Dla nas, szczeniaków, wyprawy pieszo stanowiły codzienność i żaden z nas nie marzył jeszcze nawet o własnym samochodzie, chyba że mówimy o takim zbudowanym z klocków Lego. Marzyło nam się za to pokonanie jeziora znajdującego się w centralnej części łąk – tak, tego samego, w którym prawie że utonął Młody. Gdyby wydarzył się wtedy najczarniejszy możliwy scenariusz, okoliczna dzieciarnia pewnie bardzo szybko ukułaby legendę o duchu nawiedzającym jego brzegi, ale skoro Młody wyszedł z felernej jesiennej wyprawy cało, po okolicy krążyły jedynie plotki jakoby komuś kiedyś udało się zbudować prowizoryczną łódź i pływać nią po jeziorku. Kacper, czyli okoliczny bajkopisarz numer jeden, próbował nam nawet raz wkręcić, że wynajął kajak żeby złowić tam kilka piranii.
W to akurat oczywiście nikt nie uwierzył, ale opowieści o starszych chłopcach budujących ze śmieci łódki działały na naszą wyobraźnię. I tak nie raz, nie dwa próbowaliśmy swoich sił w stworzeniu czegoś, co jako tako utrzymałoby się na wodzie, jednak bez większych sukcesów. Ironicznie lodówka, z którą Młody poszedłby na dno, była naszym największym osiągnięciem.
– O pa! Jakie beczki jebitne! – Wykrzyknął podniecony Sperma, energicznie machając rękami. Staliśmy właśnie na małej skarpie, za którą rozciągało się śmietnisko i łąki. Chłopak wskazywał nam kilka plastikowych beczek wystających znad traw, chyba przeznaczonych do kiszenia ogórków, przy czym nie były to te ogromne, które czasem widywało się w sklepach. Nie wiem jaką pojemność mogły mieć – dwudziestu litrów? Trudno powiedzieć, dla niewyrośniętego dzieciaka wszystko wydawało się większe niż w rzeczywistości było.
– Chodźcie, obczaimy co to! – Odpowiedział mu Młody, już biegnąc w stronę znaleziska. Ruszyliśmy za nim.
Beczki stanowiły dla nas nieoceniony skarb. Większy nawet niż lodówka czy kanapa samochodowa, z którymi kilkukrotnie spotkaliśmy się już wcześniej. Niczego podobnego nie widzieliśmy na wysypisku ani wcześniej, ani tym bardziej później. To była okazja jedyna w swoim rodzaju.
– Ej mam pomysła, chodźcie się zamkniemy w nich i będziemy turlać z górek! – Zaproponował spontanicznie Patryk.
– Nie, to głupie. – Odparowałem, mając dużo lepszy plan, z którym podzieliłem się ze wszystkimi obecnymi. – A nie lepiej zrobić z nich tratwę?
Młody zamarł w bezruchu i utkwił we mnie swoje spojrzenie.
– Tratwa… to jest to. – Mruknął, kiwając głową z aprobatą.
Jak to zwykle bywało przy podobnych operacjach, rozdzieliliśmy się i udaliśmy do domów, żeby zdobyć materiały budowlane. Trudno powiedzieć, ile przeróżnych śmieci wyniosłem na przestrzeni tych wszystkich lat z piwnicy, ale trochę ich było. Ojciec chomikował tam graty zgodnie z myślą „a nuż kiedyś się przyda”, ale nigdy nikomu na nic się nie zdawały, bo po co na przykład nam była samotna klamka od Malucha, czarno-biały telewizorek turystyczny, który nie odbierał absolutnie niczego, albo niesprawny grzejnik elektryczny? Jakby nie patrzeć, wynoszenie stamtąd przynajmniej jakiegoś odsetka klamotów, za którymi nikt by nie tęsknił, stanowiło z mojej strony dobry uczynek – sprzątałem, gdy nikomu innemu się nie chciało. A to, czy wynalezione śmieci wywlekałem na śmietnik czy służyły mi w jakimś… niesztampowym projekcie, to już nieważne.
