Tamponiak

To, że przez naszą podstawówkę przechodziły regularne krótkotrwałe trendy, takie jak zeszyciki z tym, co uważaliśmy za poezję, już wiecie. Nie brakowało innych chwilowych mód, choćby zeszytów do rysunków, które wydawały nam się wtedy cenniejsze od złota, choć tak naprawdę wypełniały je niewprawne bazgroły, pozbawione jakiejkolwiek wartości artystycznej. Wtedy jednak były to dla nas kolekcje samych arcydzieł, z których byliśmy dumni jak pawie i którymi chwaliliśmy się między sobą przy każdej możliwej okazji.

Pamiętam, że Młody i Patryk ograniczali się do przerysowywania ilustracji z czasopism i ulotek. Gdyby ten pierwszy dorwał w swoje ręce instrukcję swojego najukochańszego Diablo II, mogę się założyć, że spuszczałby się pod nią po nocach, próbując odtworzyć pieniężne szkice jakie się w niej znajdowały.

Ja i Kamil rysowaliśmy zwykle jakieś podróbki postaci z Dragon Balla, zawsze sztywno prężące muskuły, bo rysowanie dynamicznych póz przerastało dalece nasze umiejętności. A przynajmniej moje, bo Kamil rzadko kiedy pokazywał komukolwiek swoje prace – zawsze krył się ze swoją twórczością i trudno mi powiedzieć do czego był zdolny jako domorosły artysta.

Szymi zwykle bazgrał w swoim zeszycie markerem bez ładu i składu i później mówił nam, że to graffiti. Jego opus magnum najprawdopodobniej stanowiła pokraczna kopia okładki debiutanckiego albumu Slums Attack, ta, na której Peja klęczy koło Toyoty Supry jakby srał.

Sperma specjalizował się w rysowaniu jakichś obrzydliwych karykatur, jak Szymiego w obozowym pasiaku od pasa w dół przemienionego w mydło.

Paulina natomiast własnego zeszytu nie miała, bo nie najwyraźniej rysowanie nie bawiło jej tak, jak nas. Zawsze była bardziej fizycznie aktywną, usportowioną osóbką niespecjalnie zainteresowaną (pseudo)twórczą samoekspresją w żadnej znanej mi formie.

I chociaż rysunków wszyscy wykonaliśmy od chuja, do tego stopnia, że makulaturę po nich pewnie można by liczyć w kilogramach, to nigdy nie zrealizowaliśmy naszego jednego małego marzenia – czyli stworzenia własnego, pełnoprawnego komiksu. Ten plan zaszczepiłem w głowach przyjaciół osobiście, nosząc się z nim od najwcześniejszej podstawówki, a kto wie, może zaczął kiełkować w mojej głowie jeszcze wcześniej?

Jeszcze w pierwszej czy drugiej klasie wymyśliłem Czampki z Czampowa, czyli drużynę czterech czy pięciu humanoidalnych różowych słoni z przepaskami na oczach, które walczyły z potworami i napierdalały patologię w swoim mieści. Takie trochę Wojownicze Żółwie Ninja, tylko w gorszym stylu i złożone z gorszych genów.

Łącznie narysowałem może cztery czy pięć ich przygód, pierwszą długą na dwie strony A4, pozostałe na ledwie jedną, marząc cały czas o stworzeniu czegoś większego. Ambicje spełzły na niczym, pomysł został zepchnięty na dalszy plan, ale siedział mi w głowie aż do gimnazjum, czekając na odpowiedni moment.

– Hej, zlukaj to. – Podsunął do mnie zgiętą kartkę Młody. Siedzieliśmy w ostatniej ławce, na lekcji chemii i jak zwykle staraliśmy się zabić czas, robiąc cokolwiek, byle nie przykłady podane przez Pijaczkę.

Odwróciłem kartkę – był na niej naprędce narysowany tampon trzymający w patyczkowatej łapce miecz i siekający nim nazistowskiego żołnierza. U góry strony znajdował się sporej wielkości napis „Tamponiak”.

Zachichotałem mimowolnie na widok tej scenki.

– Co się tam dzieje?! – Zapytała zdenerwowana nauczycielka, patrząc na nas wilkiem z drugiego końca klasy.

– Nic, nic, proszę pani. Po prostu się zakrztusiłem. Przepraszam! – Skłamałem.

Pijaczka skinęła i wróciła do omawiania jakichś reakcji, podczas gdy ja nachyliłem się bliżej Młodego i wyszeptałem mu:

– Stary, to jest genialne.

