Ze zbieractwem zetknąłem się po raz pierwszy w zerówce. Była to placówka umiejscowiona na parterze starego, przedwojennego domu, wybudowanego z ciemnej cegły, z łukowatymi oknami, ciężkimi drewnianymi drzwiami i wysokim ogrodzeniem wokoło, przez co z jakiegoś powodu kojarzyła mi się zawsze z wariatkowem. Uczęszczały tam gówniaki z bloków, kamienic i biednych domów, i większość z nich wydawała mi się przybyszami z jakiejś odległej obcej planety albo jebanego buszu, bo inaczej nie można ich nazwać. Jeśli szukacie biednych umysłowo i finansowo polaczków, to zajrzyjcie do zerówek – tam, gdzie dzieci nie zdążyły wyrobić sobie jeszcze wstydu, dumy i wrogości wobec każdego, kto sprawia wrażenie innego, czyli w ich spanikowanym sposobie myślenia lepszego od nich.
Kiedy raz przyszedłem tam w świeżo wypranych ubraniach, to jakieś pato-gówniaki dosłownie podbiegały do mnie i mnie wąchały, jakbym był pierdoloną choinką zawieszaną pod lusterkiem w samochodzie.
Ale zbaczam z tematu, wróćmy do zbieractwa. Moi rówieśnicy przynosili w plecakach segregatory, w których mieli „karteczki” – zwykłe kartki A5 z nadrukowanymi ilustracjami, pakowane po kilka sztuk do foliowych koszulek. Później wymieniali się nimi z innymi patusami, i mówiąc „patusami” mam tu na myśli również ogolonych na jeża Sebów, którzy zachwycali się rysunkami kreskówkowych jednorożców na tle tęczy.
Nigdy nie udało mi się zrozumieć systemu handlu tymi karteczkami, bo logicznie można by założyć, że kartka jest równa innej kartce, ale nie, kurwa, gówniaki ceniły sobie bardziej jakieś specjalne marki czy zdobienia i zawsze żądały dwóch karteczek w zamian za jedną, elitarną, z jakąś linią super prestiżowego brokatu. Wydaje mi się, że warunki ich wymiany były wymyślane spontanicznie, podobnie jak parę lat później robiliśmy my sami z kartami Dragon Ball.
Zbieranie karteczek straciło na znaczeniu, gdy poszliśmy do podstawówki. Podobnie było z rocznikiem Izy, która też miała okazję podpatrzeć je u swoich koleżanek, z których dłużej kolekcjonowały je tylko te, którym na widok bułki z szynką ORAZ serem oczy zaświecały się jak pierdolone ghule w Falloucie.
Potem pojawiły się Pokemony i cała podstawówka wprost ocipiała na ich punkcie. Pokemony w telewizji, Pokemony w chipsach, Pokemony w lodach, Pokemony na majtkach, Pokemony rysowane w zeszytach, na murach, ciałach. Pokemony wszędzie, niczym AIDS w Afryce po tym, jak Wojtyła rozpoczął tam wojnę ze środkami antykoncepcji.
Nie ukrywam, że na dwunastolatku, jakim byłem, pokemania zrobiła na mnie przeogromne wrażenie i dałem się jej porwać, przy czym nie od razu. Z początku podchodziłem do Pokemonów nie tyle sceptycznie, co wręcz wrogo, i dopiero Iza przekonała mnie żebym dał im szansę.
I niech mnie, dałem im szansę.
Nie więcej niż dwa odcinki anime wystarczyły, żebym zmienił swoje zdanie na ich temat, i jak grzeczny konsument pobiegł do sklepu po pierwszą paczkę Lay’sów w nadziei, że trafię w niej Tazosa z jakimś fajnie wyglądającym stworkiem. A później znowu. I znowu. I dalej, lawinowo.
Tazosy były wśród chłopców bardzo szanowane i pożądane, do tego stopnia, że gdy jakiś szczęśliwiec znajdował w paczce dwa, to wszyscy potrafili mieć z tego powodu przeogromny ból dupy, w skrajnych przypadkach objawiający się nawet straszeniem wpierdolem. Z nieskrywanym wstydem przyznam, że sam raz byłem wręcz wściekły, gdy na wycieczce szkolnej jakiś Sebek z równoległej klasy kupił paczkę Lay’sów, w środku trafił Tazosa, ale na chipsach mu nie zależało, więc częstował nimi wszystkich jak leci. Wziąłem jednego, dosłownie, bo nigdy nie chciałem być pazerny jak większość biedaków, a chwilę potem Seba nagle wykrzyknął:
– O kurwa, drugi Pokemon, paczcie!