Tym razem w piwnicy znalazłem kilka starych listewek, kilku(nasto)letnie dawno zapomniane sznurówki i całkiem spory kawał dykty. Niezły łup. Liczyłem, że może gdzieś walałby się zwój starej linki do wieszania prania, który kiedyś tam widziałem, ale i tak miałem to, po co przyszedłem, więc czym prędzej wyniosłem fanty, byle tylko nie zobaczyła mnie mama albo gorzej, ojciec, który pewnikiem kazałby mi odnieść wszystko na miejsce, bo „a nuż kiedyś się przyda”.
Pozostali chłopcy również nie zawiedli – gdy przybyłem na miejsce, Młody próbował rozplątać dosyć grubą i co ważniejsze długą linę, a tuż obok niego znajdowała się płachta plastikowej folii, woreczek zardzewiałych gwoździ i dobrze wszystkim znany pistolet z puszką silikonu jego ojca. Sperma, jak zawsze spóźnialski, przyniósł na plecach paletę przemysłową, którą „pożyczył” z pobliskiego ogródka działkowego, a Patryk przywlókł ze sobą stare krzesło i nogi od stołu.
Bez zwłoki rozpoczęliśmy więc budowę.
Nasza tratwa wyglądała jak… no cóż, tratwa. Nie ma chyba sensu rozdrabniać się nad jej opisem, bo logicznym jest, że paleta stanowiła centralną jej część, a po bokach przymocowaliśmy cztery beczki, wcześniej sprawdziwszy w rzece, czy czasem nie przeciekają. Patryk uparł się, żeby na środku przymocować siedzisko z krzesła, by aktualnie wiosłującej osobie było wygodniej, a my w końcu ulegliśmy, bo nie było powodu żeby się sprzeczać o takie głupoty. Zawsze moglibyśmy go odwiązać, gdyby zaszła taka potrzeba.
– No, patrzcie, coolowa nam wyszła ta tratwa! – Zachwycał się Sperma, podziwiając owoc naszej wcale nie lekkiej pracy.
– Musimy ją wodować! – Wtórowałem mu, nie mogąc doczekać się próby generalnej.
– Dobra, tylko jak ją przeniesiemy nad jezioro? – Zadał w końcu pytanie Młody. Pytanie, które powinniśmy byli zadać zanim w ogóle zaczęliśmy wiązać i zbijać ze sobą wszystkie śmieci.
We czterech przez godzinę, może nawet więcej, przenosiliśmy tratwę na miejsce, krocząc pomiędzy trawami i co chwila robiąc konieczne krótsze lub dłuższe przerwy. Każdy krok przybliżał nas do upragnionego celu, którym był brzeg zbiornika wodnego, ale pluliśmy sobie w brody, że jak skończeni idioci musieliśmy budować tratwę na śmietnisku. I choć już dawno dłonie nam zdrętwiały, a na palcach pojawiły się liczne zadrapania i ranki od drzazg, parliśmy dalej, marząc o nadchodzącym rejsie.
– Już prawie… – Wysapał Młody, ledwo żywy.
– Jeszcze trochę… – Dodałem chwilę później.
Dotarliśmy. Postawiliśmy tratwę na ziemi i usiedliśmy na beczkach, oddychając głęboko. Podróż była w kurwę ciężka, ale w tym momencie była jedynie wspomnieniem, przeszłością, podczas gdy my patrzeliśmy w pięknie malującą się przyszłość.
Kilka minut później, gdy wróciły nam siły, zabraliśmy się za właściwe przygotowania. Pamiętając nasz ostatni, jesienny wypadek, postanowiliśmy, że póki nie będziemy pewni co do stabilności i niezawodności naszego tworu, nie będziemy wypływać na środek jeziora – w razie problemów powinniśmy więc bezproblemowo dopłynąć do brzegu o własnych siłach, chociaż byliśmy na tyle optymistycznie nastawieni, że nie wydawało nam się, by taki czarny scenariusz w ogóle miał nastąpić.
