Tornister

W podstawówce panowały różne zbierackie mody, zwykle przelotne, ale szał na Pokemony czy Dragon Balla utrzymywał się naprawdę długo. Pamiętam, że spory procent chłopaków kolekcjonował karty promujące tego drugiego, dorzucane do Chio Chipsów. Gdy ktoś przynosił swoje do szkoły i rozstawiał je na ławce albo parapecie, od razu zbierała się wokół niego grupka zainteresowanych i rozpoczynała żywa dyskusja na temat tak samych kart, jak i anime. Czasem się nimi wymienialiśmy, ale każdy chciał zrobić w chuja każdego i wymyślał, nierzadko na poczekaniu, przedziwne i nieuczciwe warunki, na przykład ustalając większe wartości dla głównych postaci serii albo lepiej, ich rozwiniętych wersji. Za Goku SSJ3 niektórzy żądali na przykład trzech kart niebieskich, mimo tego, że w praktyce nie były ani trochę rzadsze. Mało kto dawał się orżnąć w ten sposób, przynajmniej wśród starszych roczników, ale łatwowiernym gówniakom z pierwszych klas łatwo było wmówić cokolwiek się chciało.

Doszły nas pewnego dnia słuchy, że jakiś szczyl z drugiej czy trzeciej klasy ma prawie cały zestaw tych kart i szpanuje nimi przed wszystkimi, nie chcąc jednak wymieniać się duplikatami z nikim. Pierwsze trzy klasy podstawówki miały lekcje w konkretnych salach cały dzień i to nauczyciele do nich łazili, więc bardzo szybko udało nam się znaleźć tę konkretną. Poszliśmy zobaczyć, no i rzeczywiście, miał jebany cały stosik tych kart, w tym powielające się egzemplarze takich, których nie tylko nie mieliśmy w swoich zbiorach, ale nigdy wcześniej nawet nie widzieliśmy. Ktoś podszedł do chłopaczka i zapytał się, czy nie chce się wymienić, ale oczywiście otrzymał negatywną odpowiedź. Padł więc szybki pomysł – byśmy mu je zajebali.

Szymi napalił się na tę myśl, bo spośród wszystkich moich bliskich przyjaciół, jego kolekcja była najbardziej zubożała. Częściowo w wyniku biedy, częściowo dlatego, że biedaczkowe kieszonkowe wydawał na kasety, na których później starsi dresiarze nagrywali mu albumy Peji, ma się rozumieć nie pro bono. Potem zaczął też wstrzykiwać sobie marihuaninę, ale w podstawówce wystarczał mu jeszcze tylko rap.

I skoro o rapie mowa, to w dużej mierze winny sprowadzenia go do naszej klasy, ze szczególnym uwzględnieniem Peji właśnie, był Siwy. Tede i Liroy byli uważani za cweli, co było prawdą powszechnie znaną i niepodlegającą dyskusji, a każdy kto ich słuchał był od razu wykluczany ze środowiska, chociaż połowa patusów i tak słuchała po nocach Pękniętego Jeża albo podobnego ścierwa, ciesząc się jak głupi z tego, że tekst był o piździe. Szymi też stosunkowo szybko złapał bakcyla, zasłuchując się piosenkami o ulicznym życiu, biedzie i kradzieżach, chcąc być tak prawilnym jak jego idole, robiąc później różne głupie rzeczy żeby popisać się przed rówieśnikami i wskutek tego przylgnęła mu łatka jebanego idioty, a im więcej głupich rzeczy robił, tym za większego idiotę uchodził i większą bekę mieli z niego inni, nierzadko w wliczając w to również nas, bo jakakolwiek reakcja nie będąca śmiechem byłaby wręcz nie na miejscu. Tak zamykało się koło jego życia.

W związku ze wszystkim powyższym nietrudno było go więc namówić, by zakosił szczylowi jego bogatą kolekcję kart z Dragon Balla. Patryk obiecywał mu, że równo je później między siebie rozdzielimy. W praktyce jego plan zakładał, że my nie pobrudzimy sobie rąk wcale, Szymi odwali całą robotę sam, a na koniec da karty nam, samemu obchodząc się smakiem, przez co pewnie nas powyzywa, a jutro wróci z podkulonym ogonem jakby nigdy nic się nie stało.

– Te, Szymi, ale ten gówniak to on ma te karty w tornistrze. – Zwrócił uwagę Sperma.

– I chuj?

– No nie wiem, nie otworzysz go, musiałbyś cały zajebać.

– No nie, no nie, no nie cały, kurwa, co… – Zaczął wymawiać się Szymi, nie wykrywając ironii w tym, co powiedział kumpel. Złapał przynętę.

