Za uwagę w dzienniku mogliśmy zemścić się, gotując jeszcze większe piekło nauczycielowi angielskiego, ale ryzykowalibyśmy tym zaangażowanie się w całą sytuację naszej wychowawczyni. Stanęło więc na tym, że zaprzestaliśmy naszych większych i głośniejszych psot, co stanowiło chyba w okolicy wyjątek od reguły, bo zwykle zemsta odgrywała ważną rolę w życiu osiedlowych degeneratów. Jeśli ktoś fikał, to znikał. Oko za oko było prawem dla cweli, prawdziwe alfa Seby brały oko jeśli ktoś krzywo na nich spojrzał.
Emil, na przykład, opracował swoją metodę zemsty, gdy oglądał jakieś amerykańskie filmy, w których tamtejsze małolaty podrzucały pod drzwi płonącą papierową torebkę z gównem w środku. W Polszy nie było wtedy takich torebek, więc musiał przerobić nieco cały żart, ale generalny koncept przypadł mu do gustu. Wpadł więc na pomysł wspaniały żeby znaleźć jakieś psie gówna i podłożyć je komuś pod wycieraczką – w ten sposób po nadepnięciu na nią klocki by się rozgniotły i puściły soki, a na klatce jebało niemiłosiernie.
Miał jednego sąsiada Janusza, oczywiście opasłego i wąsatego, którego nie cierpiał, bo ten przypierdalał się do niego o dosłownie wszystko, więc to on stał się pierwszą i w sumie jedyną znaną mi ofiarą takiego psikusa.
Siedzieliśmy sobie w parę osób na klatce, gdy z bloku wyszedł Janusz, niosąc w jednej ręce wycieraczkę, a drugą wachlując powietrze przed poczerwieniałym nochalem. Piękno żartu polegało przede wszystkim na tym, że jego wycieraczka nie była gumowa, lecz pleciona, więc nie mógł jej zwyczajnie umyć, tylko musiała iść na straty. Emil wyjaśnił nam po cichu sytuację, przy akompaniamencie nieustających przekleństw jego wściekłego sąsiada:
– Kurwa mać, pierdolone pizdy, no kurwa mać ja pierdolę, zajebę skurwysynów jebanych, kurwa w cipę!
W gównach babrał się też swego czasu Sperma, który w pierwszej klasie parę razy wtykał psie kupy do rur wydechowych samochodów, jak korki. Zgodnie z jego teorią, klocek miał pod wpływem gorących spalin ożyć i się delikatnie rozpuścić, pozostawiając chrupiącą skórkę ale wnętrze soczyste i rozpływające się jak ser na pizzy. Gdyby ktoś chciał go wyjąć, to musiałby dilować z takim gównianym gorącym sosem.
Nigdy nie miałem okazji przekonać się czy to prawda, ale nie powiem, teoria działała na naszą szczeniacką wyobraźnię.
W gimnazjum nasze akcje bez dwóch zdań stały się bardziej ekstremalne i szkodliwe, prawie tak, jak niegdysiejsze numery, jakie wykręciliśmy pamiętnego lata między czwartą, a piątą klasą. Młody ze Spermą wymyślili zabawę podobną do tej, jakiej niektóre Sebki urządzały sobie w mojej klatce w czasach, gdy Buhaha jeszcze dychała – czyli kopanie i walenie pięściami w czyjeś drzwi na długo po zmroku. W przeciwieństwie do starszaków z naszego osiedla, ich ofiarami padały losowe osoby, a nie ktoś konkretny, kto wcześniej im podpadł. Wybierali sobie klatkę schodową niestrzeżoną przez dresiarzy, wchodzili na pierwsze piętro, nakurwiali w pierwsze lepsze drzwi i szli w długą, rycząc ze śmiechu na dźwięk krzyków i wyzwisk kierowanych w ich stronę, chociaż zdarzało się też, że ich cele rzucały się za nimi w pościg, oczywiście na bosaka.
Zabraliśmy się raz z nimi na jedną taką eskapadę, w towarzystwie paru innych osób, które nigdy wcześniej nie słyszały o naszym popisowym „chodzeniu na windę” ani o „pukaniu”. Traf chciał, że po paru kopach ze szpica drzwi otwarły się i wyskoczył na nas łysy zwyrol z parasolem w ręku. Na coś takiego planu nie było, więc każdy musiał liczyć na siebie. Wypadliśmy z klatki i każdy rozbiegł się w swoją stronę. Typ upatrzył sobie najwolniejszego z nas i biegł za nim przez ładne pół osiedla, nim w końcu go dopadł. Wtedy okazało się, że obaj byli ministrantami i mieli tego samego alfonsa, w sensie proboszcza. Postraszył go trochę, że następnym razem mu nastuka i żeby miłował bliźniego swego, chyba że jest gejem, ateistą albo lewicowcem, a potem puścił wolno.
Dobrze, że to mnie wtedy nie złapał, bo za dwie trzecie zgodnego opisu może nie wypierdoliłby mi na brodę tak, że bym się kurwa zesrał, ani technicznie by mnie nie zajebał, ale z pewnością przekopałby mnie jak kurczaka i rzuciłta ścierę żebymta wytarł swoją brzydką mordę z krwi.
