Każdy ma jakieś słabości – w przypadku Antka były to klocki Lego, pożądał je z taką samą intensywnością, jak niektórzy pożądają papierosów czy alkoholu. Zawsze, gdy był z rodzicami w supermarkecie, szedł do alejki z zabawkami i udając, że przegląda zestawy wyłożone na półkach, rozpruwał te małe i kradł woreczki z częściami, które znajdowały się w pudełkach. Wabiły go jak błędne ogniki i nie potrafił oprzeć się pokusie zajebania ich, co jest o tyle ironiczne, że w szkole nie ściągał nawet na kartkówkach, bojąc się konsekwencji i utraty reputacji w oczach nauczycieli, ale z regularnymi kradzieżami najmniejszych problemów nie miał. Gdzieś tam w środku był wyrachowany i bezwzględny, może nawet najbardziej z nas wszystkich.
Czasy były takie a nie inne i młodzi dorastali na swój sposób wolniej niż młodsze od nas o dekadę lub więcej roczniki. Mając ograniczony dostęp do technologii i internetu, byliśmy bardziej… niewinni? Alternatywnie można by powiedzieć że infantylni, ale wydaje mi się, że miałoby to wydźwięk bardziej negatywny, niż powinno.
Z jednej strony hormony zaczynały robić swoje i weszliśmy w okres mutacji głosów i zdesperowanego poszukiwania dziewczyn, z drugiej wciąż potrafiliśmy w jakiś deszczowy dzień wysypać na dywan klocki i bawić się nimi z takim samym zainteresowaniem i oddaniem jak kilkulatki.
Pewnego razu, podczas robienia małych porządków w pokoju, spostrzegłem, że wśród moich starych klocków schowanych w szafce, a które poprzedniego dnia pokazywałem zainteresowanemu nimi Antkowi, brakuje jednej z moich niegdyś ulubionych figurek. Nie trzeba było geniusza żeby wiedzieć, co się z nią stało, i że to oznaczało wojnę.
Kilka dni później odwiedziłem Antka w towarzystwie Kamila. Standardowa weekendowa wizyta, wspomagana kilkoma rundkami w Tonym Hawku 3 i prezentacją naszych postaci w Diablo II. Słabych, swoją drogą, na poziomie najwyżej trzydziestym, przy czym Antek i tak jechał na zwykłym stopniu trudności, zbierając jedną ósmą doświadczenia mojego i Kamila, bo nie wiedział jak go zwiększyć. Czyli standard – większość szczyli, która zarywała noce w Diablo i później chwaliła się swoimi domniemanymi osiągnięciami, też nie miała o tym pojęcia. Słyszałem kiedyś, że ktoś dostał wpierdol po tym, jak chwalił się jakimiś super rzadkimi itemami dla swojego barboleo, a jak na drugi dzień przyniósł z obitym ryjem save’a na dyskietce, to wyszło, że to jakiś niskopoziomowy szczur z wpakowanymi punktami umiejętności w manę!
Nie dałem po sobie poznać, co tak naprawdę sądzę o postaci Antka, bo planowałem dokonać na nim jakiejś mniej oczywistej zemsty – a na pewno bardziej przemyślanej niż wygarnięcie mu tego i owego prosto w twarz, i nie mam tu bynajmniej na myśli jego niewiedzy związanej z Diablo. Chciałem, by była na tyle cicha, by nawet nie wiedział, co go trafiło.
Moje luźne plany posypały się jednak w drzazgi, gdy w pewnym momencie Kamil podszedł do okna, gdzie za firanką, na parapecie, znajdowała się wystawa złożonych zestawów Lego. W całym pokoju Antka parapet był jedynym miejscem, gdzie można było cokolwiek jeszcze wystawić. Gdziekolwiek bowiem by nie spojrzeć, rozciągały się góry tanich pierdół i ozdóbek tonących w kurzu, które jego matka kupowała chyba na kilogramy.
– Patrz, to nie twoja figurka? – Zapytał obojętnie, wskazując palcem tą, która w istocie była moja. Zakląłem w duchu, bo gdy wtajemniczałem w sytuację Kamila, powiedziałem mu jasno by trzymał język za zębami, bo jeśli znajdę owego „ludzika”, to odzyskam go w taki sam sposób, w jaki przywłaszczył go sobie Antek.
– No patrz, a zginęła mi parę dni temu. – Mruknąłem zrezygnowany.
Antek podbiegł do firanki i zasunął ją, odpychając Kamila do tyłu jakby klocki były radioaktywne.
– Ukradłem ją… ale nie tobie. – Chłopak mocno się zmieszał i próbował naprędce sklecić jakąś wymówkę, ale był słabym kłamcą.
– Tak? A skąd, jeśli można wiedzieć?
– Ze… sklepu. Tak, ze sklepu, jak byłem ostatnio z rodzicami.
– Nie wiedziałem, że produkują jeszcze takie figurki. – Wyraził powątpiewanie Kamil.
– Bo… ja ukradłem kilka i ją… złożyłem.
– Dobra, kurwa, Antek. Nie pogrążaj się. Nie potrafisz po prostu powiedzieć mi w twarz, że mi ją zajebałeś? Musisz wymyślać jakieś historyjki o sklepach? – Spojrzałem na niego z pogardą i odwróciłem się. Miałem naprawdę dość, więc podniosłem swój plecak z podłogi i zwróciłem się ku drzwiom pokoju. – Będę leciał.
