Wesela

Skoro mowa o dorosłym życiu, to dla większości Sebów wiązało się ono ze znalezieniem tej jednej, jedynej dziewczyny. W sensie tej, którą po pijaku zalewali, a dziewięć miesięcy później z jej wyjeżdżonej jak Nysa przewożąca ziemniaki cipy wypełzał niedorobiony i powykrzywiany gówniak, który kilkanaście lat później płodził następną generację swojego biednego dosłownie i w przenośni rodu.

Tak toczyło się koło życia, a jego integralnym elementem były śluby i wesela. Ten (zwykle) jeden dzień w życiu pozwalał Sebom, Karynom, Januszom i Grażynom zapomnieć o troskach oraz znojach codziennej egzystencji, i utwierdzić się w ułudnym przekonaniu, że życie jest dobre, a młodzi do siebie pasują, znaleźli szczęście i będą mogli na sobie polegać. Dwanaście godzin później wszyscy obudzą się na kacu i uświadomią sobie, że nie są wcale tacy wyjątkowi i muszą wracać do swoich mieszkań, bo robota w fabryce czeka, a paprotki rozstawione na meblościance w dużym pokoju mogą uschnąć.

Dzień przed weselem następowało tradycyjne przystrojenie klatki schodowej kwiatkami i balonikami przez pijanych Januszów i Sebków. Gdy słyszeliśmy z siorką dochodzące z ulicy kłótnie na temat tego „gdzie kurwa ma wisieć ten pierdolony balon, kurwa mać”, to było wiadomo, że następnego dnia będzie ślub. Pora roku nie grała roli i bez względu na to, jak niskie temperatury by nie były, sąsiedzi dekorowali klatki w taki sam sposób, nie ważąc, że w ciągu kilku godzin na mrozie balony popękają, a kwiatki zamarzną. Po dwudziestu czterech godzinach stawały się niczym więcej niż wspomnieniem, tak, jak chwilowa beztroska zabawa na weselichu.

Koło południa z bloku wychodziła młoda para, przy akompaniamencie wiejskich tudzież cygańskich zespołów biesiadnych, zwykle złożonych z akordeonisty, perkusisty z jednym bębenkiem i czasami jakiś chłopaczek z gitarką żeby robić sztuczny tłum, bo i tak prawie nie było do słychać.

Dla sąsiadów był to moment kluczowy, bo właśnie wtedy rozdawano gapiom wódkę – czasem z ładnych wiklinowych koszyków, ale zwykle to wprost z kartonu. Za każdym razem w kolejce po nią pojawiali się Algier wraz ze swoim starszym bratem Gułą, licząc na to, że dostaną dwie flachy. Gdy nasz rocznik już nieco podrósł, oczywiście Sperma, Szymi i Młody też chodzili gratulować młodej parze, by w zamian dostać w prezencie połówkę czystej. Raz im się to nawet udało, i całą paczką nieźle się wtedy upiliśmy, ale o tym opowiem innym razem, żeby zachować należytą chronologię wydarzeń.

Nadmiar trunków, który nie został rozdany motłochowi, razem z nadwyżkami ciast i dań rekwirowali sąsiedzi mieszkający w tej samej klatce co pan albo panna młoda, żeby urządzić imprezę dla lokatorów.

Stoliki turystyczne łączono i rozkładano albo na półpiętrze klatki albo na samym dole, gdzie na przeważającej większości osiedli były skrzynki na listy. Ktoś przynosił dwukaseciaka, a w XXI wieku to już cud techniki jakim był odtwarzacz CD, ale jedno, co pozostało bez zmian, to muzyka, jaka się z nich dobywała. Zawsze puszczano jakieś biesiadne disco polo, w tym za każdym jebanym razem Białego Misia i Hej, Sokoły, które wspólnie, pijanym chórkiem, uczestnicy libacji wyśpiewywali na całe gardła, co niejednokrotnie kończyło się interwencjami policji.

