Matka Ziemka

Naszej klasie różnorodności nie można było odmówić. Chodziły do niej dzieciaki z przeróżnych domów i o przeróżnych cechach charakteru oraz fizycznych. Jednym z nich był wzorowo uczący się suchoklates, któremu rodzice dali na imię Ziemowit. Oczywiście był z tego powodu (i jeszcze jednego, ale o nim zaraz, żeby nie psuć niespodzianki) ostro gnębiony w szkole i wszyscy grali z niego bekę porównywalną prawie do tej, którą kręciliśmy z takiego jednego dałna uczęszczającego do naszej szkoły – dosłownego, nie w przenośni, no żywcem wyjętego z teledysku „Come to Daddy”.

Ja do Ziemka nigdy nic nie miałem, a po bliższym poznaniu okazał się całkiem w porządku, poza tym później, w kolejnych klasach, dawał mi swoje podwójne Pokemon Tazo za darmo, a gdy już nieco dorośliśmy, bardzo zbliżyliśmy się mocno dzięki wspólnemu zainteresowaniu książkami i grami.

Poznałem go jakoś w zerówce i szybko się zakumplowaliśmy. Czasami on wpadał do mnie, czasem ja do niego, bo mieszkaliśmy ledwie dwa bloki od siebie.

No i pewnego razu siedzieliśmy u niego, to był jakoś rok ‘98, jaraliśmy się wtedy chyba Power Rangers, jego matka miała nas pilnować i sprzątała akurat w pokoju obok. Nagle usłyszeliśmy jej krzyk, i jeb, głuche tąpnięcie, które nastąpiło ułamek sekundy później!

Pobiegliśmy do pokoju, stara leży rozwalona na podłodze i się trzepie jak ryba na brzegu. Po paru ruchach ustało i zamarła w bezruchu tak, jakby rzeczywiście była martwa.

Osraliśmy na jej widok cottonworldy, Ziemek w płacz, ja nie wiedziałem co się dzieje, bo i skąd miałbym wiedzieć? Podeszliśmy do niej na palcach, bojąc się, że jak w kiczowatym horrorze niespodziewanie rzuci się na nas.

– Mamo?

Nic. Zero reakcji. Nie poruszyła się na dźwięk głosu Ziemka nawet ociupinkę, a bynajmniej ja ni zauważyłem żeby się poruszyła.

– Mama! – Ponowił, tym razem głośniej.

Dalej nic.

– MAMA! – Wrzasnął, bliski łez, ze szklącymi się oczyma i coraz to płytszym oddechem.

A ta nic, dalej leżała.

– Ona nie żyje. – Szepnął mój kolega, łapiąc się za głowę.

– Trzeba wezwać pomoc! – Zakomenderowałem.

Ziemek przytaknął. Pobiegł do okna, odsunął firankę, wyszedł na balkon i zaczął drzeć mordę na całe osiedle:

– POLICJA! POLICJA!!! POLICJAAA!!!

– Zamknij kurwa ryj! – Usłyszeliśmy z dołu.

Też byłem już bliski płaczu i zastanawiałem, czy nie powinniśmy zadzwonić pod numer alarmowy, ale stara Ziemka wstała jak gdyby nigdy nic, patrząc na nas niewidzącym wzrokiem. Najgorsze jednak, że kiedy zaczęliśmy ją wypytywać co jej się stało, jak się czuje i czy cokolwiek pamięta, odpowiadała takim przerażająco nieobecnym głosem „nie wiem”. Kurwa mać, myślałem że oszaleję wtedy ze strachu.

Wtedy nie wiedziałem, że epileptycy nie pamiętają swoich ataków, więc byłem jednocześnie przerażony i zły, bo matka Ziemka mówiła, że ona wcale nie upadła, że coś wymyśliliśmy, że nic się nie stało. Najgorsze to wmawiać komuś, że coś nie miało miejsca, podczas gdy było zupełnie przeciwnie.

No ale okazało się, że jeszcze tego samego dnia Ziemek znalazł coś pod półką, przy której leżała jego matka – nie wiedzieliśmy co to, ale jebało. Potem się okazało, że to złamany ząb.

Trauma konkretna.

Ziemek, jak się później okazało, odziedziczył epilepsję, bo w samej podstawówce miał jakoś ze trzy ataki. Za pierwszym razem wszyscy byli posrani, poza mną, bo już wiedziałem że on nie umiera ani nie tańczy breaka jak w tej paście.

Drugi raz wszyscy w sumie się z niego śmiali, kopali go i pluli na niego, a pseudobananowe Karyny tylko śmiechały pod nosami z pogardą i obrzydzeniem. Straciłem tego dnia szacunek do wielu osób z klasy, nieczułych skurwieli i pizd.

Trzeci raz przy upadku Ziemek rozjebał sobie łuk brwiowy o podłogę, a łuk brwiowy mocno krwawi jakby ktoś nie wiedział. Potańczył, potańczył, dzieci nawet go nie opluły, od razu zaprowadziły go do higienistki, a jakieś debile ukradły kanapki takiemu Szymiemu, który był kolejnym klasowym pośmiewiskiem, a o którym wspomnę jeszcze nie raz, i namoczyły chleb w tej krwi, żeby niby zarazić debila padaczką.

Nie zadziałało, ale inba była mocarna gdy jadł tą krwawą kanapeczkę i oblizywał sobie kąciki ust z „sosu”, rozkoszując się jego smakiem.


Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close