakoś nabory na ministrantów – większość okolicznych chłopaków w moim wieku chciało dostać bielutkie sukienki i machać tym kurwa korbaczem, z którego wydobywa się śmierdzący dym na mszach, uważając, że pełnienie takiej funkcji byłoby niezwykle prestiżowe.

Poszedłem z Młodym tak dla jaj, z ciekawości zobaczyć jak będą wyglądać rozmowy kwalifikacyjne. Weszliśmy do kościoła, gdzie przy wejściu jeden z księży wieszał akurat ogłoszenie że szuka małych chłopców.

– Dzień dobry. – Rzuciliśmy bez namysłu. Ten w odpowiedzi oczywiście zaczął nas pouczać, że podchodzimy do pierwszej komunii i powinniśmy doskonale wiedzieć, że mówi się „szczęść boże”.

Olaliśmy go i poszliśmy do znajomych ze szkoły, którzy czekali grzecznie w kolejce, siedząc w dwóch pierwszych rzędach ław. Wśród nich był Patryk-piłkarz, który jako jeden z nielicznych sprawiał wrażenie całkiem poważnego i nie śmieszkował z pozostałą częścią gówniażerii, klęcząc sztywno na podłodze jakby miał wciśnięty w dupę kij od szczotki.

– Siema, Patryk, jak tam, gotowy?

– Nie przeszkadzajcie, co? Modlę się!

I chuj, typowy Sebek z ogolonym na jeża łbem zbył nas sucho, jakby samo zagadanie do niego było jakimś grzechem. Wyprostował się ponownie, zamknął oczy i skoncentrował na bełkotaniu czegoś pod nosem. Spojrzałem na Młodego, który szczerząc się od ucha do ucha uklęknął i kiwając się do przodu zaczął powtarzać w kółko „mastodont, pterodaktyl, tygrys szablozębny, triceratops, tyranozaur”. Prychłem solidnie na ten widok i żywo przyłączyłem się do jego zdrowaśki.

Naprawdę nie musieliśmy długo czekać na reakcję otoczenia. Jedno powtórzenie później siedzący najbliżej nas chłopcy zaczęli mordować nas wzrokiem, dwa powtórzenia później ci najbardziej zgorszeni szeptem wysyłali nam pogróżki i ostrzeżenia, a przy trzecim powtórzeniu jeden z Sebków wstał, podbił do nas i krzyknął na całą salę wyjątkowo płaczliwym, zranionym głosem:

– Uspokoicie się wreszcie?! Czy mam pójść po księdza?

– Nie przeszkadzaj, co? Modlimy się! – Odparł chłodno Młody, papugując wcześniejszy ton Patryka.

Seba poczerwieniał na mordzie, tupnął, zaklął, ale potem spojrzał na dwumetrowy krzyż wiszący na ścianie i przeprosił Kurwę Niebieską za swoje niegrzeczne zachowanie.

Razem z Młodym pękaliśmy w szwach, ale mimo wszystko dalej próbowaliśmy ze wszelkich sił nieprzerwanie deklamować naszą modłę. Po kolejnym jej powtórzeniu z zakrystii wyszedł wreszcie ksiądz z wieszakiem w łapie i zaczął nas nim smagać jak jakieś bydło, żebyśmy uciekali i nie wracali, bo nie będziemy mogli być jego ekskluzywnymi callboyami.

Od tego czasu najbliższy kontakt z ministrantami miałem chyba słuchając Ministry.

Ostatnim elementem komunijnej układanki miały być szaty – wszyscy koniecznie musieli mieć identyczne, białe, z wyszytym jakimś jebanym obwarzankiem na piersi, koniecznie złotą nicią. Ksiądz podał wszystkim rodzicom namiary jakiejś komunijnej projektantki, która miała niepisaną umowę z kościołem i która za samo szycie tych szmat mogła spokojnie żyć sobie do następnego roku, czekając na następną falę gówniaków.

Dzisiaj uważam to za chyba najbardziej żałosną, robioną na pokaz część całego tego „święta”, a to już coś, bo wiele lepszej opinii nie mam na temat pozostałych jego aspektów. No ale skoro ksiądz kazał kupić szaty, to należało to zrobić, zwłaszcza że w większości mocno bogobojni rodzice bezsprzecznie podporządkowywali się jego zdaniu i bezwarunkowo wykonywali każde polecenie. To dobry dowód potęgi kościoła i tego, na jak krótkiej smyczy trzyma Januszów i Grażyny, którzy są tak biedni jak głupi i dają się wodzić za nosy nawet w przypadku durnych jednorazowych sukienek kosztujących kilkaset złotych sztuka.

Najlepsze jak podjechałem z mamą do tej burzliwej projektantki – dom, wyglądający trochę jak amerykańska plantacja z XIX wieku, miała w guwnodzielnicy przy lesie, do której dojeżdżało się wąską drogą gruntową. Deweloperzy reklamowali niegdyś ten projekt jako modne osiedle na miarę nowego millenium, z dala od zgiełku miasta, ale wyszło jak wyszło i z dala to ono było od jakiejkolwiek cywilizacji.