Żaden z nas nie śmiał jednak patrzeć za siebie, więc nie mógł wiedzieć, że Sebek prawił swój wykład złapanemu, biegliśmy więc dalej jak idioci, próbując chyba dla zmyłki okrążyć osiedle i wrócić na nasz rewir. Plan był w porządku, poza jednym detalem, mianowicie łańcuchami ogradzającymi niektóre trawniki na naszej drodze. Jako że byliśmy zasapani, przestraszeni i w dodatku cisnęliśmy tak szybko, jak tylko byliśmy w stanie, nie zauważyliśmy jednego i zahaczyliśmy o niego piszczelami. Wszyscy. Tak jest, wypierdoliliśmy się jak lemingi, dosłownie wlatując jeden na drugiego.
Dopiero leżąc na ziemi i jęcząc z bólu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dresiarz już od dawna nas nie goni, i możemy odetchnąć z ulgą. Albo raczej lizać rany, bo łańcuch nieźle poharatał nam wtedy nogi. Na piszczelu miała mi pozostać po nim mała blizna.
Radykalizacja tego, co postrzegano jako figle figlarzy, narastała wraz z wiekiem. Starsze od nas chłopaki, czy formalnie już raczej mężczyźni, potrafili dla jaj dopuszczać się już pełnoprawnego wandalizmu – jeśli ktoś naprawdę ich wkurwił, to na przykład otwierali czy wybijali takiej osobie okno w ich samochodzie w środku zimy, żeby do środka przez noc wpadł śnieg.
I à propos, gdy mój stary raz albo zapomniał zamknąć właśnie okno, albo ktoś mu je w nocy uchylił, to nasz samochód zamienił się od środka w sopel lodu. Bekon w chuj, bo nie użytkował go codziennie, w sensie w poniedziałek wrócił pijany wieczorem samochodem, rano na kacu wyszedł pieszo żeby się upić, wrócił wieczorem pijany na piechotę i tak w kółko, przez parę dni aż do kolejnego poniedziałku, i tym samym nie zauważył przez cały ten czas, że coś jest nie tak.
Ewelina miała tak bardzo wyjebane na samochód, bo miała przecież swojego Matiza, o kształcie jądra na kółkach, z kółkami cienkimi jak w wózku dziecięcym, ale za to niezamarzniętego, a jej małżeństwo stało i tak na skraju rozpadu, więc co miała sobie dziewczyna niepotrzebnie głowę zawracać?
Mnie nie prosiła nawet o zrobienie czegoś z furą starego, bo skoro sam nie potrafił upilnować swoich rzeczy (zawsze podkreślał, że wszystko jest jego, jego to, jego tamto, jego krwawica, kurwa), to jego problem.
Po tygodniu ojciec wreszcie zakończył alkoholowy cug i połapał się, że samochód zmienił mu się w lodowy rożek. Jak zawsze w sytuacji, gdy coś mu nie wyszło, coś zepsuł albo zmalował, wpadł do mieszkania, szukając pomocy z naszej strony. Pomoc w jego interpretacji polegała zazwyczaj na tym, że jedno z nas zrobi coś za niego.
– Synu, cho no tu! Samochód zamarzł! – Zaczął wołać zanim jeszcze przestąpił przez próg. Mając przeczucie, że właśnie to zrobi, zdążyłem zawczasu schować się w szafie żeby nie zaprzągł mnie czasem do roboty.
Ojciec zajrzał do pokoju, potem do kuchni, łazienki, i wyszedł w końcu sam skrobać lód i zmiatać śnieg, klnąc pod nosem na wszystko i wszystkich poza samym sobą.
Samochód później jebał przeraźliwie, strzelam, że zaczęła się w nim lęgnąć jakaś pleśń. Ogólnie już od paru lat robił się z niego wrak, bo stary w ogóle o niego nie dbał, ale do tego tematu jeszcze kiedyś wrócę.
Wracając jednak do tematów psikusów mściwych lub nie, robiliśmy sobie oczywiście żarty telefoniczne, gdy ktoś miał wolną chatę, bo przypominam, że to było jeszcze przed erą powszechnych komórek w gettach, a jeśli ktoś już miał własny telefon, to nigdy nie miał nic na koncie. Zwykle łaziliśmy do Szymiego, bo gdyby ofiara oddzwaniała, to nikogo z nas nie obchodziło, czy Szymiemu by się dostało, bo i tak i tak rodzice karali go za wszystko. Słowo daję, nie zdziwiłbym się, gdyby dawali mu kary za chlipanie zupą przy obiedzie albo wykorzystanie jednego listka papieru toaletowego za dużo.
Szymi w ogóle się tym nie przejmował – sam chciał być w centrum uwagi i pokazać jaki to on nie jest prawilniak, więc zawsze sam wklepywał losowe numery i z reguły jego żarty były tak chujowe, że śmialiśmy się z niego, a nie z nich. Koniec końców było jednak zabawnie, więc nie mogę narzekać.
Kiedyś podczas jednej takiej posiadówki, podczas której każdy z nas zaliczył już swoją kolej, pytając rozmówców czy lodówka im chodzi albo czy byli na otwarciu, Szymi niespodziewanie zarechotał i wyraźnie podniecił.
– No dajcie, no, mam super żart! No, chłopaki najlepszy żart, mówię wam! No kurwa to mój telefon, dajcie w końcu!
Dostał słuchawkę, wykręcił numer, jeden sygnał, drugi, w końcu odebrała jakaś baba o głosie podobnym do tej, która mnie i Kamila pytała „czy jest Lidzia”. Szymi zachichotał i wydarł mordę:
– Eee… tego… zabiję ci dziecko, ty stara kurwo. Nara!
