Cygańska osada

Na końcu naszej ulicy stały nieużytki, czy raczej po prostu stare fundamenty, na których kiedyś planowano wybudować kolejne bloki, ale na których koniec końców nie zbudowano nic. Z dwóch stron graniczyły z łąkami, a z jednej z lasem rozciągającym się… właściwie to przyznam się, że nie wiem, jak daleko. Na pewno do sąsiedniego województwa, ale o szczegóły nie pytajcie, bo naprawdę nigdy nie zgłębiałem tematu.

W jego sercu, parę kilometrów od naszego rewiru, znajdowała się niecka, a w niej dzikie śmietnisko, które wraz z upływem lat przerodziło się w cygański obóz. Jak i dlaczego? Ni chuj, nie wiem, podobnie zresztą jak każda inna osoba, którą o to kiedykolwiek pytałem.

Na początku osada była takim bardziej obozem polowym aniżeli miasteczkiem. Pierwsi cyganie dokonali terraformacji śmietniska, w sensie przeprowadzili inwentaryzację wszystkich zalegających tam odpadów i podzielili je na te, które mogą im się przydać, i te, których się pozbędą. Nie myślcie, że sprowadzili sobie do tego celu jakiś kontener albo wezwali śmieciarkę. Nie. Wykopali sobie dół i tam wszystko powrzucali, a na koniec częściowo przysypali ziemią, zgodnie z powiedzeniem „co z oczu to z serca”.

Po oczyszczeniu podłoża przystąpili do budowy domu dla starszyzny, a reszcie postawili ze złomu mniejsze chatki żeby nie musieli sypiać w namiotach albo samochodach. I po raz kolejny już nie mam naprawdę pojęcia, kto dał zielone światło ich projektowi, bo dla przypomnienia osiedlili się w jebanej niecce, więc zawsze jak były deszcze, to woda do niej spływała i na dnie tworzyła się warstwa błota sięgająca kostek. Gdyby dotknęła naszą okolicę powódź, to skurwysyny musiałyby lepić kajaki i w nich pływać, wchodząc do swoich chatynek kominami.

Lokalizacja osady była więc z założenia idiotyczna, ale miała przy okazji również poważną wadę strategiczną. Widzicie, cyganie od samego początku nie cieszyli się wśród miejscowych największą popularnością. Mówiąc bardzo delikatnie. Między tymi dwiema grupami dochodziło do przeróżnych mniejszych i większych spięć, począwszy od niemiłych, choć w gruncie rzeczy niegroźnych wyzwisk, na czynach karalnych kończąc. Cyganie żyli w dole, będąc otoczonymi ze wszystkich stron wzniesieniami nie tylko ograniczającymi ich pole widzenia, ale także mocno utrudniającymi obronę ich dobytku w razie jakiegoś ataku. Zdarzało się, że okoliczne łobuzy, w tym i my, zapuszczały się do lasu, by napierdalać ich kamieniami, szyszkami i gałęziami, a Emil również gównami, korzystając z taktycznej przewagi zapewnianej nam przez wysokość.

Pomysł wspaniały, bo nawet gdyby zaczęli nas gonić, to żeby nas dopaść musieliby wspiąć się na kilkumetrowe zbocze, które niechybnie by ich spowolniło. A nawet jeśli ta przeszkoda okazałaby się niewystarczająca i zaczęli później nadrabiać dzielący nas dystans, wystarczyłoby, byśmy dobiegli na osiedle i rozejrzeli za pierwszymi lepszymi Sebastianami, bo niepisany uliczny kodeks zakładał, że cygan jest na najniższym stopniu społecznej hierarchii i ukarany musi zostać zawsze, bez względu, czy był winnym czy poszkodowanym. Innymi słowy nawet gdyby cygany goniły jakiegoś typka z kamienic albo wysokich bloków, to wpierdol pierwszy byłby dany dla nich.

Dobrze jest mieć jakiś plan B, a może nawet i C, bez względu na to, czy kiedykolwiek miałby zostać wdrożony w życie, czy pozostać w sferze teorii. Nam przydał się raz, podczas spontanicznej wyprawy dla zabicia nudy, którą zaproponował Młody. Nikt nie protestował, bo po prawdzie nie mieliśmy lepszego pomysłu na spędzenie popołudnia. Poszliśmy więc dla lasu, uzbrojeni w jakieś cegłówki i patyki, a jakiś kumpel, nie wiem czy nie Sperma, wyrwał nawet po drodze korzeń drzewa.

Ukryliśmy się w krzakach na skraju zbocza cygańskiej niecki i czekaliśmy, aż na horyzoncie pojawi się jakaś ofiara. Po paru minutach czekania z domku wyszła Esmeralda, ubraną w jedną z tych charakterystycznych falbaniastych sukni.

– Ty małpia kurwo! – Ryknął Emil, samemu przypominając w tym momencie małpę. Jeb, kamienie w ruch, a Sperma był tak nabuzowany od adrenaliny, że zamachnął się swoim korzeniem nad głową niczym rozszalały goryl i zobaczyłem tylko jak Esmeralda, która zaczęła właśnie uciekać, dostała nim miedzy łopatki i zwinęła się na ziemi.

Jakaś starsza cyganka wychyliła się z okna i zaczęła drzeć mordę na całą osadę:

– Wasyl, Aladyn! Esmeraldę kurwa zabili, weśta weśta na ereśta, foku me!