– Czekaj, proszę! Mama upiekła ciasto, spróbuj go chociaż. Nie rób jej przykrości.
Zanim zdążyłem otworzyć usta, Kamil podszedł do mnie i wyręczył mnie, odpowiadając mu:
– Nie zrobimy, ale i tak niedługo się zbieramy żeby zdążyć na obiad.
Gospodarz przytaknął i szybko wybiegł z pokoju. Usłyszeliśmy jego przytłumiony tupot na schodach. Pobiegł do kuchni po obiecane ciasto.
– Co ty robisz? Nie chcę mieć z tym kutasem nic wspólnego. Widziałeś, co odjebał przed chwilą? „Ukradłem, ale nie tobie”. Kurwa! Mam w dupie tą figurkę, chodzi o honor. – Żachnąłem się.
– Wyluzuj. Jesteś wkurwiony. Oko za oko.
Nagle wszystko załapałem. Kamil specjalnie chciał zostać dłużej, żebym odegrał się na Antku. On sam podszedł do meblościanki (której każda półka była zapełniona niezliczoną ilością starych zdjęć, pamiątek i zabawek) i wziął z niej resoraka.
– Zawsze taki chciałem. Jumasz też coś?
– Oko za oko. Kumpli się nie okrada.
Spojrzałem na półki. Same zabawki i bezużyteczne graty, nic ciekawego, ale przecież nie mogłem wyjść od Antka z pustymi rękami, bo po tym, jak jego kradzież wyszła na jaw, nie spodziewałem się, by prędko zaprosił nas do siebie po raz kolejny. Omiatałem więc wzrokiem meblościankę z lewa na prawo i z góry na dół, aż przy którejś z kolei „rundce”, natrafiłem spojrzeniem na niewielkie białe pudełeczko ze złotymi zdobieniami stojące w centralnej części jak jakiś klejnot koronny. Wiedziałem, co jest w środku – różaniec z pierwszej komunii. Zaśmiałem się złowrogo i pokiwałem z aprobatą głową, czując się jak prawdziwy łotr.
– Co jest, masz coś? – Zaciekawił się Kamil, widząc wyraz mojej twarzy, zapewne przypominający w tamtym momencie ikoniczny grymas Grincha.
– Pewnie, że mam. – Otworzyłem pudełeczko i wrzuciłem jego zawartość do kieszeni. Kamil zaniemówił. – No co, przecież i tak nikomu nie jest potrzebny.
– Ale to… nie przesada?
– To jest tylko zemsta. Za okradanie i okłamywanie własnych kumpli. Zresztą, takiemu grzesznikowi i tak te koraliki na chuj się przydadzą.
– W sumie tak. – Zachichotał. – Genialne, kurwa.
Nie pobyliśmy u Antka dużo dłużej. W niezręcznej atmosferze zjedliśmy po kawałku ciasta i poszliśmy jakby nigdy nic, nie dając gospodarzowi powodów do podejrzewania, że jego kolekcja klamotów zmniejszyła się o dwa drobiazgi.
Zanim wyszliśmy z posesji na ulicę, Kamil przystanął na moment.
– Czekaj, mam tu coś… – Zaczął grzebać w kieszeni spodni i po chwili wyjął moją figurkę Lego. – Olałeś ją, ale taka pizda jak Antek na nią nie zasługuje.
Kolega podał mi ją. Momentalnie poczułem ulgę i jednocześnie jakieś wyrzuty sumienia z powodu różańca. Zguba wróciła do mnie w stanie nienaruszonym, więc może cała zemsta była… nie wiem, nazbyt ekstremalna?
– A tak w ogóle, potrzebny ci ten różaniec? – Zapytał.
– Nie, ani trochę. Zajebałem go dla zasady. Chcesz?
– A daj, będę miał się czym bawić. Może sprzedam jakiemuś dziecku? – Zastanowił się, odbierając ode mnie kontrabandę. Różańca nigdy później już go nie zobaczyłem. Antek zresztą też.
Zgodnie z moim przypuszczeniem, Antek prędko nie zaprosił nas do siebie na kolejne spotkanie – minął chyba rok, nim w ogóle postawiłem w jego domu stopę, ale do tej historii jeszcze dojdziemy w odpowiednim czasie.
Kradzież mojej figurki Lego miała zaskakująco dalekosiężne konsekwencje – Antek nie tyle został odepchnięty od naszej paczki, co sam się od niej zdystansował, a my po prostu nie staraliśmy się utrzymać naszych relacji na takim poziomie jak wcześniej; szczególnie że środowisko szybko dowiedziało się, że w klasie mamy kogoś, kto lubi okradać kolegów. Złodziejaszek próbował z początku wszystko obrócić w żart, raz wymyślił nawet, że zrobił to żeby przetestować moje zdolności detektywistyczne, co było wymówką poniżej poziomu nawet pierdolonego Tymka, po usłyszeniu której aż się ucieszyłem, że wszyscy się na nim poznaliśmy.
Ironicznie bardzo niedługo sam miałem poznać gorzki smak wykluczenia z grupy.
