Buhaha

Z Sebkiem mieszkającym nade mną miałem zawsze takie neutralno-pozytywne stosunki, w sensie mówiliśmy sobie „cześć-cześć”, ewentualnie „masz ogień?”, rzadko kiedy coś więcej. Panował między nami taki sąsiedzki respekt, ale nie bujaliśmy się razem. No ale wiecie jak to jest – jeśli otoczenie was z kimś zobaczy, to od razu założy, że z nim trzymacie.

Tak było z Buhaha – starą babą, która mieszkała u nas w bloku. Raz zobaczyła że Sebek niesie zakupy mojej mamie, bo od gówniaka szanował ją mocno, innym razem że ja się z nim witam, więc wpisała mnie na czarną listę i uznała za degenerata. Od tej pory okoliczne dewoty wytykały mnie palcami i unikały jak ognia, chociaż nic im nigdy nie robiłem. Ewelina też stanowiła hot topic dla tych pomarszczonych pokrak, które za każdym razem gdy ją widziały, rozbierały ją wzrokiem w nadziei, że dostrzegą jakiś nowy siniak albo zadrapanie.

Plotek jej i jej podobnych staraliśmy się jednak nie dostrzegać, bo gdybyśmy zaczęli na nie reagować, dalibyśmy im tylko więcej powodów do obgadywania nas za plecami. Inne ofiary ich pomówień, nie miały jednak takich samych hamulców i od czasu do czasu terroryzowały Buhaha. Po nocach nafurane Sebki kopały jej w drzwi, pluły na klamkę, co drugi pato-gówniak chwalił się, że nasrał jej na wycieraczkę, ale żadnego gówna nikt nigdy tam nie widział. Dobijanie się do drzwi było jednak prawdziwe – czasami budziło nawet mnie i Izę.

Powiedziałbym, że nękanie schorowanych staruszek jest przegięciem… ale co ja tam będę udawał, szmata zasłużyła sobie na bycie gnębioną, a na każdy krzyk jej przerażenia przypadało dziesięć albo więcej plotek rozpowiadanych półgębkiem pod sklepem. Zresztą skoro już jestem w temacie krzyków, to pseudonim „Buhaha” wziął się właśnie od okrzyku, jaki Sebki wydawały na jej widok żeby ją nastraszyć, a ona potem szybko przebierając pokrzywionymi nóżkami spierdalała na drugą stronę ulicy, i od razu biegła do Miry, Bogusi albo innej Leokadii, którym oczywiście opowiadała niestworzone historie o wszystkich, którzy krzywo na nią spojrzeli, tudzież dzwoniły wspólnie na pały.

Raz wezwały psiarnię na nas, mimo że nie zrobiliśmy absolutnie niczego. Pamiętam, że siedzieliśmy sobie na klatce z Pauliną i Emilem, i akurat gdy ten szczęśliwym zbiegiem okoliczności poszedł się wysrać pod balkon, wyrosło przed nami dwóch policjantów, mówić, że dostali doniesienie, że trójka wulgarnych nastolatków zachowuje się w tym miejscu niegrzecznie, pali papierosy i degeneruje przechodzące obok dzieci, a matkom je prowadzącym też ubliża. Emil zobaczył, że niebiescy nas osaczyli, więc obszedł blok i schował się wśród zaparkowanych przy chodniku samochodów, i dobrze, bo gdyby do nas wrócił i próbował bronić, to pewnie wzięliby nas jeszcze wszystkich na dołek.

– Co wy tu robicie? – Zapytał nas chłodno jeden z mundurowych.

– M… tege… no… randka. – Wyjąkała Paulinka i objęła moje ramię, trzepocząc rzęsami i siląc się na blady uśmiech, chociaż wcale nie było do śmiechu ani jej, ani mnie.

– Ja tutaj mieszkam. – Dodałem przy okazji, chyba mając nadzieję, że nie będę napastowany pod własną klatką schodową. Ale nie, skurwieli wcale to nie powstrzymało przed rozkazaniem nam opróżnienia kieszeni. Otoczyli nas, jakbyśmy byli przestępcami, jeden z jednej, drugi z drugiej strony. Wyciągnąłem na lewą stronę kieszenie i pokazałem im, że są puste. Paulina zaczerwieniła się i powiedziała cicho:

– Ja… nie będę kooperować.

– Jeśli jesteś niewinna, to nie masz się czego obawiać. Ale jeśli nie opróżnisz kieszeni dobrowolnie, to weźmiemy cię na komisariat i tam urządzimy dokładne przeszukanie. Spiszemy raport i wezwiemy twoich rodziców żeby cię odebrali. Podoba ci się taka alternatywa?

