Chyba dla każdego młodego chłopca zakup pierwszego prawdziwego roweru jest bardzo ważnym doświadczeniem, którego wspomnienie nie blaknie nawet po wielu latach.
Nie inaczej było ze mną – gdy tylko zdałem egzamin na kartę rowerową w drugiej klasie podstawówki, czekałem z wytęsknieniem na moment, w którym dostanę swoje własne dwa kółka i będę mógł jeździć gdziekolwiek tylko będę chciał. No, przynajmniej w obrębie naszego rewiru – dalej nie było mi wolno.
Tamtej nocy praktycznie w ogóle nie zmrużyłem oczu – byłem zbyt podekscytowany, by zasnąć i z zegarkiem w ręce odmierzałem upływające na jego ekraniku minuty oraz godziny. Moja siostra spała w najlepsze, i nie mogłem nadziwić się jak to możliwe, jak ona może spokojnie spać, gdy nadchodzi tak wielki dzień.
Wstałem, gdy tylko na niebie pojawiło się słońce, jak najszybciej ubrałem się (wieczór wcześniej przygotowałem sobie już wszystko co potrzebne, żeby nie tracić cennego czasu) i pobiegłem do kuchni, by zrobić kanapki na śniadanie. Kucharz był ze mnie żaden, i tak w sumie kurwa zostało na dobre, więc kromki chleba wyglądały, jakby ucięto je piłą mechaniczną – ale czy to było ważne?
Nalałem sobie do szklanki trochę soku pomarańczowego i zacząłem pospieszne jedzenie.
– Cześć, co ty tu robisz? – Zapytała mnie nadchodząca z korytarza mama w koszuli nocnej, na wpół jeszcze śpiąca.
– Zrobiłem śniadanie, żebyś nie musiała się przemęczać! – Odpowiedziałem wesoło, kłamiąc z nut, jak to na dziecko przystało. Wszyscy wiemy, że miałem w tym kurwa swój interes i tyle.
Ewelina wzięła szklankę, nalała sobie soku i usiadła naprzeciw mnie, podpierając dłonią głowę.
– Daj mi się najpierw obudzić, kochanie, dobra?
Nie dałem za wygraną. Nie wiem, czy było to efektem podniecenia całą sytuacją, czy może po prostu obsesyjnym pragnieniem posiadania roweru, ale w dosłownie kilka minut uwinąłem się ze śniadaniem, wrzuciłem talerz i szklankę do zlewu, a potem pobiegłem do łazienki.
Gdy ta okazała się zajęta, potruchtałem szybko po kluczyki do samochodu i przedni panel radia, a potem wyjąłem pierwszą lepszą parę butów z kolekcji mamy. Stanąłem przy drzwiach z nienaturalnym uśmiechem, a może grymasem na twarzy – i czekałem.
Dojechaliśmy do sklepu tuż przed otwarciem. Gdy już weszliśmy do środka, Ewelina powiedziała mi żebym zapoznał się z dostępnymi rowerami, stojącymi przy całej długiej ścianie obiektu, co też radośnie uczyniłem, ona sam zaś opadła bezsilnie na pobliską ławeczkę, poprawiając bardzo pospiesznie upięte włosy.
Ojciec tylko w wyjątkowych okolicznościach zajmował się dziećmi, a i tak zwykle kończyło się to na tym, że razem z Izą siedzieliśmy na zapleczu jego sklepu i czekaliśmy aż wróci mama, by wreszcie zabrać nas do domu. Dlatego wszelkie sprawy załatwialiśmy z nią i tylko nią, począwszy od pomocy przy pracach domowych, na kupnie roweru kończąc. Czuję jakieś ukłucie winy z tego powodu, bo naprawdę to na jej barkach spoczywało wychowanie mnie i Izy, podczas gdy jej mąż nie przejmował się kompletnie niczym. Jako dzieciak nie zwracałem uwagi na to, jak haruje dla nas dniami i nocami. Jak dla syna zrywa się z samego rana i jedzie z nim do sklepu, nie mając nawet czasu żeby przypudrować sobie nosek i ufryzować włosy.
