Tymek symulant

Okres późnej jesieni i wczesnej zimy należał od zawsze do najgroźniejszych pod względem ilości infekcji i wirusów. Gdy tylko pogoda się ochładzała, liczebność klasy tymczasowo spadała na łeb na szyję – zwłaszcza w podstawówce, choć niekoniecznie dlatego, że nie mieliśmy wyrobionej jeszcze należytej odporności. Te prawdziwe choroby rzeczywiście nie były rzadkością, ale im starsi byliśmy, tym bardziej symulowanie wydawało nam się atrakcyjne. Któż bowiem nie udawał przeziębionego choć jeden raz, by uniknąć kartkówki lub pytania, których bardzo się obawiał? Na pełnoprawne wagarowanie większość z nas nie miała jaj, ale jeśli w grę wchodziły legalne zwolnienia pisane przez rodziców, nawet cicha woda rwała brzeg.

– A co się dzieje z Kamilem? Nie było go na lekcjach. – Zapytał się mnie Tymek, w którego towarzystwie wracałem tego dnia ze szkoły.

– Siedzi w domu. – Odpowiedziałem lakonicznie, licząc, że nie zainteresuje się specjalnie tematem.

– No ale co, chory jest?

– No skoro nie było go w szkole… – Nie powiedziałem mu prawdy. W rzeczywistości Kamil dzień wcześniej udawał przed rodzicami przeziębionego i jestem pewien, że gdy tylko wyszli z domu tego ranka, wstał z łóżka i znalazł sobie ciekawsze zajęcia niż bezcelowe wylegiwanie się. Znając jego pewnie grał na kompie. Tego jednak Tymek nie musiał wiedzieć.

– Kurde, jak ja bym chciał tak sobie nie iść do szkoły chociaż raz… – Jęknął. – Mam już dość wstawania o siódmej. Tracimy w szkole pół dnia!

Wtedy oczywiście gorliwie mu przytaknąłem, ale ledwie parę lat później miało do mnie dotrzeć jak zabawne i błahe były nasze problemy. Lekcje od ósmej do pierwszej, no koniec świata, naprawdę!

– Ej, a nie wiesz, jak się szybko rozchorować? – Zapytał chłopak, jakby w nagłym olśnieniu.

– Niespecjalnie. A co?

– No jak będę udawał, to Ada mnie od razu podkabluje i będę miał przechlapane. No to muszę się rozchorować naprawdę!

– Nie wiem, weź może pochodź po dworze bez kurtki albo coś. – Rzuciłem od niechcenia. Tymek momentalnie rozpiął kurtkę, a zaraz potem bluzę, która się pod nią znajdowała. Poczułem na twarzy zimny powiew jesiennego wiatru i wstrząsnął mną dreszcz, myśląc, jak bardzo zdesperowany musi być kolega z klasy.

– No, zimno. A ile trzeba czekać aż zacznę mieć kaszel albo katar?

– Nie mam pojęcia. Dzień-dwa?

– Nie no, daj spokój. Jest poniedziałek, a w weekend muszę być już zdrowy.

– No to wypadałoby żebyś jutro był już chory.

– Może masz jeszcze jakieś sposoby?

Zastanowiłem się i po kilku chwilach przypomniałem sobie coś, o czym mówiła mi mama, gdy byłem młodszy.

– Surowe ziemniaki. – Powiedziałem głośno.

– Co „surowe ziemniaki”?

– No jak zjesz surowego ziemniaka, to będziesz miał gorączkę i ból brzucha podobno.

– A szybko to działa? I ile trzeba zjeść?

– Nie pytaj mnie. Nigdy tego nie próbowałem. Dawno temu mama mnie ostrzegała żebym nie jadł surowych ziemniaków, nic więcej nie wiem.

– Surowe ziemniaki… to może zadziałać! Dzięki! – Ucieszył się.

– Nie ma sprawy. Tylko wiesz, jakby coś, to ja nic nie mówiłem, dobra? – Odpowiedziałem poważnym tonem, nagle zdając sobie sprawę z tego, że Tymek nie był osobą godną zaufania, która najprawdopodobniej dochowałaby tajemnicy. W poprzedniej klasie nie zawahał się podkablować Młodego podczas finału afery z Sukami, a ja nie ugryzłem się w język, gdy jeszcze mogłem. No nic, pozostało mi liczyć na to, że nikomu nic nie wypapla.

Niedługo potem, rozpięty i roześmiany od ucha do ucha Tymek pożegnał się i odbił w stronę swoich bloków, a ja skręciłem na rewir.

Następnego dnia Kamil pojawił się w szkole, chociaż „chorować” planował wstępnie do końca tygodnia. Symulowanie skończyło się, gdy dał sobie zmierzyć temperaturę.

Roześmialiśmy się, słysząc ton oburzenia w jego głosie i złość wobec matki, która ani myślała dać mu robić sobie przedwczesne ferie.

– No i kazała mi dzisiaj iść, bez odpisanych zeszytów i w ogóle! – Mruknął, podsumowując swoją opowieść. – Co w ogóle wczoraj robiliście?

Nastała niezręczna chwila ciszy. Żaden z nas nie pamiętał, co robiliśmy dwadzieścia cztery godziny wcześniej.

– No temat mam napisany. – Zająknął się wreszcie Sperma, wyjmując z plecaka jakiś swój zeszyt.

– I tyle? – Zapytał go Kamil.

– No.

– Eee, to coolowo. – Uradował się, chyba naprawdę nie zdając sobie sprawy z tego, że Sperma rzadko kiedy w ogóle pisał na lekcjach cokolwiek poza gołymi tematami.

Przeszliśmy przez szkolną bramę, zeszliśmy po schodkach i zobaczyliśmy przy wejściu do budynku naszą ówczesną wychowawczynię rozmawiającą z Adolfem, ojcem Tymka i Ady. Grzecznie ukłoniliśmy im się, zbyt pochłonięci żartowaniem sobie z Kamila by zwrócić uwagę na to, jak nietęgie mają wyrazy twarzy.

Nie dalej niż kwadrans później, na pierwszej lekcji, dowiedzieliśmy się, że Tymek trafił w nocy do szpitala, na ostry dyżur. Zabrała go karetka, gdy dostał silnych bólów brzucha, połączonych z równie silną gorączką i rozwolnieniem.

Wychowawczyni postanowiła poświęcić godzinę, byśmy przygotowali koledze laurki z życzeniami powrotu do zdrowia, które później trafiły do adresata przez Adę, której cały dramat był nad wyraz obojętny i nawet nie udawała, że przejmuje się specjalnie losem brata.

Tymek, na całe szczęście, nigdy nie powiedział nikomu, kto wyjawił mu sekret jedzenia surowych ziemniaków, ale nie ominęła go kara za to, co odkurwił. Gdy tylko wrócił do domu, jego ojciec czekał na niego z przygotowanym na tą okazję kablem od żelazka, co radośnie i ze szczegółami opisała nam później Ada, rozkoszując się każdym jednym wspomnieniem krzyków, pisków i kwileń jej bezlitośnie bitego brata.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close