Byłem na może dwóch takich inbach, ale zwykle unikałem ich jak ognia, bo umówmy się, to nie mój poziom, i chociaż brzmi to narcystycznie, to naprawdę tak nie jest. To były popijawy najniższej możliwej klasy, różniące się libacjami pato-Sebów tylko tym, że nikt się na nich nie napierdalał. Poza moim starym, ale o tym potem.

Pierwszy raz uczestniczyłem w takim „weselu” w czasie, gdy wciąż byłem skłócony z połową naszej paczki. Zarówno ten konflikt, jak i wstyd fundowany mnie i mojej siostrze przez ojca sprawiły, że wtedy bardziej niż wcześniej do tej pory czuliśmy się oboje stłamszeni i wyalienowani. Była to ledwie namiastka tego, co życie miało nam zaserwować w ciągu kolejnych paru lat, ale nawet taki przedsmak wystarczył, żebym docenił te pozytywne relacje, które łączyły mnie z tymi, którzy nigdy mnie nie opuścili i na których zawsze mogłem polegać. Paulina figurowała na szczycie listy mojej i przy okazji Izy również. Jej obecność bardzo dobrze wpływała na naszą dwójkę i niesamowicie się ucieszyłem, gdy przypadkiem wpadła do naszej klatki w dniu sąsiedzkiego „weselicha” i przysiadła się koło nas.

– Hehe, młoda para sobie siedzi, tylko wutki im nie dajcie, hehe, za rok zobaczycie, będzie kolejne wesele w klatce! – Zaśmiał się jeden podpity sąsiad, a kilku innych poszło w jego ślady i pierdolnęli za zdrowie moje i Pauliny kolejkę.

Mimo że pora była jeszcze wczesna, parę osób było już czerwonych na nosach i policzkach, w tym oczywiście mój stary. W przypadku normalnych ludzi takie znaki nie wskazywałyby niczego stricte złego, ale widząc nabierającą z każdym kolejnym kieliszkiem coraz to ciemniejszych odcieni czerwieni mordę ojca, czułem po kościach, że zbiera się na burzę. Z siorką wiedzieliśmy z autopsji, że staremu po latach spożywania metanolu szare komórki zaczęły ewaporować jedna po drugiej, a on sam w efekcie stawał się sukcesywnie bardziej nieprzewidywalny, agresywny i wulgarny. Nie tylko pod wpływem, ale po pijaku zawsze, za każdym razem.

Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli niewiele później, gdy w końcu alkohol pełną siłą uderzył staremu do pustego łba. Pożarł się o coś z jednym sąsiadem, który chyba próbował mu wyperswadować, że wypił już dość i lepiej będzie, jeśli kolejne kolejki sobie odpuści. Bardzo mu się to nie spodobało, bo chwilę potem złapał w pijackim amoku ramię gościa i spróbował się zamachnąć żeby mu wypierdolić za tą zniewagę. Nim zdążyłem się odwrócić w ich kierunku żeby zobaczyć o co cały ten raban, stolik turystyczny, przy którym chwilę wcześniej siedzieli, leżał już przewrócony, a na podłodze zbierała się mieszanka wylanych soków, wódki i wody z ogórków kiszonych.

Seba z piętra wyżej i dwóch innych sąsiadów chwyciło pijaka za ręce, tors i szyję, po czym odeskortowało na górę żeby poszedł kurwa spać, idiota jebany (przy okazji dając mu też wpierdol, ale na tyle subtelny, by nie miał siniaków).