W sklepie było chyba wszystko – rowery męskie, damskie, we wszystkich kolorach tęczy, w różnych rozmiarach, z koszykami, bagażnikami… nie to, co dzisiaj, gdzie w marketach wystawiają po dwa-trzy modele od jednego producenta. Wybór tego jednego, odpowiedniego, zajął mi zapewne grupo ponad pół godziny, a kto wie, może i więcej? Czułem się jak we śnie i całkowicie straciłem poczucie czasu oraz przestrzeni, tak jak tylko dzieci potrafią. I autyści, ale oni generalnie żyją w swoim świecie, całe życie na fazie.
Mama mimo wykończenia wydawała się zadowolona. Wreszcie miała z głowy zakupy i mogła w spokoju zająć się swoimi sprawami. Ja zaś poświęcałem uwagę tylko nowemu niebieskiemu rowerowi ledwo mieszczącemu się w samochodzie. Bo warto napomknąć, że nie był to kombi, ulubiony model nadwozia polaczków, bo kurwa duży i rekompensuje kompleksy, i można meble przewieźć. Tak jest, kurwa, meble wejdą na tył, i można też spać tam żeby nie kupować na wakacje namiotu albo broń Kurwo Niebieska płacić za wynajem jakiegoś domku czy pokoju hotelowego.
Niemniej, teraz, mając rower, byłem kimś.
W ciągu niecałego tygodnia uformowaliśmy z kolegami z klasy własny gang rowerowy. Nasze zajęcia ograniczały się do wspólnych wyścigów, „objazdówek” (czyli po prostu jeździe w określonej formacji lub gęsiego) i przesiadywania na łąkach sąsiadujących z osiedlem, gdzie w owym czasie mieliśmy bazę wypadową.
– Ale moglibyśmy zrobić, żeby każdy członek gangu musiał coś zrobić. – Powiedział nieskładnie Sperma, wtedy znany jeszcze po prostu jako Patryk, bo nie znaliśmy nawet słowa „sperma”.
– Co? – Zapytał Młody, zakładając łańcuch w swoim rowerze.
– No nie wiem, ochrzcijmy nasze maszyny.
Wszyscy wymieniliśmy w ciszy powątpiewające wspomnienia.
– No jak te, statki. Rozbijemy na nich butelki.
– No możemy. Ale nic się im nie stanie od tego? – Zapytał Kamil.
– To przecież szkło. Co ma się stać, jak trafisz w metal? – Zasugerował Sperma. Jego rozumowanie było oczywiście błędne.
Zostawiliśmy piątego z nas – Patryka (piłkarza) w obozie, by pilnował rowerów, a we czterech poszliśmy w stronę pobliskiego nielegalnego śmietniska, by znaleźć jakieś butelki. Wpół drogi rozdzieliliśmy się na dwie pary – Kamil poszedł z Patrykiem Jeszcze-Nie-Spermą, a ja z Młodym.
Doszliśmy do małej stromizny, w której znaleźliśmy kilka „setek” – czyli stu-mililitrowych buteleczek po wódce.
– Chyba mamy, czego chcieliśmy. – Powiedziałem Młodemu, podnosząc pięć z nich. – Wracamy?
– Czekaj, nie bierz ich.
Spojrzałem na niego pytająco.
– Klucha, mój brat, robił kiedyś coś podobnego. Potem przez tydzień płakał, bo wygiął rurę od ciosu.
– To co on zrobił?
– No przywalił czymś takim właśnie w rower. Ale mam pomysł. Patrz na to. – Chłopak wyjął z kieszeni zaśniedziałą jednogroszówkę i wcisnął ją w szyjkę jednej z butelek. Rozkręcił nią i uderzył w podeszwę buta. Czynność powtórzył kilkukrotnie, a potem zrobił to samo z drugą butelką.
