Pamiętam, jak mama wzięła kiedyś mnie i Izę na coroczny festyn rozpoczynający wakacje, który urządzano na boisku za podstawówką, do której oboje mieliśmy niedługo pójść. Dostaliśmy od niej po lodzie, bynajmniej nie takim, o którego miałem poprosić ją siedem czy osiem lat później, i jedząc je dreptaliśmy od jednej atrakcji do drugiej, podziwiając kolorowe światła, głośną muzykę i nie mogąc nadziwić się ilości osób dokoła.
Siedem czy osiem lat później ponownie zawitałem na letnim festynie, choć tym razem bez mamy, a z przyjaciółmi. Teraz, gdy mieliśmy naście lat, nie czuliśmy tej samej magii, co kiedyś. Cała impreza wydawała mi się tandetna i zdezorganizowana, ale mimo to mieliśmy nadzieję zabawić się chociaż trochę, skoro nadarzyła się okazja.
– Ty, kurwa, nie sprzedadzą nam piw. – Emil zbulwersował się, gdy został odgoniony od jednego ze stoisk.
– Tia, na pewno kupię kubek tych sików za dychę. Brakłoby mi na fajki. – Skwitował to Sperma z nieskrywaną pogardą.
– Chodźmy pod scenę, może zagrają coś fajnego. – Zaproponował Patryk z braku laku.
Nikt z nas nie chciał brać udział w dzikich tańcach pod nią, wraz ze zbieraniną naćpanego kwiatu okolicznej młodzieży klasy niskiej, ani tym bardziej słuchać wsiowego disco polo dobywającego się z głośników, ale zmieniliśmy natychmiast zdanie, gdy zapowiedziano darmowe upominki dla uczestników zabawy.
Na scenę wyszło kilka dziewcząt w szpilkach i bikini, trzymających pękate kosze wypełnione po brzegi owocami i ciastkami. Wierzcie mi na słowo, że jakkolwiek krągłe nie byłyby ich pupy i piersi, połowa zgromadzonych gapiła się w pierwszej kolejności na żarcie, a dopiero później na ich wdzięki osobiste.
– Ja pierdolę, lecę! – Krzyknął nagle Sperma i pobiegł ze świecącymi się oczyma pod scenę, przepychając się w głąb tłumu.
– Pierdolony sęp. – Rzucił Emil pół żartem, pół serio. – Pazerny skurwysyn.
Gdzie dawali coś za darmo, Sperma musiał być pierwszy. Mimo wszystko poszliśmy za nim, bo nie mieliśmy żadnego lepszego planu. Do wyboru mieliśmy albo to albo nudzenie się przy bramie.
Przepchaliśmy się do przodu, stojąc pod samym środkiem sceny, odgrodzeni od niej plastikową barierką, czekając na obiecane darmowe żarcie. Prowadzący żywo wymachiwał rękami i wykrzykiwał coś, ale ledwo rozumieliśmy jakiekolwiek jego słowa, bo nagłośnienie imprezy było co najmniej beznadziejne.
– A teraz, wszyscy ręce w górę! – To akurat udało nam się dosłyszeć.
Tłum na tę komendę posłusznie podniósł ręce.
– Łapcie, łapcie!
Modelki zaczęły miotać ciastkami wielkości krążków hokejowych w tłum. Rozpoczęło się piekło. Wszyscy chcieli złapać nadlatujące ciastka, więc w ciągu nie więcej niż kilku sekund stojący do tej pory w miejscu motłoch zaczął się miotać na boki i agresywnie przepychać jak w tańcu pogo rodem z Jarocina. Jakiś rosły mężczyzna wyrywał ciasto kilkuletniemu dziecku, które zanosiło się niesłyszalnym płaczem. Dwie Karyny szarpały się na ziemi, wyrywając ciacho z rąk. Zewsząd padały „kurwy” i „chuje”. Ktoś mnie popchnął i wleciałem na barierkę, akurat w idealnej chwili, by zobaczyć zwiastunów prawdziwej apokalipsy, a były nimi owoce wyjmowane z koszyków przez skąpo odziane dziewczęta na scenie.
