Kamil miał w podstawówce papugę, nazywała się Pika, bo oczywiście gdy ją kupował, to wszyscy jarali się jak popierdoleni Pokemonami. To był chory okres, nie pamiętam, by cokolwiek później mogło się z nim równać. Obmacywanie paczek z chipsami w poszukiwaniu nagród to jedno, ale wyobrażacie sobie, że w supermarketach polaczki, co gorsza nie tylko niepełnoletnie, potrafiły kraść nakrętki od butelek Mirindy czy tam Fanty, bo były pod nimi jakieś krążki z Pokemonami? Ja jebię, no kompletna dzicz!
Sam ostro zbierałem Tazosy, nie ukrywam, ale Iza to była dopiero prawdziwą maniaczką. Miała piżamę i pościel z Pikachu, pamiętnik z Charizardem (najlepszym starterem w grach, nawet nie próbujcie się spierać), czapkę zimową z pokeballem z przodu, oczywiście spinki do włosów z jakimiś odznakami trenerskimi, nie zdziwiłbym się, gdyby nosiła też majteczki ze Squirtlem. Tia, wiem, żart stary jak świat, ale co poradzić?
Siorka miała też przez jakiś czas tamagotchi. Opiekowała się swoim pikselowym zwierzaczkiem przez ładnych kilka… miesięcy? Naprawdę dbała o niego jakby był realnym stworzeniem, non stop go doglądała, ale pewnego dnia zapomniała wziąć zabawkę ze sobą do szkoły czy tam na dwór, i w tym czasie stworek wykitował. Płakała wtedy kilka ładnych dni, nie jadła, z nikim nie chciała rozmawiać, pogrążyła się w kompletnej żałobie gorszej, niż niejeden dzieciak, który stracił prawdziwego zwierzaka.
Tutaj też wracamy do tematu papugi Kamila, w którą dosłownie wdepnął pewnego dnia jego ojciec. Nie wiem, jak napierdolony musiał wtedy być, żeby nie zobaczyć neonowo opierzonego ptaka, ale mleko się wylało, a Pika nie miał najmniejszych szans żeby ujść z takiego spotkania cało.
Na drugi dzień Kamil wyruszył na nasze osiedle żeby sprosić paru najbliższych przyjaciół na pogrzeb. Ale najlepsze, jak siedziałem na ławce przy piaskownicy z Pauliną i Izą, ten do nas podszedł i kompletnie olał je obie ciepłym moczem, po prostu powiedział mi w ich obecności żebym przyszedł do niego po południu, bo Pika zdechł, a im nawet „cześć” nie powiedział.
– O rany, jak mi przykro… – Posmutniała Iza, ale on już zdążył się ostentacyjnie odwrócić i odejść od naszej trójki.
– Kutas. – Prychnęła Paulinka, widząc zaskoczoną minę mojej siostry, potraktowanej właśnie jak powietrze. W sumie nigdy nie dowiedziałem się skąd brała się jego antypatia wobec tej dwójki.
Na ceremonię przybyłem tylko ja, Emil i Szymi, z czego ten ostatni non stop wypytywał o jakieś przekąski, bo podobno na stypach zawsze były pełne stoły, więc chyba jasnym było, że chuj go obchodził denat.
Stanęliśmy nad dziurą w ziemi, głęboką może na dwadzieścia centymetrów, do której Kamil opuścił pudełko po herbacie robiące za trumnę.
– Zebraliśmy się tutaj żeby pożegnać mojego przyjaciela Pika. Umarł wczoraj… – Chłopak zaciął się na moment. – Chcecie coś o nim powiedzieć?
– No, ten, fajny ptaszek był, kolorowy. – Stwierdził Emil.
– Na pewno musiał być lojalnym kompanem. – Dodałem.
– Joł, a potrafił gadać? – Zapytał Szymi.
– Nie.
– A, to kapa. Bo moglibyśmy go wtedy nauczyć przeklinać, c’nie?
– Teraz to ty możesz go nauczyć co najwyżej przewracania się w grobie. – Zażartowałem pod nosem.
Kamil zasypał pudełko ziemią i położył na kopcu kamień z napisanym markerem imieniem „Pika”. Potem wyrwaliśmy jakieś kwiatki z rabatek Mileny, znaczy się matki Kamila, i złożyliśmy je na grobie.
– Ej, to będą jakieś przekąski? – Zapytał Szymi Kamila, który ze szklącymi oczyma wpatrywał się w mogiłę. Nie wyglądał najlepiej, ale stratę znosił na pewno lepiej od Izy po swoim tamagotchi.
Parę dni później jakieś zwierzęta rozkopały grób i dorwały się do truchła ptaka. Jebane trupojady. Żeby załagodzić sytuację i poprawić samopoczucie syna, Milena kupiła Kamilowi drugą papugę, wraz z większą klatką. Szczęśliwie nikt jej nie zdeptał, ale Emil powiedział mi kiedyś, że gdy był u kuzyna, to się na nią raz spuścił, bo Kamil trzymał ją non stop w zamknięciu, zamiast pozwalać jej latać po domu, jak miała w zwyczaju jej poprzedniczka.