Obserwowałem całe zajście półprzytomnie jak film, nie zdając sobie w pełni sprawy, że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Ewelina, z dwiema czarnymi liniami rozmazanej kredki do oczu na policzkach przepraszała wszystkich zgromadzonych, próbując przestać płakać, a Iza szlochała wtulona w mój tors. Nie pamiętam nawet czy sama wpadła mi w ramiona, czy sam ją do siebie przyciągnąłem i przytuliłem, w tak wielkim szoku bowiem byłem. Pewnego otrzeźwienia doznałem. gdy jakaś ręka objęła mnie za kark, a do policzka przycisnęło się przyjemnie ciepłe czoło. Paulinka wtuliła się we mnie mocno i w tamtej krótkiej chwili wszelkie moje żale zniknęły, odegnane dzięki niej. To był właśnie ten korzystny wpływ jej osoby, o którym już wcześniej wspomniałem – jej empatia i troska o mnie (i o Izkę) koiła mój ból i przypominała, że choćby nie wiadomo co się nie działo, mogę na nią liczyć. Nie pojmowałem w tym wszystkim jednak najważniejszego, i właśnie dlatego w kolejnych latach, gdy wspominałem ten przykry incydent, wstyd zżerał mnie od środka nie z powodu ojca, a przynajmniej nie tylko z jego powodu, ale przede wszystkim dlatego, że pojąłem wreszcie coś, czego nie rozumiałem tamtego dnia. Zrozumiałem, dlaczego Paulina tak na mnie działała. I wiedziałem, że nie wiedziałem tego wtedy.

Jedna z sąsiadek usiadła z Eweliną, próbując ją nieco uspokoić, a reszta imprezowiczów pomimo wstawienia bez słowa zabrała się do sprzątania burdelu. Atmosfera była napięta, ale jedyną osobą, która cokolwiek mówiła, była mama, wciąż próbująca wszystkich przepraszać pomiędzy szlochami.

– To nie twoja wina, nie masz się o co obwiniać. Wypił za dużo i stało się… – Powiedziała jej sąsiadka.

Nie wiedziałem co robić. Czułem, że powinienem pomóc ze sprzątaniem syfu, ale nie mogłem się ruszyć, ani tym bardziej wypuścić z objęć siostrzyczki.

– Może poszlibyśmy się przewietrzyć? – Paulina wyszeptała mi do ucha i wstała, biorąc mnie za rękę i prowadząc na zewnątrz. Posłuchałem jej i pociągnąłem za sobą Izkę, która była w stanie wręcz katatonicznym, podążając za mną bezwładnie ze spuszczoną głową i twarzą ukrytą wśród włosów.

Wyszliśmy na ulicę i przemknęliśmy w kierunku nieużytków i przysiedliśmy na jednym z odkrytych fundamentów graniczących z łąkami, ukryci wśród chaszczy i suchych traw. Z początku nie mówiliśmy nic. Iza nie była w stanie, a ja byłem zbyt upokorzony, bo dotarło do mnie, że Paulina widziała całą inbę z moim starym i trzewia wykręcały mi się na drugą stronę na myśl, że mogłaby zacząć postrzegać mnie jako patusa… a może nawet powiedzieć komuś na osiedlu co się wydarzyło. To by dopiero była sensacja. Stary siedzący najebany w krzakach, z czego nieziemski ubaw miała już połowa naszej paczki, nie mógłby się z nią równać!

– Hej, mała, pokaż no się, grzywka wchodzi ci do oczu… – Zaczęła Paulina, nachylając się nad moją siostrą i odgarniając jej kasztanowe włosy na bok. Sekundę potem były już w objęciach.

Na ten widok zakręciły mi się w oczach łzy, ale przygryzłem wargę, byle tylko się nie rozpłakać, bo gdybym zaczął, to prędko bym nie skończył. Nie mogłem pozwolić sobie, by Iza widziała mnie w takim stanie, podczas gdy sama przeżywała prawdziwy horror, w dodatku przypadający akurat na już i bez tego mocno stresujący okres dojrzewania.

Spojrzałem na obie dziewczyny i Paulina wyraźnie skinęła mi, bym dołączył do uścisku. Tak też zrobiłem.

– Paulina, możesz mi coś obiecać? – Wreszcie zdobyłem się na wystarczająco dużo odwagi, by otworzyć usta.

– Hmmm?

– Nie wspominajmy nigdy tego dnia.

– Słowo. – Odparła bez wahania, i z obietnicy się wywiązała. Nigdy nikomu nie pisnęła nawet słowa na temat tego, co widziała i w czym uczestniczyła podczas „wesela” w naszej klatce.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close