W szóstej klasie jedna z dziewczyn wpadła na genialny pomysł żebyśmy kupili sobie zwierzątko klasowe. No kurwa rzeczywiście, nieco ponad jeden semestr do końca szkoły, nim rozejdziemy się w różne strony świata, ale pewnie, kupmy sobie maskotkę. Wychowawczyni przyjęła jednak ten pomysł ciepło i wcale nie oponowała, bo na dobrą sprawę zostało nam ze wszystkich tych sześcioletnich składek trochę grosza.
Dominująca część dziewcząt, pod wodzą antypatycznej Karoliny, która była tegoroczną przewodniczącą, zdecydowały, że kupimy świnkę morską w kolorze białym z brązowymi plamkami, i że będzie mieć na imię Milka. Wszystko było z góry ustawione, ale żeby sprawiać pozory relatywnej demokracji, dały nam szansę zgłosić swoje proponowane imiona, które później zaprezentowano, z oczywistym wynikiem, bo za „Milką” głosowały prawie wszystkie zmówione ze sobą przedstawicielki płci pięknej. To w sumie takie proste wyjaśnienie amerykańskiego the electoral college, gdyby ktoś był zainteresowany, i tego, w jaki sposób ta fundamentalnie antydemokratyczna instytucja funkcjonuje w państwie, gdzie tępy jak but naród szczerze wierzy, że panuje wolność i demokracja, a gdy ich głosy są stawiane nierówno, a część olewa się z góry ciepłym moczem, bo Republikanie przeprowadzają kolejną czystkę wyborczą lub daje o sobie znać gerrymandering, to nawet nie zwracają uwagi i dalej pierdolą swoje bajeczki o tym, jak demokratyczny i wspaniały jest ich kraj.
Szymi zgłosił swoją kandydaturę, którą ku zaskoczeniu nikogo była „Peja”. Paru chłopaków próbowało przepchnąć jakieś pseudogroźne imiona jak „Killer” albo „Rozpruwacz”, ja natomiast pokusiłem się o wrzucenie do urny karteczki z napisanym „Syn Skurwysyna”.
W podbazie to było takie moje sekretne alter ego, którego nigdy nikomu nie zdradziłem. Potter miał Księcia Półkrwi, Maideni Siódmego Syna Siódmego Syna, Bowie Ziggy’ego Stardusta, a na naszym osiedlu lągł się Syn Skurwysyna. Tak było.
Biała świnka w brązowe plamki o imieniu Milka zagościła w naszej klasie jakoś przed świętami, i oczywiście Karolina zadeklarowała, że na ferie świąteczne ona weźmie ją do siebie, bo na przewodniczącej ciąży wielka odpowiedzialność i ona się dla nas poświęci, żebyśmy mogli odpoczywać, gdy ona będzie opiekować się futrzakiem.
Jej podopieczne nagrodziły ją aplauzem i prawiły przesłodzone komplementy. „Brawo, brawo, Karolina taka odpowiedzialna, niech Kurwa Niebieska ma ją w opiece, a przyszły mąż bije tylko otwartą dłonią”!
Tak szczerze to poza tymi dziewczynami nikt gryzoniem się nie przejmował, bo spędzał czas w klatce na tyłach klasy. Sam widziałem go łącznie może z pięć razy, bo nie było tak naprawdę czego oglądać. Zwykle spał, czasem coś żarł. Salta nawet nie umiał zrobić.
Sperma wpadł na pomysł, że nasra do tej klatki, ale w końcu zrezygnował z planu, gdy po zmierzeniu linijką długości Milki i swojego gówna, okazało się, że to drugie jest dwa razy większe od pierwszego, i byłby konkretny przypał, w którym na bank to on stałby się pierwszym oskarżonym. Niektórzy wciąż pamiętali, dlaczego w przedszkolu nazywano go czasem Gówniarzem, więc lepiej było nie ryzykować. Zasranie klatki Milki musiało więc pozostać w sferze marzeń, w obawie przed bagietami.
Tak mijały miesiące, a my przybliżaliśmy się nieuchronnie do nadchodzącego egzaminu po podstawówce, pomimo tego, że chuja znaczył jego wynik. Czy ktokolwiek na niego patrzył? Czemu tak naprawdę służył, jeśli nie liczyć wyliczania statystyk przez Ministerstwo Edukacji i późniejszym płaczu, że dzieci są głupsze z roku na rok?