Bordowa na twarzy i ze szklącymi się z upokorzenia oczami, wyjęła z kieszeni tampona i parędziesiąt groszy.

– Zadowoleni? – Warknęła, patrząc im w oczy, drżąc na całym ciele. Dopiero wtedy pałkarze się odpierdolili i odeszli, mówiąc że jak zobaczymy jakichś chochołów-chuliganów, to żebyśmy po nich dzwonili, bo oni dostali info od bardzo wiarygodnego źródła.

Nawet gdyby rzeczywiście jacyś bandyci faktycznie kręcili się w okolicy, to po tym, co nam, a szczególnie Paulinie, zrobili, to wykręcenie „997” na telefonie figurowałoby na samiusieńkim dole listy naszych priorytetów.

Buhaha w końcu zdechła, ku wielkiej uldze chyba większości osób mieszkających na osiedlu. Znaleźli ją na klatce w swoich szczynach i gównie – dostała zawału czy tam udaru i spadła ze schodów. Czy się posrała zanim zmarła, czy po, tego nie wiem, ale efekt był taki sam i jedyną osobą, która skrycie się wtedy nie cieszyła, była nasza sprzątaczka. Minę miała nietęgą, musząc sprzątać pozostawione jej w spadku fekalia.

W mieszkaniu Buhaha, oblepionym świętymi obrazkami i portretami papaja, zamieszkała młoda rodzina jakichś magistrów. Taki suchoklates okularnik i jego szara myszka z brzuchem, kucykiem i okularami, wypisz wymaluj rodzice Młodego dwie dekady wcześniej. Wykurwili z niego po paru miesiącach, gdy zrozumieli jak od kuchni wygląda życie w blokach.

Później wprowadziła się tam jakaś bieda-rodzina, która chyba została eksmitowana z poprzedniego mieszkania, ale nie wiem, trzymałem się od nich na dystans, bo zawsze śmierdziało od nich potem i szlugami. W sumie od Buhaha też czymś jebało zawsze, jak tak pomyślę, chyba naftaliną.

W dużym skrócie – nowa familia była sześcioosobowa – ojciec, matka, troje gówniaków (albo raczej młodzi dorośli przed trzydziestką) i jakiś wujek czy ktoś – ni mniej, ni więcej przydupas na doczepkę. Wszyscy wyglądali praktycznie tak samo, okrąglutcy niczym ziemniaki, zupełnie jak Kaczyńscy, tylko nie skarlali.

Żyli z zasiłków i zbierania złomu, po który jeździli autobusami po całym mieście i wybierali puszki ze śmietników na przystankach.

Widziałem ich raz w akcji. Jeden z grubasów wybrał puszki, włożył do reklamówki, wsiadł do autobusu i zaczął rozprawę z innymi kartoflarzami:

– No mówię wam, tyle puszek!

– Tyle puszek tam było to biere od razu, tyle puszek!

– No tyle puszek, no rany, tyle, ktoś wyrzucił!

– To wzięłem i szybko hopa do autobusa z nimi żeby nikt mi ich nie zabrał!

– A mówię wam, tyle puszek. Chyba z piętnaście!

Zapomniałem wspomnieć, ale to chyba oczywiste, że wszyscy członkowie tej rodziny byli wyraźnie niedorozwinięci psychicznie. W sumie, jak się tak zastanowić, to akurat kolejna cecha łącząca ich z Kaczyńskimi.

Familia została w końcu wyjebana z bloku, bo nie płaciła rachunków, a sąsiedzi często zgłaszali na nich jakieś skargi. W sumie cud, że nas nie wyrzucono przez wybryki starego, może z litości dla mnie, mamy i Izy.

Ich miejsce zajęła później jeszcze inna młoda para z niezwykle upierdliwą córeczką, której tak podobał się pogłos na klatce schodowej, że za każdym razem, gdy przechodziła nią wszystkie te trzy piętra, wydzierała się „panie Janie”, w kółko. Bez dalszych wersów, po prostu tylko i wyłącznie te dwa słowa, czasem dla urozmaicenia nucąc sobie trochę melodię, by zaraz potem wrócić do swojej czterosylabowej kakofonicznej mantry w metrum mniej równym niż foniczne wyczyny The Shaggs.

O samej Buhaha świat bardzo szybko zapomniał. Zniknęła jak plama fekaliów, które zostawiła po sobie na klatce. To było jej jedynym dziedzictwem. Reszta uleciała w eter jak plotki, które rozsiewała za życia.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close