Zdążyłem pomyśleć tylko „o kurwa”, gdy jedna cisnęła w moją stronę jabłkiem. Dostałbym nim jak nic między oczy, gdyby Paulina nie szarpnęła mnie za ramię i odciągnęła parę centymetrów w bok. Owoc świsnął mi tuż obok ucha i celnie uderzył w głowę jakiegoś dziecka stojącego do tej pory za mną. Osunęło się nieprzytomnie na ziemię i zostało natychmiastowo zadeptane przez tłum. Tego dnia na szczęście obeszło się bez ofiar śmiertelnych i poważniejszych urazów, ale widząc jak znokautowany szczyl znika wśród lasu nóg, wymieniliśmy z Paulinką zakłopotane spojrzenia i bez słów zaczęliśmy się wycofywać, byle nikt nie posądził nas o współudział. Chwyciliśmy się za ręce i parliśmy w bok, ale wojujący o darmowe żarcie tłum był nieprzenikniony, bo ciastka i pomarańcze latały w każdym możliwym kierunku.
– Łapcie! Banany!
Sperma był w swoim żywiole. Zręcznie łapał długimi rękoma lecące ku niemu fanty i chował je w dużej kieszeni bluzy, na brzuchu, z gracją godną naszych rówieśników ze slamsów podpierdalających złom z wagonów po nocach.
Gdzieś obok siebie usłyszałem głos Emila:
– Spierdalamy stąd!
Pokiwałem mu głową z aprobatą. Wolną ręką szarpnąłem Spermę za rękaw i pokazałem mu, że ewakuujemy się. Moment nieuwagi wystarczył, by zebrał w głowę bananem rzuconym przez modelkę, aż go lekko zamroczyło. Zatoczył się jak pijany, podniósł owoc z ziemi i z całej pizdy rzucił go w kierunku kobiet w bikini, trafiając jedną z nich w nogę. Dziewczyna potknęła się i upadła na ziemię, uderzając pośladkami o podłoże.
– Pokaż cycki! – Krzyknął jakiś patus, widząc, jak siedzi w szerokim rozkroku.
Podczas naszej ucieczki z mosh pitu złapałem jeszcze jednego banana, po czym Paulinie udało się jakoś wyciągnąć naszą dwójkę z szalejącego tłumu żebraków. Zdziwiły nas reakcje naszych organizmów – głośno i spazmatycznie oddychaliśmy, próbując odzyskać równowagę, a przy okazji cali się trzęśliśmy, jakbyśmy dopiero co przebiegli maraton.
Chwilę potem dołączył do nas Emil, który wyleciał spomiędzy Januszy i Grażyn jakby ktoś go stamtąd wyjebał z buta. Patryk i Sperma wyszli już o własnych siłach.
– Nigdy więcej takich akcji, co? – Poprosiła nas Paulinka. Przytaknąłem jej, próbując złapać oddech.
Tłum szalał jeszcze przez dobrych kilka minut, depcząc wszystko, na co natrafił. Ominęło nas chyba najgorsze, bo znokautowana przez Spermę lala szybko wróciła do swojego zajęcia i dalej rzucała owocami – tym razem jednak z widoczną, nawet z daleka, agresją.
Bilans:
– Po wyjściu z tłumu miałem posiniaczone piszczele, żebra i zdeptane trampki. Zdobyłem jednego banana.
– Patryk wyglądał podobnie. Złapał jabłko i ciastko.
– Paulinie trafiły się dwa ciastka, a ja zauważyłem też, że coś ma we włosach. Przeraziła się, że to kolejna wlepiona guma do żucia, ale na szczęście była to tylko landrynka. Wyplątałem ją, i żeby nieco rozbawić dziewczynę, wrzuciłem ją sobie od razu do ust. Okazała się pomarańczowa.
– Emil nie złapał nic. Na czole wykwitł mu guz wielkości pięści, ale sam nie miał pojęcia, jak i kiedy go zebrał.
– Sperma obłowił się najbardziej. Zdobył kilka ciastek i owoców. Na głowie miał czerwony ślad po ciosie bananem, ale poza tym szczerzył się szeroko, zadowolony z udanego połowu, komentując, że wsadziłby w pizdę jednej z modelek banana, którym oberwał, a potem zerżnął w kapę.