– Pamiętasz jak kiedyś wszyscy chcieliśmy zrobić jakieś komiksy? To może być to.

– Nie. To na pewno jest to. – Odpowiedziałem zdecydowanie.

Podobnie jak mnie, pomysł Młodego od razu przypadł do gustu Kamilowi i Spermie, nawet nie trzeba było ich do niczego przekonywać. Ten drugi przyniósł z domu gruby brulion, więc na upartego moglibyśmy już w tamtym momencie zaczynać prace, ale Kamil zasugerował, że lepiej byłoby, gdybyśmy wcześniej zasięgnęli porady jakiejś zaufanej nam osoby, która miałaby pojęcie o tamponach. Rozmawianie o środkach higieny osobistej podczas menstruacji z naszymi matkami zdecydowanie nie wchodziło w grę, moja siostra jeszcze nie dostała pierwszej miesiączki, siostra Spermy za wyjawienie takich informacji pewnie zażądałaby kilku szlugów, zostawała więc jedyna dziewczyna, która mogła nam pomóc. Była nią oczywiście Paulina.

– Dobra myśl. – Młody pochwalił pomysł. – Idź do niej i się wypytaj co i jak.

– Nie… nie… nie będę z nią gadał, bo… nie, i chuj, po co? – Kamil speszył się na samą myśl, ze wszelkich sił próbując się wykręcać. Nie wiem, czy pozostali zwrócili na to kiedykolwiek uwagę, ale coś między tymi dwoma od zawsze było nie tak. Jak daleko nie sięgnę pamięcią, to Kamil zachowywał się w obecności Paulinki dziwnie i traktował ją z oschłym dystansem. Różnice charakteru to jedno – on był zamknięty w sobie i unikał mówienia komukolwiek o tym co myśli i czuje, ona z kolei była postrzelona jak Wojtyła w ’81, mówiąca bez skrępowania o tym, co chodziło jej po głowie. Czułem jednak nosem, że niechęć Kamila do pogadania z nią na intymny temat wynika z czegoś więcej.

– To może ty z nią pogadasz? Bo przecież na ciebie się nie zezłości, bo się lubicie, nie? – Rzucił do mnie, próbując się mną wysłużyć.

– Nie ma opcji. – Odpowiedziałem mu krótko, bo co jak co, ale zawsze byłem osobą, która ceniła prywatność bliskich i nie wypytywała ich o rzeczy, które mogły ich krępować, o ile sami nie dali mi wcześniej jasnego sygnału, że czuliby się komfortowo rozmawiając ze mną na ich temat. Wiedziałem, że Paulina nie zrobiłaby mi afery, gdybym zapytał ją o tampony, ale mimo wszystko czułbym się niezręcznie, stawiając ją w takiej sytuacji. Byłoby to w wyjątkowo złym guście.

Wywiad z Paulinką przeprowadzili więc Młody ze Spermą, którzy byli na spektrum relacji z nią gdzieś wpół drogi między moją sympatią, a antypatią Kamila. Jak można było przypuszczać, nie opieprzyła ich ani nie zwyzywała od zwyroli, tylko opowiedziała szczegółowo w jaki sposób wsuwa sobie w kizię tampon, co się dzieje z nim potem, a na dodatek sama z siebie wyszła z inicjatywą i pożyczyła im jednego, tylko pod warunkiem że go jej oddadzą, bo miała dokładnie wyliczony zapas mający starczyć jej do końca tygodnia.

Dokształceni, zaopatrzeni w brulion, ołówki i kredki, w czteroosobowym składzie rozpoczęliśmy redagowanie naszego wspólnego dzieła, każdego dnia samodzielnie dorysowując po jednej stronie.

Jak na realia gimnazjalne, było to sporym sukcesem i prawdziwym zwycięstwem wytrwałości nad lenistwem, chociaż biorąc pod uwagę to, że nie konsultowaliśmy między sobą planów fabularnych, przygody Tamponiaka nie miały nawet krztyny logiki. Każdy pisał co mu przyszło na myśl, byle było wulgarnie. I optymalnie żeby pojawiali się w nim naziole.

W związku ze wszystkim powyższym, akcja komiksu nie zapadłą mi w pamięć – pamiętam tylko tyle, że na początku Tamponiak dostał od swojego mistrza magiczny miecz, przy którego pomocy bez ładu i składu eliminował kolejnych przeciwników. W dużej mierze byli to pierwotnie wymyśleni esesmani, z odbytami zamiast ust, z których wystrzeliwali w protagonistę fale gówna pod ciśnieniem, oczywiście na miarę ówczesnej telewizyjnej mody głośno wykrzykując za każdym nazwę ataku, w tym przypadku słowo „sraka”. Czasem, gdy akurat któremuś z nas dopisywała wena, zamiast nich pojawiały się inne, dla odmiany niepowtarzalne pokraki, były one jednak w mniejszości w porównaniu do zastępów Młodzieży Wszechniemieckiej.