Zdjęliśmy buty, podwinęliśmy spodnie i weszliśmy do wody, trzymając na wysokości piersi nasz „statek”. Wkrótce niepotrzebna mu już była nasza pomoc, sam unosił się na wodzie, co samo w sobie było dla nas powodem do świętowania.
– Pływa! – Krzyknął Sperma uradowany.
– Ja cię! – Zachwycał się stojący obok Patryk, chlapiąc nas z radości wodą.
– No to co, rejs próbny? – Zapytał retorycznie Młody, wdrapując się na paletę i siadając na przygotowanym siedzisku.
Ja i on byliśmy od Spermy i Patryka dużo niżsi, a co za tym idzie lżejsi – z tego więc powodu to my jako pierwsi testowaliśmy tratwę. Każdy z nas wziął po jednym naprędce skleconym wiośle, czyli nodze od stołka z doczepionym kawałem dykty, i ruszyliśmy przed siebie w dziewiczy rejs.
– Wszystko trzyma się kupy, płyniemy! – Przybiłem piątkę z Młodym, ciesząc się jak opętany. Niewiarygodne, jak kilka godzin pracy przybrało teraz namacalną formę.
– Cholera, nie wierzę!
Stanąłem, udając, że wypatruję na horyzoncie jakiegoś dalekiego, nieznanego lądu. Co prawda pirackiej lunety nie miałem, ale i tak słowa nie są w stanie opisać mieszanki dumy i poczucia wolności, jaka mną targała. Już miałem zacząć śmiać się na całe gardło, gdy natrafiliśmy na niewielką falę, która zakołysała tratwą i w efekcie straciłem równowagę. Z zamarzniętym uśmiechem na twarzy wpadłem do wody.
– Kurwa! – Krzyknął przyjaciel i położył się na palecie, wyciągając do mnie rękę. Jego pomoc nie była jednak konieczna, bo ku naszemu zdziwieniu woda była bardzo płytka – sięgała mi nie dalej niż za pierś.
– Nic ci nie jest?! – Zapytał przerażony Młody.
– Żyję. – Odpowiedziałem, po czym wybuchnąłem śmiechem, wdrapując się na pokład. – Woda jest całkiem ciepła, wiesz?
Rejs zakończyliśmy po ledwie kilku minutach – zatoczyliśmy nieśmiałe kółeczko i wróciliśmy na brzeg, poganiani przez Spermę i Patryka, którzy też chcieli sobie pożeglować, przy czym gdy przyszło co do czego, byli od nas wyraźnie ostrożniejsi i żaden nie wylądował za burtą.
Niedługo potem schowaliśmy tratwę w otaczających jedną stronę jeziora trzcinach i przykryliśmy ją folią, którą zdobył Młody, przyrzekając sobie, że wrócimy na miejsce następnego dnia żeby sobie popływać, tym razem dłużej.
Tak się nie stało.
Traf chciał, że przez kolejnych kilka dni nie mogliśmy się zgrać – a to Patryk miał w domu gości, a to Sperma musiał iść do sklepu, a to ja musiałem zrobić porządek w pokoju… powody można mnożyć bez końca, ale koniec końców dopiero po upływie mniej więcej tygodnia udało nam się we czterech wybrać na łąki. Młody wynalazł na tę okazję nawet jakąś butelkę po szampanie, którą mieliśmy rozbić o burtę, znaczy się jedną z beczek albo deskę palety, by oficjalnie ochrzcić nasz statek. Pomysłu na imię jeszcze nie mieliśmy, ale coś byśmy pewnie wymyślili na poczekaniu, gdyby tylko nie okazało się, że tratwa w magiczny sposób zniknęła. Wśród trzcin pozostała po niej jedynie plastikowa folia.
– Skurwysyny! – Ryknął przeraźliwie w eter Sperma.
Nigdy później nie zobaczyliśmy już naszej tratwy, ani też nie zbudowaliśmy nowej. Po części dlatego, że obawialiśmy się kolejnej kradzieży a po części dlatego, że nie było nam dane znaleźć kolejnych beczek walających się po śmietnisku.
