Warzywa

Nawiedzony dom stał samotnie przy jednej ze starych, opuszczonych uliczek za łąkami. Niedaleko, bo przy równoległej bliźniaczej dróżce, wybudowanych było kilka domostw, już dla odmiany zamieszkałych, za którymi z kolei rozciągała się okolica uważana przez nas za bananową, choć w rzeczywistości nie było w niej nic wyjątkowego, może jeśli nie liczyć większych posesji i generalnie ładniejszych krajobrazów widocznych z okien. Nie chodziliśmy tam praktycznie w ogóle, bo nie było tam niczego interesującego, a na dodatek nie kojarzyliśmy stamtąd jeszcze nikogo.

Przechadzaliśmy się łąkami, dzierżąc w dłoniach kije (znaczy się miecze), już nieco znudzeni katowaniem niewidzialnych przeciwników. Usiedliśmy przy jednym z malutkich jeziorek, głębokim może na pół metra.

– Co robimy? – Zapytał Emil.

– Nie wiem jak wy, ale mnie się na dzisiaj znudziło. – Powiedziałem, siadając po turecku i kładąc broń na kolanach.

– Głodny jestem, kurwa. – Burknął Sperma.

Młody przytaknął. Rzeczywiście, po kilku dniach z rzędu, zabawa w Diablo straciła nieco na uroku i potrzebowaliśmy przerwy. Chłopak rozejrzał się wokoło i nagle się uśmiechnął.

– Mam kurwa zajebisty pomysł.

W dalszym ciągu uzbrojeni w kije, podkradliśmy się od tyłu do jednego z domostw pomiędzy nawiedzonym domem a bananową ulicą. W tym momencie zrozumiałem, co miał na myśli Młody. Szklarnię. Był akurat okres hodowania wszelakich warzyw i owoców, więc mogliśmy wziąć trochę dla siebie.

Ukryliśmy się w wysokich trzcinach i obserwowaliśmy otoczenie. Na zewnątrz nie było ani śladu żywej duszy. Lepiej było jednak dokładnie wszystko sprawdzić, żeby później nie żałować nierozwagi podczas ucieczki łąkami. Jeden raz ze śmieciarzami był dla nas skuteczną nauczką.

Gdy tak czatowaliśmy w ukryciu, obserwując teren, Emil zaśmiał się sam do siebie, po czym zaczął nam opowiadać:

– Pokłóciłem się dzisiaj z nauczycielką. O co? No czapkę mi zabrała.

Poza Młodym, wszyscy skierowaliśmy się w jego stronę, uważnie słuchając.

– Wszedłem kurwa do klasy, nie? Widzę czapka na stole. Podchodzę do niej na kurwa chama, bo żem zdenerwowany był, nie wysrałem się rano dobrze…

Sperma już nie mógł powstrzymać się od śmiechu.

– Kurwa do klasy, tak patrzę na nią, jakbym chciał ją zajebać. Nie odda mi pani czapki, prawda? No nie. To mi oddasz pieniądze.

Wszyscy dosłownie padliśmy na ziemię, rżąc na całe gardła i krztusząc się co chwila.

– To mi oddasz pieniądze, o kurwa! – Wyszeptał zapłakany Sperma. – O chuj!

Młody zaczął przywoływać go do porządku.

– Sperma! Zamknij ryj, kurwa! Zaraz ktoś nas zczai!

Posiedzieliśmy w ukryciu jeszcze kilka minut, powtarzając cytaty z opowieści Emila, a gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, ruszyliśmy do akcji.

Prowadził Młody, zaraz za nim szedłem ja, potem Sperma, a na samym końcu Emil, ubezpieczający tyły.

Wejście do szklarni znajdowało się od strony domu, więc musieliśmy okrążyć całą konstrukcję, a potem ostrożnie przekraść się do środka, mając nadzieję, że nikt nas nie zobaczy z okien domu.

Warzyw w środku było stosunkowo mało, a te, które rosły, były jeszcze niedojrzałe, niewielkie. Emil dla draki rozgniótł kilka niewydarzonych papryk kijem.

– Co ty odpierdalasz? – Zapytał go Młody.

– No tak se rozjebałem gruszkę, kurwa.

– Chyba paprykę. – Poprawił Sperma.

– Jeden chuj. Ładuj w kiejdy co popadnie. Juma nie śpi.

W istocie, juma nie spała. Wszyscy zaopatrzyliśmy się w papryki i kabaczki, ładując je do kieszeni ile tylko dało się upchać. Młody pobiegł na drugi koniec szklarni, gdzie rosły przerośnięte bakłażany.