Spojrzeliśmy i rzeczywiście wyjął z paczki cud prawdziwy w formie plastikowego krążka, i jakby tego było mało, akurat miał nadrukowanego Pokemona, którego naprawdę sam chciałem mieć w kolekcji. Chyba Nidokinga, zawsze go lubiłem, bił od niego chłód samca alfa i na pewno stanowił lepszy męski wzór do naśladowania niż mój ojciec.
Do końca dnia chodziłem przybity z tego powodu, bo myślałem, że gdybym wziął dwa chipsy albo nawet trzy, to może bym go po cichu zakosił. Cóż, dość by powiedzieć, że cała ta pokemonowa fala uwsteczniła nas i sprawiła, że zachowywaliśmy się jak przedszkolaki.
Ten Sebek zawinął się Seicento na słupie w wieku ledwie dwudziestu paru lat, gdyby ktoś był ciekaw.
Mimo że Iza była chyba największą poke-fanką jaką znałem, Tazosów nie zbierała i jeśli jakieś znajdowała w paczkach chipsów, to dawała je mnie. Generalnie, jak tak pomyślę, to sporo ich dostawałem od innych za darmo albo za jakieś drobne duperele, na przykład narysowanie im czegoś albo pomoc przy pracy domowej.
Po Pokemonach przyszedł Dragon Ball Z i karty z Chio Chipsów – nie lubiłem ich zbytnio, bo były tekturowe i bardzo łatwo ścierała się z nich farba, ale oczywiście jak każdy inny chłopak miałem swoją talię i udało mi się ją nawet zachować w niezłym stanie.
One również, podobnie jak Tazosy przed nimi, wzbudzały przeogromne zainteresowanie, by nie powiedzieć „fanatyczne”. O tym, jak Szymi ukradł w podstawówce tornister jakiemuś szczylowi tylko dlatego, że ten miał bogatą kolekcję, zdążyłem już ze szczegółami opowiedzieć, nie miałem natomiast okazji przytoczyć krótkiej anegdotki o tym, jak znaleźliśmy na trawniku za jednym z bloków kilkadziesiąt kart, zapewne wyrzuconych przez kogoś przez okno.
Rzuciliśmy się na nie jak zwierzęta, każdy każdego przepychał, Młody dosłownie mną rzucił, byle tylko dorwać się do Vegety SSJ2 jako pierwszy, Sperma zagrabiał co się da swoimi długimi palcami, a Patryk biegał wokoło na czworaka jak pies.
Jako ktoś filigranowy, fizycznie mniejszy i słabszy od reszty, choć Młody w sumie też zawsze był niskim chłopcem, musiałem zadowolić się jakimiś resztkami ignorowanymi przez kolegów próbujących zgarnąć mniej pogniecione kąski.
Nieco później do sklepów weszły wafelki Dragon Ball, z naklejkami w środku. One również wstrząsnęły naszą podstawówką i przez okres ich popularności zbieraliśmy je w albumach i wymienialiśmy się nimi, polując szczególnie na Shenrona, którego posiadanie czyniło kogoś wręcz jebanym bogiem. Kamilowi udało się zdobyć go od jakiegoś znajomego znajomego, który zażądał w zamian dwóch innych naklejek, przy czym Kamil miał tylko pojedyncze ich kopie, więc jak to mówią, zamienił stryjek siekierkę na kijek. Mimo wszystko był jednak z interesu zadowolony, bo co smok, to smok.
Na osiedlu mieliśmy jednego zapalonego, oddanego sprawie kolekcjonera, który dzięki swojemu albumowi zyskał wśród okolicznej młodzieży tymczasowy szacunek, bo w żaden inny sposób nigdy nie był w stanie go zdobyć – ani wcześniej, ani później. Do kompletu brakowało mu najwyżej dziesięciu naklejek i pewnego dnia Szymi postanowił zaprosić go na działkę, licząc, że może czymś się z nim wymieni albo nawet dostanie od niego jakiś duplikat za darmo.
Bawiliśmy się we trzech w takim ni to szałasie, ni to chatce, zrobionej ze śmieci i gałęzi. Zbliżał się wieczór i Mati od Dragon Balla powiedział nam, że musi iść, bo mama kazała mu wrócić przed dobranocką i jeśli się spóźni, to pewnie dostanie karę.
Pożegnaliśmy się więc, on poszedł, a my wróciliśmy do szałasu, w przeciwieństwie do niego nigdzie się nie spiesząc.
– Joł, o kurwa, patrz! – Podekscytował się Szymi, łapiąc za czerwoną książeczkę z naklejkami, którą niechcący zostawił lamusek.
– Szymi, chcesz mu ją zajebać?
– Zostawił, to moje! – Słysząc jego argument, nie mogłem nie przyznać mu racji. – O ja cię, patrz, Gogeta najlepszy! Kurwa, to lepsze niż ostatnia płyta Ascetoholix!