– Trzymaj. Tylko uważaj z nią. Udawaj, że rozbije się normalnie.
Nie do końca rozumiałem, o czym kolega mówi, ale uwierzyłem mu.
– Hej, mamy butelki! – Ryknął na całe gardło.
Ceremonia miała się odbyć w naszym obozie. Podstawiliśmy na ziemi płytę dykty, by można było oprzeć na czymś stopkę chrzczonego roweru, a Kamil uroczyście nałożył na ramę pierwszej maszyny starą szmatę. Sam też przewiesił sobie przez ramiona drugą – bordową zasłonę wygrzebaną z góry śmieci, jebiącą zgnilizną i rozkładem martwych szczurzych ciał.
– Jesteś gotowy? – Spytał Młody Patryka i podał mu jedną z butelek. – Od tej pory będziesz członkiem naszego gangu, na dobre i na złe.
Patryk uderzył buteleczką w ramę, tuż pod siodełkiem. Metal wydał głuchy odgłos, ale szkło nie pękło. Chłopak spróbował jeszcze raz – również bez skutku. Dopiero za trzecim razem, gdy wziął zauważalnie większy zamach z kurwikami w oczach, osiągnął sukces.
Kamil podbiegł i usunął szmatkę. Rurka ramy była wyraźnie wgięta, a lakier w kilku miejscach odprysł, ku niemałemu niezadowoleniu właściciela.
Swój rower wyprowadził teraz Młody, a Kamil wyrecytował mu tą samą formułkę. Chłopak zamachnął się, a przy uderzeniu butelka spektakularnie pękła w drobny mak, nie uszkadzając jednak ramy. Nie uszło to mojej uwadze, ale wszyscy inni uważali, że to po prostu łut szczęścia.
Chwilę później do dzieła przystąpił Kamil – również pozostawiając po sobie niezbyt estetycznie wyglądające wgniecenie i przy okazji nieco uszkadzając lakier po dwóch silnych uderzeniach, których potrzebował, by wreszcie zbić przeklętą buteleczkę.
– Cholerka, ojciec mnie zabije, ten rower podobno kosztował fortunę… – Jęknął, masując dłonią nowo powstały dołek.
Przyszła pora na mnie. Z całej naszej paczki, ja miałem rower najkrócej, więc z oczywistych względów najbardziej bałem się go uszkodzić. Gdybym w pierwszym tygodniu wrócił do domu z wgniecioną ramą, napytałbym sobie tylko biedy u mamy. Nie chciałem jej ani denerwować ani martwić – nie wiedziałem co byłoby gorsze. Jednocześnie nie chciałem wyjść przed kolegami na strachajło i przegapić szansę dołączenia do ich enklawy.
– Jesteś gotów? – Zwrócił się do mnie Sperma. Przytaknąłem niepewnie. – Od tej pory, będziesz członkiem naszego gangu, na dobre i na złe.
Wziąłem głęboki wdech, zamachnąłem się spreparowaną butelką i uderzyłem w ramę, mając nadzieję, że Młody miał rację. Szkło wyprysło z hukiem na wszystkie strony, ale po zdjęciu szmatki zobaczyłem, że metal pozostał nietknięty. Poczułem jak żołądek z gardła wraca na swoje miejsce. Uśmiechnąłem się do Młodego, dziękując mu w duchu za pomoc, ten skinął mi w ramach odpowiedzi porozumiewawczo głową.
Zaraz potem to ja przewiesiłem przez barki obrzydliwą, cuchnącą zasłonę i wyrecytowałem formułkę Spermie, który podobnie jak Kamil i Patryk, zostawił po sobie spory półkolisty ślad w rurce ramy, i przy okazji całkiem pokaźny odprysk.
Z Młodym nigdy nie wyznaliśmy przyjaciołom prawdy.
