Kocenie

Dzieci z naszego osiedla w przeważającej większości uczęszczały do tej samej podstawówki, położonej w sąsiedniej dzielnicy, jeszcze biedniejszej od naszej, czego dowodzili Siwy czy Maciek. Nasi rówieśnicy z osiedla dziesięciopiętrowców i kamienic łapali się już do szkoły znajdującej się bliżej, z połową kompleksu wyznaczoną jako skrzydło gimnazjalne. Tam też, po raz kolejny w większości, zostaliśmy zapisani po zdaniu egzaminu kończącego podstawówkę, i racjonalnie przydzielono nas również do jednej klasy zamiast rozrzucać losowo, czego koszmarnie się obawiałem w wakacje.

Nasze gimnazjum różniło się od podstawówki stopniem zacofania i barbaryzmu – gdyby jeszcze ktoś nie wiedział, jego uczniowie mieli od trzynastu do szesnastu lat, czyli przechodzili przez „ośli wiek”, jak to nazwała moja mama. Wiek głupoty, buntu, eksperymentów, pierwszych miłości i bólów z nimi związanych. Ktokolwiek, kto był odpowiedzialny za reformę edukacji która wprowadziła w życie koncept gimnazjów, powinien chłostać się w pokucie do końca życia, albo lepiej, iść w ślady Magika i wypierdolić z okna, bo przez niego bezpowrotnie zdegenerowane zostały niezliczone młode umysły.

Ale wracając do początkowego tematu, który chciałem podjąć – gimnazja były rojowiskami patologii i dużo wyraźniej niż w podstawówce uczniowie próbowali odreagowywać na innych swoje kompleksy oraz problemy, co oczywiście równało się gnębieniu słabszych. Bo w końcu nieważne, że jest się intelektualnym zerem, nieważne, że dziewczyna w której się kochacie leje na was sagę, nieważne że bieda w domu, ale tak długo, jak można dokuczyć jakiemuś lamusowi, można poczuć się lepiej, o klasę wyżej w szkolnej hierarchii od niego.

Pierwszym tego przykładem było kocenie.

Przy szkolnej bramie zasadziło się kilku starszych chłopców z markerami, z rodzaju tych, których mordy już na pierwszy rzut oka mówią, że ich właściciele głupotą dorównują scenariuszom Szybkich i Wściekłych.

Ja, Sperma i Młody pokojowo daliśmy im wymazać swoje twarze na modłę niedorobionych parodii Petera Crissa, byle tylko uniknąć wpierdolu, Szymi, jak to wannabe dres o mentalności dziecka, próbował zgrywać prawilnego ziomeczka ziombalka, którego nie powinno się malować, joł, a Kamil i Patryk wykorzystali okazję i uciekli z podwiniętymi ogonami, zostawiając nas na pożarcie Sebom. Ci nie okazali się jednak tak źli, jak przypuszczałem, przynajmniej wobec nas. Jeden znał (zapewne dogłębnie) Martę – starszą siostrę Spermy, więc pogadali chwilę, zapalili pogiętego szluga i puścili nas wolno, łapiąc jednocześnie za plecak Tymka, który próbował przemknąć się po cichu za ich plecami. Grubasek zakwilił jak prosię, i zaczął ryczeć tak, że mógłby zrobić karierę w jakimś grindcore’owym zespole, gdyby tylko poszedł na okoliczny cmentarz, gdzie metale growlowały po nocach.

Dla mnie to było tyle, koniec kocenia. Dałem sobie pomazać buźkę i na tym się skończyło. Żadnych nieprzyjemnych konsekwencji, żadnych większych urazów ani upokorzenia. Dla porównania Tymek został poobijany, popluty i Sebki na koniec kazały mu mierzyć zapałką całe ogrodzenie na przedzie szkoły.

Paulina też oberwała, bo jej zadziorny, porywczy charakter sprowokował jakieś starsze Karyny, z którymi wdała się w to słynne catfight i mimo że walczyła dzielnie i wprawnie, wywijając młynki niczym ta słynna wiedźminka Ciri, została w końcu przyparta do ziemi przez gryzące i szarpiące oponentki, które nie bez trudności pomazały jej w końcu buzię i dla zasady wlepiły we włosy jakąś rozmemłaną gumę do żucia. Po powrocie do domu oczywiście było ciach, ciach, ale Paulina nie dawała o to jebania, bo wszystkie jej myśli skoncentrowały się na zemście, i tak pewnego dnia wypierdoliła Karynie z prawego podbródkowego w nos, gdy zobaczyła ją idącą samotnie korytarzem. Nokaut natychmiastowy. Karyny już do niej później nie fikały.

Ale najlepsze jak kilka miesięcy później Paulina dostała anonimową walentynkę od jakiegoś patola, tak romantyczną, że mogło na niej pisać będę cię jebał jak policję, w której adorator wychwalał jej nadzwyczajne zdolności bojowe.

Śmiechliśmy z tego mocno, bo byliśmy przekonani że ktoś z klasy sobie zażartował, ale nikt się nie przyznał do wysłania tej kartki, więc mogła być w sumie prawdziwa.

Wraz z końcem pierwszego tygodnia września, sytuacja w szkole się ustabilizowała, a do mnie wreszcie zaczęło docierać, że rozpoczęliśmy jakiś nowy rozdział życia. To był ten moment. Nowe otoczenie, nowi koledzy i koleżanki, nowe oczekiwania, nowe doznania, nowe przygody czekające na naszą paczkę za rogiem.

Tych ostatnich, choć jeszcze tego nie wiedziałem, mieliśmy przeżyć co niemiara.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close