Gra, którą znaliśmy jako „pucha”, ma chyba tyle nazw, ile w Polsce jest osiedli. Reguły są proste – najpierw trzeba znaleźć wystarczająco duży plac, który w naszym przypadku był trawnikiem z piaskownicą za moim blokiem, nazywanym przez nas Central Parkiem. Później należy ustalić jakiś punkt, w którym jest ustawiana piłka do nogi. To baza. Następny krok to wyłonienie spośród obecnych szukającego, a gdy ta rola jest już przydzielona, ktoś z pozostałych wykopuje jak najdalej piłkę, a szukający czym prędzej po nią biegnie. Gdy przyniesie ją z powrotem do bazy, rozpoczyna się etap poszukiwania uczestników, którzy w tym momencie powinni już być dobrze ukryci. Ci, którzy zostaną odnalezieni, co szukający musi głośno obwieścić, idą przymusowo do bazy i siedzą tam dopóki, dopóty szukający nie znajdzie kompletu, albo ktoś nie wykopie mu niezauważenie piłki, uwalniając tym samym wszystkich siedzących w bazie. To taka urozmaicona zabawa w chowanego, i jakkolwiek sucho nie brzmiałby jej opis, gra się w nią naprawdę zajebiście, i to chyba jedyna osiedlowa aktywność, która jednała młodych i starszych, dziewczyny i chłopaków. Zdarzyło się, że graliśmy z jakimiś osiemnastoletnimi Sebkami, sami mając może dwunastkę na karku, bez wyjątku bawiąc się przednio.
Z reguły grywaliśmy w dzień, ale gdy dni stawały się wyraźniej krótsze, niejednokrotnie kończyliśmy zabawę po zmierzchu. To była dobra pora do wykorzystywania nieczystych zagrań, zwłaszcza, gdy szukającym był ktoś, kto nie znał nas na tyle dobrze, by rozpoznać nas od razu, z automatu, bez przyglądania się.
Jedno takie wymyśliłem raz sam – Izka i Paulina skryły się razem za samochodem, ale szukający zauważył młodą, choć jej nie poznał. Zawołał tylko:
– Ktoś kuca za zielonym Polonezem!
Wyszła Paulina, poświęcając się dla Izy, co mimo że słodkie z jej strony, było strategicznie durnym pomysłem, bo sama była znakomitą zawodniczką. Kiedyś, skubana, przeleżała pod Nyską chyba kwadrans, bo została jedyną poszukiwaną, wyczekując odpowiedniej okazji do wyratowania całej naszej reszty. Innym razem wcisnęła się między dwa bloki, nie mam nawet pojęcia jakim cudem, no ale mówimy o dziewczynie, która stawy miała chyba z gumy.
Widziałem jak idzie do bazy i pomachałem jej z ukrycia, obiecując, że ją uwolnię.
Gdy już zmierzchało, wpadłem na pomysł wspaniały i naciągnąłem na głowę kaptur, po czym bujając się z lewa na prawo przeszedłem bez jebania chodnikiem w stronę bazy. Szukający nie poznał mnie, nawet nie zaprzątał sobie uwagi moją osobą. Paulina szturchnęła Młodego i oboje zaczęli chichotać. Gdy byłem w odległości może dziesięciu metrów, zerwałem się do opętańczego biegu, wykopałem piłkę w czerń nocy, podałem rękę Paulinie, Młodemu, a potem podniosłem Izę, dzięki czemu zwyciężyliśmy.
Pomysł z kapturem okazał się genialny w swej prostocie i po moim wyczynie zaczęło go wykorzystywać więcej osób. Czasami działał, czasem nie, jak choćby wtedy, gdy spróbował go Szymi, który na co dzień nosił przyduże ubrania po starszym bracie, co było wypadkową biedy i jego „stylu” inspirowanego Magikiem i Peją, ale Liroyem już nie, bo Liroy to dla niego kurwą był.
Wciągnął na łysy łeb kaptur, krok spodni jeszcze niżej niż zwykle, skulił się trochę tak, że wyglądał jakby miał garba, chude, patyczkowate rączki schował w kieszenie, i full gangsta ruszył ulicą, bujając się na boki jak goryl. Traf chciał, że w pobliskiej klatce stało jakichś dwóch podpitych patusów, których uwagę zwrócił.
– Joł, kurwa, ziomeczku! Ktoś ty?
Kilkoro z nas, którzy dobrze znali Szymiego i bez trudu go poznali mimo „przebrania”, patrzeli na całą sytuację. Nie mógł im odpowiedzieć, bo gdyby powiedział głośno jak się nazywa, to szukający by go odklepał i tyle by było. Więc udał że nie słyszy i szedł przed siebie dalej.
Bonusy zaczęły się między sobą naradzać, pewnie jeden stwierdził, że Szymi może być jakimś cwelem z dziesiątek albo w ogóle obcym.
– Ej, skąd ty kurwa jesteś?! Jak się nazywasz? – Ponowiła pytanie małpa pozorująca na homo sapiens.
– Szymi! – Syknął w odpowiedzi, starając się mówić na tyle cicho, by nie dosłyszał go szukający.
– Czy on kurwa powiedział „ssij mi”?
– Dawaj go, kurwa!
Rzucili się za Szymim, ten od razu w długą, zaczął spierdalać jak Liryczny Wandal przed pelikanami, i wrzeszczeć im, że to on, Szymi, ich najlepszy ziomek ziomeczek na real, syn ulicy wychowany na śliskim życiowym parkiecie zwanym naszym rewirem.