– No, Szymi, zmieścisz pod bluzą bo masz dużą, musisz zajebać cały! – Podpuszczał go do pary ze Spermą Patryk, czując, że jeśli dobrze rozegrają swoje, nomen omen, karty, to z planowanej kradzieży kart dzieciakowi może zrobić się cyrkowe przedstawienie, o którym będziemy wspominać latami.

– No, Szymi, zajeb!

– No!

– Szymi no weź, nie bądź pizda.

Debil dał się w końcu nakręcić, przechodząc przez całe spektrum reakcji, od kategorycznej odmowy, przez „a co jak ktoś mnie złapie?” po nieśmiałą, uległą zgodę.

– No dobra, ale wy stoicie na czatach. – Powiedział im, jakby jakakolwiek inna możliwość wchodziła kiedykolwiek w grę , po czym wszedł do klasy żeby zajebać to, co miał zajebać.

Kurwa mać, po paru minutach wymknął się na korytarz z tym przymałym tornistrem, z namalowanym na przedzie samochodem wyścigowym, schował go pod przydużą bluzę, tak, że wyglądał jak jeden ze stereotypowych garbatych służących z klasycznych horrorów, wiecie, tych z mongoloidalnymi mordami, i pobiegł w kierunku kibla, co chwila oglądając się za siebie.

Gdy weszliśmy do łazienki, Szymi zdążył już w jednej z kabin przeszukać tornister i znaleźć upragnioną paczkę z kartami, którą podał Spermie, zastanawiając się co zrobić teraz z samym plecakiem.

– Ty weź go pod bluzę jak mówiłem, co? – Zaczął podpuszczać go po raz kolejny tego dnia Patryk.

– Albo lepiej, włóż go swojego plecaka i wyjdziesz ze szkoły bez przypału! – Dodał Sperma.

– No!

Szymi uległ ich namowom dużo szybciej niż poprzednim razem, wybierając pomysł Spermy. Myślałem, że się popłaczę ze śmiechu, gdy zaczął wpychać zakoszony tornister do swojego plecaka gniotąc sobie zeszyty i te nieliczne książki, które zabierał ze sobą do szkoły. Mimo jego usilnych starań, skradziony tornister za nic nie chciał jednak zmieścić mu się w plecaku.

– Nie da rady. – Podsumował ze zrezygnowaniem, przyglądając się swojemu złamanemu wpół zeszytowi od matmy.

– No to jak mówiłem, ładuj go pod bluzę i się kitraj.

Już miałem mu mówić żeby wyrzucił tornister przez okno, jeśli naprawdę chce się go pozbyć, ale ten posłuchał idiotycznej rady Spermy. Poluzował szelki dopasowane do wzrostu dziesięciolatka, naciągnął je na ramiona, przykrył tornister bluzą, a na nią założył plecak, myśląc chyba że nikt nie zwróci na jego wielbłądzi garb uwagi.

Już wcześniej byliśmy bliscy płaczu z powodu tego, co Szymi godził się robić i później wykonywał, ale w tamtej chwili musieliśmy naprawdę się starać, by nie posrać się w spodnie, bo żadne znane mi słowa nie byłyby w stanie oddać tego, jak komicznie, idiotycznie i surrealistycznie zarazem wyglądał.

– Ale osłaniajcie mnie, żeby nikt mnie nie zobaczył, dobra?

– No dobra, dobra. – Przytaknęliśmy mu, próbując zachować jakąkolwiek powagę, ale było to chyba najtrudniejszym, co do tej pory każdy z nas musiał zrobić w życiu. Chyba nam się udało, ponieważ Szymi przejrzał się ostatni raz w lustrze, uznał że nie wzbudzi niczyich podejrzeń, i wyszedł na korytarz.

Całą drogę oglądali się za nim uczniowie, wytykając palcami i chichocząc, a przy szatniach finalnie złapała go woźna, pytając co knuje i co ma pod bluzą. Z początku udawał że nic i że on tylko sobie chce wyjść z budynku, osiągając wymówkami efekty odwrotne do zamierzonych, wzbudzając w woźnej jeszcze większą podejrzliwość oraz wrogość.

– Ktoś kojarzy tego skurczybyka? – Zadała pytanie wszystkim zgromadzonym wokół gapiom, w tym naszej trójce. Nikt go nie sprzedał, nikt nie powiedział że go kojarzy, to wzięła go do dyrektora na dalszą rozmowę, gdzie został zidentyfikowany i adekwatnie ukarany. Sprawowanie w dół, starzy wezwani do szkoły, groźby wezwaniem policji w związku z kradzieżą, chociaż ten próbował wmówić wszystkim, że tornistra nie chciał ukraść, tylko dla żartu go gdzieś schować, dość by powiedzieć, że miał w tego konkretnie przejebane.

My w międzyczasie uzupełniliśmy sobie własne kolekcje kart Dragon Balla.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close