Projektantka nie dała nam nawet wejść na posesję – przez bramę zmierzyła mój wzrost, długość rąk i tak dalej, jakby robiła nam wielką łaskę, a potem bez pożegnania zniknęła w domu i tyle ją widzieliśmy. Była ubrana w jakiś turecki dywan, z tego, co pamiętam – jakieś alternatywne designerskie szmaty, jak te materiałowe chusteczki do nosów z lat sześćdziesiątych-siedemdziesiątych. Cuchnęła też czymś, co kojarzyło mi się z kulkami na mole.

Rzecz jasna co roku moda komunijna musiała ulegać znaczącym zmianom żeby napędzać koniunkturę takich darmozjadów jak ona – gdy więc Izka szła do swojej komunii, to moja szata nie tylko była dla niej bezużyteczna, ale nie można było jej wypożyczyć jakiemuś Matiemu żeby zarobić dychę czy dwie. Tym razem zamiast złotych obwarzanków były trendi sznury, którymi się przepasano. Super moda, kurwo! Dziewczęta oczywiście musiały mieć takie falbaniaste suknie do kostek, wielowarstwowe niczym cebula, co oczywiście odzwierciedlało cebulactwo narodu polskiego. Muszę też napomknąć, że suknie były naturalnie dwukrotnie droższe od szat dla chłopców.

Z biegiem czasu coś naprawdę zaczęło się bez reszty przewracać wszystkim tym projektantkom i księżom w głowach. Może półtorej dekady po swojej komunii, zobaczyłem, idącą osiedlem procesję klaunów, wśród których byli tamtoroczni komuniści, wyglądający jakby kurwa urwali się z Hogwartu ze swoimi ciemnoniebieskimi szatami i szpiczastymi kapturami.

Szkoda tylko trochę, że Potter skończył się jak każdy chwilowy dziecięco-młodzieżowy fenomen, bo wyobrażałem aż sobie tych gówniaków biegających w swoich szatach, wołających „lumos”, „drętwota” albo „avada kedavra, nie żyjesz, skurwysynu, słyszysz”?!

Sporo na przestrzeni lat zmieniło się też w kwestii prezentów. W naszych czasach na komunię dostawaliśmy konwencjonalne upominki, bez udziwnień. Wiecie – słodycze, łańcuszki, zegarki, rowery i oczywiście pieniądze, których nikt nigdy potem nie widział. Podobno kasa z mojej komunii poszła na edukację, ale stawiam, że w rzeczywistości dwie wiosny później trafiła do siostry albo poszła na jej uber wytworną suknię z ekskluzywnym, pomalowanym złotym sprayem konopnym sznurem w pasie. Zakładając, że wcześniej nie przepił jej ojciec, co również było całkiem prawdopodobnym scenariuszem.

Podobnie było w innych domach – rodzice na dzień przed komunią pociechy szli do banku żeby wypłacić ostatnią pensję, wkładali ją do koperty i pokazywali zawartość tak dzieciakowi, jak i gościom, udając wielkich bogaczy, którzy na potomstwie nie oszczędzają, by dzień później wszystkie pieniądze wydać na rachunki i jedzenie.

Także komunie obłudne były zawsze, ale w tamtych latach nikomu przynajmniej nie przeszłoby przez myśl kupować szczylom drony, deskorolki elektryczne, quady albo inne gówna z cenami liczonymi w tysiącach, które i tak rzucą w kąt po tygodniu. Pierwsze komunie, podobnie jak wszystkie inne możliwe święta i celebracje, sukcesywnie bardziej i bardziej służą rozwojowi konsumpcjonizmu wśród młodych.

Pamiętam jednego gówniaka z osiedla, który dostał na swoją komunię quada i podobno płakał późnij przez kilka dni, że to nie taki model jak chciał, w sensie kosztujący tyle, ile kilkuletnia fura z segmentu C. Próbował szantażem emocjonalnym wymusić na rodzicach, by oddali prezent i kupili mu ten przyzwoity model, na którym nie będzie mu wstyd pokazać się na dzielni. Wkurwiony ojciec dał mu wreszcie ultimatum: albo gówniarz akceptuje tego quada, jakiego dostał, albo on go zabiera do sklepu i wraca z pustymi rękami.

Nie mając wyboru, dziesięcioletni płaczek chcąc nie chcąc przyjął „tani” prezent i jeździł nim potem po trawniku za moim blokiem. Bynajmniej nie udało mu się zabłysnąć przed okoliczną młodzieżą, bo jeszcze pierwszego dnia dzieciarnia zaczęła z niego pokpiwać i szydzić, choć nadmienić należy, że nie dlatego, że był biedakiem wożącym się gównem z przeceny za kilka tysi, a nie porządnym sprzętem za kilkanaście.

Słyszałem nieraz zza okna:

– Ty, kurwa, co się wozisz tym gównem, zajebać ci?

– No wypierdalaj stąd, już, cwelu jebany!

– Chodźcie zajebiemy mu to gówno i sprzedamy!

– Wyłącz ten silnik bo ci połamię kurwa nogi!

– Nie widzisz, że nikt się tu nie chce z tobą bawić? Jazda stąd, paniczyku!

Gówniak z reguły zalewał się wtedy łzami i uciekał, by kolejnego dnia wrócić na nasz osiedlowy skwerek w obstawie starego, żeby czasem nikt nie śmiał się z niego śmiać. Następnego dnia przyjeżdżał już sam i wtedy wszystko się powtarzało, a on podwijał pod siebie ogon i spierdalał na tym swoim śmiesznym quadzie.

Ech, komunie… festiwal obłudy i młodocianych kompleksów…


Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close