Przy Siwym nigdy nie wolno było zostawiać niczego nieprzytwierdzonego do podłogi dwudziestocentymetrowymi śrubami. Piórnik? Odwróciliście się i znikały wam kolorowe długopisy albo pisaki. Plecak? Mogliście powiedzieć „pa pa” kanapkom, wszelkim Tazosom Pokemon, a może nawet książkom.
Kiedyś na przerwie przyszła do mnie na przerwie siorka, chyba zapytać o której kończę lekcje, bo nie miała kluczy od domu. Postawiła swój plecak, porozmawialiśmy chwilę, dałem jej swoje klucze i poszła.
Wróciła po godzinie z pytaniem, czy nie zostawiła gdzieś swojego drugiego śniadania. Zastanowiłem się i w nagłym olśnieniu przypomniało mi się, że nie dalej jak parę minut wcześniej Siwy wpierdalał coś naprędce w kącie, czając się jak jebany Gollum, i że było to dziwnie znajomo zapakowane. Odpowiedziałem jej że tak, że bułka wypadła jej z plecaka, i miałem jej ją odnieść po lekcji, ale musiałem zapomnieć. Dałem jej więc swoją. Siwego w międzyczasie wpisałem w swojej głowie na listę osób, na których trzeba się jakoś konkretnie zemścić.
Na porządku dziennym znikały właśnie takie drobne rzeczy, ale że zwykle uczniowie nosili na przykład po dwie-cztery kromki, to nikt nawet specjalnie tego nie zauważał. Siwy w międzyczasie rósł w siłę, wpierdalając po kątach cudze żarcie jak typowy pasożyt. Rósł też w siłę dlatego, że jako pierwszy z nas zaczął przechodzić przez burzę hormonów i powoli nabierać typowo męskiej sylwetki, albo przynajmniej tego, co wtedy wydawało mi się typowo męską sylwetką. Wzrost i siła pozwalała mu dominować nad jednostkami w naszej klasie i każdy, kto nie przynależał do jakiejś liczniejszej grupki, był dla niego, jak wiecie, potencjalną ofiarą albo źródłem fantów do zajumania. Sprawa była o tyle kłopotliwa, że jego kradzieże wywołały swego rodzaju efekt domino – on kradł długopis jednej osobie, a ta osoba drugiej, żeby uzupełnić swój brak, i tak to szło w kółko. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy i zawsze pilnować plecaka, ale i nawet takie środki ostrożności czasem nie wystarczały, więc dodatkowo wyskrobywaliśmy w ołówkach i długopisach swoje inicjały żebyśmy mogli je później namierzyć, gdyby już ktoś je nam zajebał.
Pewnego razu Siwy postanowił postraszyć trochę Ziemka i być może go okraść, widząc, że ten grzecznie siedzi sobie w ławce i czyta książkę, nie wadząc przy tym nikomu.
Podszedł do niego, złapał za jego Kamień Filozoficzny i rzucił na drugi koniec klasy.
– Siwy, co ty robisz?!
– Zamknij kurwa ryj, idź lepiej się porzucać na ziemi, cwelu kurwa kartoflarzu!
To rzuciwszy, zatrzepotał łapami i zrobił głupią nawet jak na typowe dla siebie standardy minę, nabijając się z przypadłości „kolegi”.
– Co tu się kurwa wyprawia? – Wtrącił się jeden Sebek, który parę lat później został rasowym osiedlowym koksem, z chałupniczą siłownią wybudowaną w piwnicy między słoikami pełnymi powideł i workami ziemniaków.
– Gówno, ku… – Siwy nie zdążył dokończyć, bo dostał z byka w ryj i padł na ziemię, zalewając się krwią z rozbitego nosa.
– No, rzucaj się kurwa po tej ziemi, już! – Krzyknął na niego Seba, podczas gdy Ziemek przemknął za jego plecami żeby zobaczyć, czy jego książka nie pogniotła się po tym, jak lecący na jej okładce Harry Potter zaliczył swój własny Smoleńsk.
Następnego dnia pod bramami szkoły czekało trzech starszych braci Siwego, przyglądając się bacznie każdemu dzieciakowi, który wychodził z budynku. Wszyscy ubrani w przymałe dresy, bladzi, z jasnymi włosami wpadającymi bardziej w szarość niż blond i ogolonymi przy samej skórze, z niewidocznymi brwiami nadającymi im wygląd dzieci po chemioterapii. Byli jak klony Siwego, i dałbym głowę, że tak jak on byli najpewniej owocami kazirodczego związku.
Seba musiał wracać do domu okrężną drogą przez jakieś chaszcze i krzaki, by uniknąć spotkania z nimi.
Parę dni później ktoś dopadł go na osiedlu, gdy wynosił śmieci. Chyba czyhali na niego pod klatką cały dzień. Nie zrobili mu większej krzywdy – ot parę siniaków i potłuczeń, więc nikt nie zrobił z tego afery, ale bez względu na to, kto postawił w tym konflikcie na swoim, Siwy już do Ziemka nie fikał.