Kłopotów z tworzeniem nie mieliśmy – każdy z nas wywiązywał się ze swoich obowiązków, nie mając w gruncie rzeczy niczego lepszego do roboty na nudnych lekcjach. Problemy z Tamponiakiem zaczęły się po paru dniach od startu, gdy okazało się, że żaden z nas nie chciał zabierać go do siebie na noc. Sperma tłumaczył się tym, że dzielił pokój ze wścibską siostrą, Młody miał na karku brata, a Kamil wymawiał problemami z ojcem. Przeważnie więc to mnie przypadał wątpliwy honor przechowywania komiksu, mimo że nie byłem w wiele lepszej sytuacji od nich, i obiektywnie, jeśli ktokolwiek powinien był brać Tamponiaka częściej od innych, to obiektywnie był to Kamil, który jako jedyny z nas miał pokój na wyłączność. A nawet gdyby z jakiegoś powodu nie był w stanie ukryć w nim kontrabandy, to do dyspozycji miał resztę jebanego dwupiętrowego domu.

Niemniej padło na mnie i nie będę ukrywał, że obowiązek przechowywania Tamponiaka szybko zaczął mi ciążyć, nawet, jeśli nie musiałem obawiać się, że ktokolwiek w domu znajdzie brulion z Tamponiakiem. Ewelina nigdy nie grzebała w rzeczach moich i siorki, respektując to, że potrzebujemy nieco prywatności, i zapewniając nam jej tyle, ile to możliwe zważywszy na okoliczności i niewielki metraż mieszkania. Iza miała taki sam stosunek, co nie zmienia faktu, że zacząłem mieć chyba lekkie paranoje, chociaż nie miałem ku nim racjonalnych podstaw. Zeszyt chowałem zaraz po przyjściu ze szkoły, pod szafą, i wyjmowałem go dopiero następnego dnia rano, bojąc się, że z jakiegoś powodu mama pewnego dnia wejdzie nam do pokoju, położy się na podłodze i wyciągnie na światło dzienne wstydliwy pakunek.

Świerszczyka można wytłumaczyć, ale tampon nakurwiający mieczem człowieka-kraba z dwoma chujami zamiast sutków i jego niemieckiego pomocnika wrzeszczącego „SRAKA!” przed każdym swoim atakiem, był zdecydowanie bardziej wymowny.

Logicznym jest więc, że po kilku nerwowych dniach spasowałem i powiedziałem reszcie kadry rysowniczej, że musimy znaleźć bezpieczniejszą kryjówkę.

Domy i mieszkania odpadały, a w owym czasie nie mieliśmy żadnej stałej bazy na łąkach czy śmietnisku, więc pod wpływem impulsu po prostu zakopaliśmy zawinięty w reklamówki zeszyt na trawniku przed blokiem Patryka. Miało to być bezpieczne miejsce na przeczekanie, dopóki nie znajdziemy jakiegoś lepszego.

Nie znaleźliśmy.

Po zaledwie kilku dniach trawnik został doszczętnie rozkopany przez robotników, którzy przyjechali na osiedle żeby wymienić czy konserwować rury. Dowiedzieliśmy się o tym już po fakcie, gdy wracając ze szkoły zobaczyliśmy stojące pod blokiem koparki.

– Ja pierdolę, nie! – Krzyknął Sperma.

Stałem bez ruchu, wpatrując się w góry brunatnej ziemi, starając przekonać samego siebie, że to tylko zły sen, a brulion z Tamponiakiem siedzi w moim plecaku albo w najgorszym wypadku pod szafą w pokoju.

– Pizda jebana w łeb niedojebana! – Ryknął Młody, w rozpaczy chwytając się za głowę.

Po zakończeniu robót wróciliśmy na miejsce żeby poszukać zeszytu, ale oczywiście nie udało nam się to. Trawnik został doszczętnie rozorany na głębokość metra i w tym momencie Tamponiak mógł być zakopany gdziekolwiek, a i to zakładając optymistycznie, że nie został zniszczony.

W miejscu jego spoczynku zapaliliśmy więc taniego znicza, na którego całą czwórką złożyliśmy się bez sprzeciwów.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close