Gdy z lepianki wyszło kilku cygańskich Sebów wiedzieliśmy, że trzeba spierdalać, i to szybko. Z reguły wychodzili i co najwyżej grozili agresorom, ale teraz Esmeralda zwijała się w bólu na ziemi i pewnie zanim będzie mogła wrócić do zarabiania pod latarnią, minie tydzień.

– Tege no kurwy!

Rzucili się za nami w pościg, uzbrojeni w gazrurki i kozy tropiące. Uciekaliśmy jak nigdy, bo jakby nas złapali, to nikt nigdy by już nas nie znalazł. Sytuacja była kurewsko poważna, a na dźwięk dobiegających nas z daleka wrzasków tej szamanki tętno przyspieszało nam jeszcze bardziej.

– Okresy sie ta lejo z pizdy babom! – Darła się, a my cisnęliśmy do przodu, nie zwalniając nawet na moment, wiedząc, że gdybyśmy dali się złapać, nie moglibyśmy liczyć na taryfę ulgową. Cyganów nie obchodziłoby kto trafił Esmeraldę pieńkiem.

Wyjebaliśmy z lasu na łąki i długa na osiedle, do najbliższych Sebków. Jeszcze zanim w ogóle wbiegliśmy na rewir, któryś z nas ryczał już jak syrena ostrzegawcza:

– CYGANY! CYGANY BIEGNO!

Zupełnie jak w westernach nagle wyszło z bloków chyba ze dwudziestu Sebów. No może przesadzam, ale trochę ich było. W tamtych latach klatki schodowe były ich ulubionymi miejscami do przesiadywania; bez względu na porę dnia zawsze można było liczyć na to, że idąc z albo do kogoś natknie się na przynajmniej dwie ich grupki. Tego dnia mieliśmy farta, bo były ich ze cztery.

Zatrzymaliśmy się, łapiąc oddechy, podczas gdy kilku cyganów wbiegło za nami na ulicę i stanęło naprzeciw oddziałowi dresiarstwa nie tylko gotowego, ale mającego szczerą ochotę na obicie komuś mordy.

– Esmeraldzie plecy tege no! – Wybełkotał jeden śniadoskóry, gestykulując przy tym energicznie, licząc, że migi załatają jego lingwistyczne dziury.

Nawet jeśli Seby zrozumiały, co próbował im powiedzieć, nie okazały tego. Wszyscy wypięli do przodu klaty i z chłodnymi twarzami czekali, aż Wasyl, Aladyn albo Szafran zrobią jakiś ruch.

Nie zrobili, na całe szczęście.

– Tege, wrócimy! – Rzucił jeszcze ich lider, brzmiąc tak poważnie i groźnie, że mógłby być trzecim członkiem Zespołu R, po czym skinął swoim pobratymcom i poszli sobie.

Jeden z Sebów w tym czasie odwrócił się do nas i dokładnie przyjrzał każdemu z osobna. Myślałem, że dostanie się nam za robienie kłopotów jemu i chłopakom, ale ten uśmiechnął się lekko i powiedział nam:

– Prawilne chłopaki jesteście, uczcie się, bo jak dorośniecie, to będziecie bronić przed tymi małpami nasze dzieci.

Na pożegnanie dał jeszcze Spermie szluga na uspokojenie, bo cały się trząsł jebany, nie wiadomo tylko czy ze stresu, czy dalej był tak podniecony całym wydarzeniem.

Aha, Esmeraldzie nic się nie stało – widziałem ją jeszcze parę razy jak żebrała w mieście, a raz goniły ją Sebki bo próbowała coś zajebać ze sklepu.

Poza nielicznymi przypadkami jak ten, który opisałem wyżej, cyganie bali się raczej zapuszczać na którekolwiek osiedle, z wiadomych powodów. Żyli sobie więc w lesie, porywali swoje siostry i kuzynki, a jeśli już prowadzili wojny, to zdecydowanie podchodowe, od czasu do czasu napierdalając losowego nieostrożnego samotnego wędrowca albo wyzywając Karyny, które nie dały im jałmużny pod targiem, który był ich głównym miejscem do żebrów, a dla ich elity również sprzedaży skradzionych lub przemyconych towarów wszelkiej maści.

Cygany łapały jednego Sebka, później Sebki złapały jednego Wasyla i tak to się ciągnęło przez lata. Mimo usilnych starań sebicznej młodzieży próbującej nie raz, ni dwa wywołać jakieś zamieszki, nie było nam dane zobaczyć starcia dwóch armii, jak tych jebanych orków i ludzi we Władcy Pierścieni, tylko bez orłów, ale za to z „Życiem kurewskim” na ustach.

Najmniej do takiego scenariusza zabrakło chyba, gdy jakieś starsze Sebki ukradły kozę hodowaną w leśnym obozie i potem jeden idiota trzymał ją na balkonie na trzecim piętrze.

Cygany tak się wtedy wkurwiły, że zrobiły koktajle mołotowa, chcąc pewnikiem spalić nasze osiedle, ale nie wiem jakim cudem, podpaliły zamiast tego las i w efekcie puściły z dymem swoje własne wątpliwej jakości domostwa.

A najlepsze, że jak strażacy przyjechali, to nie dawali jebania o te ich chatki, tylko zaczęli drzewa gasić najpierw, bo dobry buk, i świerk także, pomniki natury.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close