Każda klasa miała swój worek do bicia – u nas był nim, jak wiecie, Tymek, w jednej równoległej Gruby, w trzeciej natomiast za popychadło robił Michałek. Nie był ani upośledzony, ani nawet opóźniony, przeciwnie, uczył się bardzo dobrze i każdego czerwca odbierał z rąk dyrektora świadectwo z czerwonym paskiem i książkę w nagrodę. Już samo to byłoby wystarczającym powodem, by był przez największy szkolny margines wytykany palcami, ale tym co naprawdę czyniło go obiektem kpin i żartów, było jego zniewieścienie, które w tamtych latach, w tamtym klimacie było naprawdę negatywnie postrzegane przez wyjątkowo mało tolerancyjne sebiczne otoczenie. Taki już był – nikomu nigdy nie wadził, nigdy nie przeklinał i nigdy nie rozrabiał, co inni odczytywali oczywiście jako słabość jego charakteru i gdy nadarzała się okazja, dokuczali mu. Nierzadko naprawdę okrutnie.
Pewnego dnia poszliśmy z Młodym do osiedlowego sklepu po chipsy, czyli innymi słowy po Tazosy. Tak, mowa o tym samym sklepie, z którego Kamil próbował zajebać buraka. Nie pamiętam czemu, ale podczas gdy ja wszedłem do środka kupić nam po paczce Lay’sów, Młody został na zewnątrz, być może po to, by sobie zapalić. Na pewno już wtedy jarał szlugi, ale jeszcze krył się z tym przed dorosłymi; zresztą nie on jeden. Sperma kopcił pod balkonami albo za garażami, z dala od świadków, Szymi podkradał szlugi starym, nawet Emil czasem sępił bucha czy dwa od starszych kolegów, jeśli mieli. Niewykluczone więc, że właśnie dlatego się wtedy rozdzieliliśmy i gdyby nie to, być może uwagi Młodego nie przykułby oparty o ścianę sklepu stary, rozklekotany rower. Niby nic interesującego, ale dostrzegł kątem oka, że wokół jego ramy okręcona była blokada z kluczykiem w zamku.
Nikogo nie było w pobliżu, więc migusiem zajebał fant, schował go pod koszulkę i uciekł na drugą stronę ulicy, na wypadek gdyby właściciel roweru zauważył, że coś mu zginęło. Za każdym razem, gdy działo się coś, cokolwiek, poszkodowani w pierwszej kolejności próbowali brać na spytkę dzieci i młodzież stojące najbliżej, więc każdy, kto miał trochę oleju w głowie, wiedział, by trzymać się na dystans. Młody nauczył się tego trudną i bolesną metodą prób i błędów, ale w końcu nauczył skutecznie wtapiać w tłum – na tyle, bym nawet ja sam nie zauważył go, gdy wyszedłem ze sklepu. Zagwizdał mi z oddali i pomachał zza jakiegoś krzaka.
W ukryciu dokładnie przyjrzeliśmy się blokadzie, ale szczerze nie mieliśmy pomysłu co można by z nią zrobić. Dyskutowaliśmy parę minut, wpatrując się w nią jak w obrazek, próbując wymyślić jakiekolwiek dla niej zastosowanie.
– Może zrobimy z niej broń? Wiesz, takie nunczako? – Zasugerowałem. Młody wzruszył ramionami, chwycił ją, powywijał trochę i ze zrezygnowanym wyrazem twarzy odłożył na ziemię. – Nic z tego, przez tą gumową osłonę jest za sztywna. W ogóle się nie chce wyginać.
– To nie wiem. Drzwi jakiegoś garażu raczej nią nie zablokujemy, co?
– Nie da rady. Nie będzie przez co jej przeciągnąć. Tak w ogóle to nie potrzebujecie czasem z siostrą blokady? Bo do niczego innego niż do przypinania roweru blokada się nie nada…
– Nie, coś ty. Mamy swoje… ej, Młody! To jest to! Jesteś geniuszem! Ta blokada nadaje się tylko do przypinania rowerów, co nie?
– No… – Odpowiedział niepewnie przyjaciel, nie mając pojęcia do czego zmierzam.
– No to użyjmy jej do przypięcia jakiegoś roweru!
W tym momencie zrozumiał. W naszych głowach zaświtał iście diabelski pomysł wspaniały.
Nie chcieliśmy odwalać dwóch akcji w jednym miejscu, szczególnie takim, w którym bywaliśmy często i gdzie nas znano, dlatego zaczailiśmy się w krzakach koło innego sklepu, takiej klitki trzy na trzy metry między dwiema klatkami dziesięciopiętrowego bloku, czekając na jakąś ofiarę. Młody planował chyba zrobienie wrednego psikusa jakiemuś dresowi z wrogiego osiedla, ale po paru minutach czekania w ukryciu, na horyzoncie pojawił się dużo lepszy cel – czyli wspomniany Michałek, jadący powolutku i ostrożnie na swoim zdecydowanie przydużym rowerze. Zatrzymał się, oparł go o ścianę spożywczaka i wszedł do środka, a Młody w tym czasie zakradł się cichutko, niczym z krwi i kości ninja, by opleść kolorową blokadę wokół ramy i koła roweru, a potem wokół kraty osłaniającej drzwi sklepiku.
Zamek kliknął, wieszcząc sukces pierwszego etapu operacji. Czym prędzej uciekliśmy, jak gdyby nigdy nic obserwując rozwój sytuacji z perspektywy gapiów, siedząc na murku piaskownicy kilkanaście metrów od sklepiku.
Chłopaczek parę minut później wyszedł ze sklepu z butelczyną oranżady, chwycił za swój rower i aż usłyszeliśmy głośny grzechot kraty, gdy pociągnął go zdecydowanym ruchem do siebie. Nie załapał od razu co się stało, ale po chwili dostrzegł niemożliwą do przeoczenia jaskrawożółtą blokadę.
– Kto to zrobił?! – Krzyknął płaczliwym głosem na całą ulicę.
Sprzedawczyni, słysząc ten raban, wyszła na zewnątrz i zapytała się go co się dzieje.
– Ktoś mi rower przykuł do kraty! – Zaszlochał. Emocje wzięły już nad nim górę, więc płacząc zaczął z całych sił szarpać tym rowerem, chyba mając nadzieję, że siła jego mięśni wygra z metalowym łańcuchem.
– Przestań, kurwa, bo mi jeszcze kratę uszkodzisz, debilu jeden! – Opierdoliła go dodatkowo sprzedawczyni.
Michałek poprosił ją, by popilnowała mu roweru, jakby ktoś faktycznie mógł go ukraść, i pobiegł do domu, po ojca.
Przez kolejną godzinę obserwowaliśmy z Młodym jak czerwony na ryju Janusz siłuje się z ręczną piłką, cęgami i jakimiś wymyślnymi narzędziami tortur, a jego syn płacze w pozycji żółwik na pobliskiej ławce, podczas gdy my jedliśmy przepyszne chipsy i zachwycaliśmy się Tazosami w nich znalezionymi.
To był dobry dzień.