– Chodźcie, szybko! Patrzcie co tu mają! – Podniecił się ich widokiem, zrywając jednego i podnosząc go nad głowę żeby w pełnej krasie ukazać, jak zajebisty okaz upolował.

Bez słowa poszliśmy w jego ślad, zrywając sobie po bakłażanie, po czym uciekliśmy z powrotem na łąki. Obyło się bez pościgów.

Będąc w bezpiecznej odległości, czyli przy jeziorku, gdzie rozpoczęła się nasza misja, sprawdziliśmy czego i ile mamy. Byliśmy uradowani i dumni z udanej kradzieży, w dodatku tak losowej. Problem był taki, że teraz, gdy mieliśmy już warzywa elegancko usypane w kopczyk, za nic nie mieliśmy pomysłu co z nimi można by było zrobić.

– Ty, weź kurwa przekrój tą paprykę, to się do niej zesram! – Zaproponował Emil Młodemu.

– Nie mam, kurwa, noża.

– To może kurwa zrobimy z nich coś do żarcia? – Tutaj chłopak wziął paprykę i ugryzł ją. Po chwili z obrzydzeniem wypluł wszystko, co miał w ustach. – Chujowe, gorzkie!

– A jakbyśmy zrobili jakąś procę albo katapultę? – Zapytałem.

Pomysł przypadł do gustu pozostałym.

– Ładujemy pociski i na śmietnisko! – Zakomenderował Młody, biorąc swoją partię.

Gdy dotarliśmy na miejsce, zdążyło się już ściemnić. Wśród śmieci znaleźliśmy starą dętkę, czy kawał cienkiej gumy oraz metalową sklepową półkę, wysoką na mniej więcej metr. Mieliśmy chyba wszystko, co nam było potrzebne.

Pierwsze próby przeprowadziliśmy na kamieniach – jako tako latały, a przynajmniej przelatywały na drugą stronę rzeki. Warzywa jednak za nic nie chciały iść w ich ślady. W ten sposób zmarnowaliśmy dwie papryki.

– Co jest nie tak? – Zastanowił się Emil, drapiąc się po głowie.

– Może są za ciężkie? Albo za duże? Albo i t i to? – Próbowałem coś wydukać, ale tak szczerze, to nie wiedziałem co może być nie tak, bo czego byśmy wspólnie nie budowali na przestrzeni lat, zawsze osiągaliśmy względny sukces metodą prób i błędów. No i domieszki farta, nie oszukujmy się.

– Ej, kurwa, to Michałek? – Zdumiał się Sperma nagle, wskazując palcem na drogę biegnącą na wzniesieniu ustanawiającym granicę wysypiska, czy tego, co po nim zostało. Rzeczywiście, Michałek przechodził właśnie przez most na naszą stronę.

– Jebać procę, będziemy rzucać! – Padł pomysł.

Wzięliśmy warzywa, naciągnęliśmy kaptury na głowy i pobiegliśmy w stronę naszego niespodziewanego celu.

Dziewczęcy pisk. Potem drugi, trzeci, czwarty. Za każdym razem, gdy jakieś warzywo uderzało w ciało Michałka, ten wydawał z siebie wysokie wrzaski. Staraliśmy się celować w nogi, ale i tak połowa warzyw trafiała w plecy uciekającego.

W końcu Młody wybiegł do przodu i z całej pizdy cisnął w niego bakłażanem. Strzał za dziesięć punktów – pod prawe kolano. Michałek upadł z głuchym tąpnięciem, wydając z siebie agonalny wręcz ryk, jak jeleń albo bizon.

My też ryczeliśmy, ale akurat ze śmiechu. Oglądaliśmy go jeszcze chwilę, jak zapłakany próbuje wstać, po czym zbiegliśmy z miejsca ataku na łąki, by po kilku minutach biegu ukryć się wśród trzcin porastających brzeg jeziora, gdzie nikt za nic by nas nie dostrzegł.

– Kurwa, Młody. Piękny strzał. – Pogratulowaliśmy mu.

– Ładnie dostał.

Emil śmiał się jak opętany i nie mógł przestać, chociaż próbował nam coś powiedzieć.

– Emil, co ci? – Zapytałem, ale po chwili zdałem sobie sprawę. Na jego jasnych spodniach wykwitła pośrodku plama. Chłopak płakał ze śmiechu i ocierał łzy rękoma.

– Ja… kurwa… zejszczałem się ze śmiechu… – Każde słowo oddzielone było rechotem.

Co mogliśmy zrobić? Zaczęliśmy śmiać się razem z nim.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close