Patryk do późnej podstawówki miał taki mały, sportowy plecak, w którym ledwo mieściły się jego zeszyty i może jedna czy dwie książki. Cokolwiek innego musiał nosić w osobnych reklamówkach i workach, począwszy od butów na wuef, na blokach rysunkowych kończąc.
Gdy nastawały cieplejsze dni, większość chłopaków ściągała bluzy i wrzucała je do pełnowymiarowych plecaków albo tornistrów, ale Patryk, logicznie, nie mógł tego robić. Z reguły obwiązywał więc bluzę w pasie tudzież przerzucał ją przez ramię i było po kłopocie, chyba że akurat przyszedł do budy w swoim dziwnym kosmicznym swetrze, który nie dawał się niczemu okiełznać. Był rozciągliwy jak pończocha i śliski jak satynowa koszula nocna, tylko w przeciwieństwie do nich nie wyglądał ani trochę seksownie, tylko mocno wieśniacko. Czegokolwiek by z nim nie zrobić, i tak wywijał się i spadał na ziemię, niczym ta nikczemna Madzia z Sosnowca.
Pewnego dnia Patryk wpadł więc na pomysł żeby sweter rozciągnąć sobie wokół pasa i jakimś cudem, na siłę, zasunąć. Wyglądało to jak jakaś kiepska spódnica, spod której wystawały jego długie, pokrzywione od gry w gałę nogi, i od pierwszej chwili, gdy tylko go zobaczyliśmy, myśleliśmy, że posikamy się ze śmiechu. Patryk nie zarumienił się ze wstydu, nie obraził się na nas ani tym bardziej nie dostał bólu dupy, będąc ofiarą niekończonych żartów. Zamiast tego wpadł spontanicznie na szczwany pomysł i postanowił, że żeby było jeszcze śmieszniej, będzie udawał dziewczynkę. Swojemu alter ego dał na imię Marysia.
Pierwszy raz czy dwa łaził po prostu za jakimikolwiek uczennicami, które pojawiły się na horyzoncie, bujając biodrami w lewo i prawo, wzbudzając u nich w mniej więcej równych proporcjach chichoty i spojrzenia politowania, ku naszej niemałej uciesze.
Ile jednak razy można śmiać się jednak z tego samego? Każdy żart, nawet najlepszy, w końcu zaczyna nudzić, i występy Marysi nie były wyjątkiem. Patryk musiał więc jeszcze raz wysilić mózgownicę i urozmaicić swoją rewietkę.
Gdy pozwalała na to pogoda, długie przerwy spędzaliśmy na szkolnym podwórzu, czasem na tyłach, czasem od frontu, gdzie znajdowały się schody na których gówniactwo uwielbiało przesiadywać; kto pierwszy, ten lepszy. Tego dnia pierwszymi na miejscu byliśmy my, więc rozwaliliśmy się beztrosko na na betonowych stopniach i murku, bacznie obserwując Marysię irytującą szkolną dzieciarnię, chociaż wszyscy czuliśmy, że w jej pokazie nie ma już tej samej magii, co za pierwszym razem.
Patryk też zdawał sobie z tego sprawę, bo podszedł, albo raczej podeszła do nas, z żebrząco-proszącym wyrazem twarzy.
– Paulina… – Zaczęła. – Słuchaj, jest sprawa.
Paulina, rumiana na policzkach od śmiechu, skinęła koledze, słuchając.
– Pożyczysz mi spinkę do włosów? Bo pasowałaby mi do sukienki.
Młody parsknął, a Tymek zaraz potem poszedł w jego ślady, chociaż wydaje mi się, że śmiał się dla towarzystwa, a nie dlatego, że rzeczywiście rozbawiła go prośba Patryka.
Paulina spojrzała na mnie, potem na Kamila i Młodego, nie wiedząc do końca jak się zachować. W końcu jednak wzruszyła ramionami i wypięła sobie z grzywki spinkę w kształcie… chyba truskawki albo biedronki, czegoś czerwonego na pewno. Włosy opadły jej na oko i spróbowała je zdmuchnąć, chociaż na nic się to nie zdało, bo od razu wróciły na niepożądane miejsce.
– Tylko oddaj mi ją potem, bo widzisz co mi się robi z grzywką. – Podała mu spinkę, przy okazji dalej siłując się z niesfornymi włosami. Patryk wpiął sobie truskawkę, czy cokolwiek to było, w krótkie włosy, i zaraz potem wpadł na nowy genialny pomysł.
– Ej, a pożyczyłabyś mi swoją spódniczkę?
Tymek kwilił jak prosię, dusząc się ze śmiechu, podczas gdy Kamil skwitował, że w sumie to pasowałaby mu pod kolor oczu.
– Nie ma mowy. – Powiedziała mu Paulinka. – Ale jak chcesz, to mogę ci użyczyć kolana, gdybyś chciał do końca dnia mieć głos taki jak dziewczyny.
Patryk na początku przytaknął, ale szybko zorientował się, co przyjaciółka miała na myśli i zacisnął nogi w obawie o to, co się między nimi znajdowało.
– A stanik chociaż? – Zapytał jeszcze z nadzieją w głosie.
– Nie przeciągaj struny, bo naprawdę chętnie rozprostowałabym kolano.
Patryk pokazał jej język, odwrócił się do nas plecami i poszedł na obchód placu przed szkołą, szpanując nową, krzykliwą spinką i kręcąc kusząco swoją kościstą, męską dupą.
Marysia szybko odeszła w niepamięć prawie wszystkich, za wyjątkiem Tymka, który dodał ją do swojej simowej rodziny obok większej części naszej paczki. Podobno ostro romansowała ze Spermą i może nawet doczekaliby się gówniaka, gdyby tylko nie ośmiosimowy limit. Chociaż… tak, wydaje mi się, że Szymi zdechł rażony prądem, więc może i coś z tego związku wyszło, dosłownie?