No ale okej, napisaliśmy egzamin, wszyscy zdaliśmy, nawet najgorsze tuki, i przed oficjalnym rozpoczęciem wakacji została nam tylko jedna rzecz do ustalenia: co zrobimy z Milką?
W klasie wywiązała się przeogromna kłótnia, ponieważ Karolina chciała zabrać świnkę na własność, przy okazji nie dając nikomu nawet złamanego grosza w rozliczeniu za chociażby klatkę. Wychowawczyni zaproponowała żebyśmy zostawili świnkę w szkole, by służyła jakimś pierwszoklasistom, ale daliśmy jej jasno do zrozumienia, że za darmo to oni mogą dostać najwyżej wpierdol.
Wykłócaliśmy się tak ładnych kilka dni, i nikt nie zauważył nawet, jak w międzyczasie Milka zniknęła z klatki bez śladu. Gdy ktoś odkrył, że jej nie ma, od razu rozpoczęto akcję poszukiwawczą, Karyny zaczęły intensywnie przeszukiwać wszystkie szafki i łazić po korytarzach na czworaka, szukając zguby pod kaloryferami i w innych ciasnych miejscach. Ktoś żartował, że Milka to pewnie jest już od dawna w brzuchu Siwego, za co dostał od patusa-albinosa lepę na pizdę.
Koniec końców jednak to właśnie Siwy znalazł Milkę. Tak jakby, ale po kolei.
Siedziałem na korytarzu, jedząc sobie kanapkę i nie przejmując się całą aferą i akcją prowadzoną przez dziewczyny ze sfory Karoliny, gdy podbiegł do mnie Szymi i powiedział żebym szybko z nim szedł, bo bekon konkretny, „wag wan, tylko szybko, szybko, Sméagol wskaże drogę”. Pobiegłem za nim, przy czym całe to poganianie mnie odbiło mu się czkawką, bo to on cały czas dostawał zadyszki i nie mógł nabrać jakiegokolwiek tempa z krokiem spodni na wysokości kolan.
Poprowadził nas za szkołę, gdzie zdążyła zgromadzić się już grupka rozbawionych chłopaków z Siwym w centrum. Okazało się, że brudas znalazł Milkę i przystawiał ją sobie do spodni, udając, że ją rucha.
– Hehe, co teraz z nią, kurwa, mam zrobić? – Zapytał gawiedź.
– Do dupy se ją włóż i ją wysrasz! – Zasugerował Sperma.
– Weź ją zwal w dupę aż pęknie! – Zażartował Młody.
– Zróbmy ognisko i upieczmy ją! – Zaproponował jakiś inny patus.
Siwy namyślił się chwilę, chyba nie spodziewając, że inni okażą się tak samo popierdoleni jak on sam. Spojrzał na zwierzaczka, potem na żądnych krwi, gówna lub gwałtu degeneratów, ścisnął świnkę w dłoni, wziął zamach niczym profesjonalny baseballista i cisnął Milką o pobliskie drzewo.
Jeb!
Cisza. Nikt nie odezwał się nawet słowem. Wszyscy debile, którzy przed chwilą wołali jak to by chętnie nie rozjebali niewinnego zwierzaczka, teraz stali w półokręgu nie wiedząc jak się zachować.
Zrobiło mi się niedobrze i odszedłem stamtąd czym prędzej.
Milka przeżyła jeszcze parę godzin, na tyle długo, by Siwy podrzucił ją po cichu do klasy, pod kosz na śmieci. Plan był taki, żeby ktoś ją przypadkiem znalazł i krzyknął, że ktoś inny musiał ją przypadkiem przygnieść. No i jak zaplanował, tak zrobił.
Dziewczyny na widok martwego gryzonia poryczały się bez wyjątku, chłopaki siedziały wyprostowane w niezręcznej ciszy, chyba żałując tego, co się stało po części z ich winy, a Siwy patrzył na każdego wilkiem, bez słów grożąc połamaniem kości, jeśli go sypnie.
Wydało się, że to on, jeszcze następnego dnia, gdy dyżurni znaleźli w klatce świeżo co zmarłej Milki kartkę głoszącą:
Siwy rzucił Milką o drzewo za szkołą i podrzucił ją pod śmietnik żeby zmylić trop.
Z poważaniem, Syn Skurwysyna
