Maluch Sebków

Konflikt między marginesem społecznym mieszkającym na naszym osiedlu oraz tym mieszkającym na osiedlu dziesięciopiętrowców ulicę dalej był niezwykle zajadły, zwłaszcza na przełomie wieków. Co było przyczyną, nie mam pojęcia, ale dwie rywalizujące grupy patoli przypominały dwa kluby kiboli, które z natury nienawidziły przeciwników.

Wstyd przyznać, ale swego czasu niechcący dołożyliśmy kilka cegiełek do tego sebicznego konfliktu.

Zaczęło się od Malucha bez ubezpieczenia i przeglądu, którego jakieś Sebki kupiły za pół litra od jakiegoś Janusza. Dwie dekady później za taki sam model sprzedający żądałby co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu tysięcy, bo to przecież ikoniczny youngtimer do renowacji. Wtedy był bezwartościowym złomem, który służył podobno do przewozu ziemniaków i buraków z pola do jakiejś stodoły czy innej ciemni, i nieszczególnie opłacało się go nawet złomować.

Sebki znalazły mu inne zastosowanie – gdy były zajebane, to jeździły nim po trawnikach niedaleko kamienic i dziesięciopiętrowców, gdy były najebane to jeździły nim po lesie, a na trzeźwo jeździły nim na sąsiednie osiedla się napierdalać. Zawsze po sześć-siedem osób w środku, wyobraźcie sobie jak zatrzymuje się Maluch pod blokiem, wyskakuje z niego sześciu typów w dresach i rusza z bojowym okrzykiem „śmierć frajerom” na konkurencyjną ekipę. Fikasz to znikasz.

Na noc zostawiali Malczana w lesie albo za garażami i policja jakoś nigdy go nie znalazła. Patologiczne gówniaki zawsze natomiast wiedziały gdzie dokładnie jest i przychodziły bazgrać mu na karoserii jakieś hasła i tagi markerami, a czasami farbą w sprayu. Żaden z tych Sebków nie dawał jebania że na przykład na tylnej szybie jest wielgachne „HWDP”, a na drzwiach od strony pasażera narysowana scena gwałtu na starej kurwie Baśce, którą opisałem wam wcześniej. Dla nich fura była niczym więcej niż zabawką do skatowania.

Maluch jeździł tak przez jakiś czas, później zupełnie zniknął z widoku. Dzieciarnia plotkowała, że policja go odnalazła i odholowała na swój parking, ale okazało się, że tak naprawdę wpadł do takiej małej rzeczki, która przepływała przez środek lasu, po tym jak Seby spierdalały bezdrożami po odjebaniu drive-by cegłówkami i butelkami w cygańskiej osadzie.

Wyruszyliśmy więc z paczką na poszukiwania tego złomu i w końcu go wytropiliśmy, wypierdolonego na dach, z maską zanurzoną w wodzie. Patusy musiały nim dachować podczas ucieczki, niechcący zjeżdżając ze ścieżki, która w tym miejscu zakręcała nieco i biegła równolegle do strumyczka. Przednie koło wjechało w koryto rzeczki i jeb, chwilę później samochód obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.

Kamil wpadł na pomysł żeby przepchać go dalej, na złość zalewając jego wnętrze, ale byliśmy ledwie bandą małolatów i za nic w świecie nie udźwignęlibyśmy samochodu, jakkolwiek kompaktowy by nie był, więc zamiast tego wzięliśmy po kilka kamieni każdy i zaczęliśmy po prostu nimi rzucać w karoserię, próbując wybić te szyby, które jeszcze się ostały; przednia była już wyjebana w drobny mak. Gdy to nam się znudziło, Emil wszedł do środka i zesrał się na podsufitkę, a potem liściem umazał swoim tłustym gównem kierownicę, fotel kierowcy i gałkę skrzyni biegów, ku naszemu skrajnemu obrzydzeniu. Z wyłączeniem Pauliny, której reakcja niesamowicie mnie zaskoczyła – ona jedna zamiast odwrócić w zniesmaczeniu wzrok, czego można by oczekiwać po dziewczynie, oparła się o moje ramię, zanosząc histerycznym, konwulsyjnym wręcz śmiechem i dosłownie wypłakując mi się w rękaw.

Gdy Emil już skończył, kazała nam wszystkim się odwrócić i ostrożnie, byle nie zetknąć się z rdzawobrunatnymi fekaliami, kucnęła na podsufitce i zaczęła na nią sikać. Młody parsknął głośno, gdy złamał obietnicę i odwrócił się.

– JA PIERDOLĘ! JEBANA SZCZA!

Kamil i Emil ryknęli, widząc jak czerwona na twarzy koleżanka krzyczy ze środka samochodu żebyśmy nie podglądali, a spod jej spódniczki leje się nieprzerwanie żółty strumień. Żeby nie było, ona sama też się wtedy ostro śmiała, chuja sobie robiąc z udawania zawstydzenia w otoczeniu samych swoich.

Ktoś wydrapał jeszcze w tapicerce znaczek konkurencyjnej ekipy z wysokich bloków, taką kanciastą jedynkę i obrócony kwadrat mający niby być zerem, bo zwali swoje bloki „dziesiątkami” albo „dziesiątakami”.

Potem uznaliśmy, że co mieliśmy zrobić to zrobiliśmy, i wróciliśmy na osiedle.

Nie spodziewaliśmy się, że Seby wrócą po swój samochód i będą go próbować wyciągnąć z tej rzeki. Wydawało nam się, że jest już stracony i na dobre stanie się elementem leśnego krajobrazu. Zakładając, że złomiarze nie rozebraliby go na części pierwsze. No ale przyszli, przewrócili go ponownie i ocenili uszkodzenia. Karoseria była mocno powgniatana, wszystkie szyby i światła wyjebane, w środku nasrane i naszczane, a co najważniejsze, na desce znaleźli wyraźny znaczek cweli z dziesięciopiętrowców.

Nie marnowali czasu na planowanie odwetu – jeszcze tej samej nocy przepchali tego Malucha na sąsiednie osiedle i go kurwa podpalili. Swój własny samochód podpalili żeby zrobić na złość wrogom, no ja pierdolę! Przy czym „podpalili” to za dużo powiedziane – nie wiem co było nie tak z tym Maluchem, ale nawet nie chciał się porządnie zająć, więc pomijając to, że stopiło się jego wnętrze, po prostu się tlił cały.

Sebki później z nieskrywaną dumą opowiadały wszystkim jakiej akcji to nie przeprowadziły i czego to oni nie odjebali. Zbijały ze wszystkimi piony, uchodząc na osiedlu za prawdziwych zbirów, aż do czasu gdy ekipa z dziesiątek zaczęła rozpowiadać wokoło że to był chuj a nie pożar, a bardziej od tego Malucha to się palą skręty. Żeby im pokazać kto tu rządzi, Seby częściej wyprawiały się więc na sąsiednie osiedle żeby napierdalać się z lamusami rozsiewającymi na ich temat „plotki”, czyli w tym przypadku akurat prawdę. Przy czym wyprawiali się już dla odmiany pieszo.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close