Jego radość nie trwała dłużej niż minutę, może dwie, bo tyle zajęło typkowi zorientowanie się, że zapomniał swojego albumu i wrócenie na działkę.
– Chłopaki, jesteście jeszcze? Zapomniałem kolekcji naklejek! – Dobiegł nas jego głos z zewnątrz.
Szymi aż podskoczył ze strachu, rozejrzał się po szałasie wzrokiem zaszczutego zwierzęcia, i nie mając chyba żadnego lepszego planu, schował album między gałęzie, z których zrobiony był dach naszej nędznej lepianki.
– Mati, nic tu nie widzę… – Wyjąkał, starając się brzmieć niewinnie.
– Dej zobaczyć.
– Ale… ciasno jest… – Tego nawet już nie wyjąkał, tylko wyszeptał zrezygnowany pod nosem, widząc, że znajomy odchyla kurtynę zrobioną ze szmaty i wchodzi do środka.
– Mati, zginął ci album? – Zapytałem chłopaka z absolutnym spokojem na twarzy, przybierając jedną z najlepszych pokerowych twarzy w życiu i udając, że nic nie wiem.
– No, ale nie wiem czy zostawiłem go w domu, tutaj czy gdzieś indziej.
– Szkoda by było, bo miałeś prawie pełną kolekcję, co nie?
Dla Szymiego, niedoszłego złodzieja, byłaby to najwspanialsza wiadomość, gdyby tylko dobrze rozegrał swoje karty i przede wszystkim zachował zimną krew. No i przy okazji schował książeczkę w mniej widocznym miejscu.
Mati rozejrzał się po szałasie, zajrzał pod siedziska zrobione z desek i pustaków, przeszukał szczelnie zawiązany worek ze świerszczykiem i papierosem na czarną godzinę, i już zaczął cofać się do wyjścia, gdy nagle jego uwagę zwróciło coś czerwonego na suficie.
– A co to tam robi?!
Zdjął z sufitu swoją kolekcję, chwilę zastanowił i zapytał nas czy wiemy skąd się tam wzięła. Z chłodem na twarzy odrzekłem że nie wiem, i że jej nie brałem. Szymi przytaknął mi i również wyjęczał jakąś wymówkę, chociaż cały zdążył już poczerwienieć, a po czole spływały mu krople potu.
– Może przypadkiem ją tam włożyłem. No nic, muszę już naprawdę iść. – Pożegnał się z nami Mati bez śladu emocji. Nie podał nam ręki, nie przybił piątki.
Nie widziałem, by kiedykolwiek później rozmawiał z Szymim.
Kolejną, i ostatnią zarazem chińską bajką, jaka na jakiś czas zawojowała okoliczne podstawówki i gimnazja, było Beyblade, ale nie cieszyło się tak długą żywotnością jak Pokemony czy Dragon Ball, znikając tak szybko, jak się pojawiło.
Byliśmy już w gimnazjum, gdy Lay’s ruszyło z kampanią promocyjną w postaci plastikowych kręciołków, które dorzucali do paczek tak, jak wcześniej Tazosy. Nie powiem, lubiłem je nawet, a to dlatego, że w przeciwieństwie do Tazosów miały jakieś praktyczne zastosowanie, można było się nimi bawić, a nie tylko podziwiać.
Jak już powiedziałem przy okazji opisywania fascynacji Antka klockami Lego, nawet mimo tego, że mieliśmy te czternaście lat i w teorii uczęszczaliśmy do „doroślejszej” od podstawówki szkoły, wcale nie spieszyło nam się ku dorosłości i nikt z nas nie czuł jakiegoś wstydu z zabawy dreidelami. Pierwszoklasiści jak my potrafili toczyć pojedynki z młodszymi dzieciakami, a starszaki, mimo że z pozoru cisnęły z nas trochę bekę, oglądały z nieskrywanym zaangażowaniem nasze poczynania i mecze, o ile akurat nie siedziały w zadymionych kiblach.
Czasem oglądały nas też dziewczyny, przy czym nie z zaangażowaniem, a nieskrywanym politowaniem wobec naszej niedojrzałości.
Młody, Kamil, Sperma i Patryk założyli sobie gang i zgrywali twardzieli, łażąc ze swoimi kręciołkami i pojedynkując się z pierwszymi lepszymi napotkanymi gówniakami na szkolnych parapetach. W tym czasie chwilowo byłem niezbyt mile widziany w ich towarzystwie – trzymali mnie na dystans, a ja nie pchałem im się do tyłków, czekając na przeprosiny ze strony Kamila i Patryka, którzy mocno mnie zranili, szydząc sobie z mojego starego siedzącego po pijaku w krzakach, w które wpadł.
Drajzersi, bo tak nazwała się czwórka, bujali się, opowiadając jaki to ich kręciołkowy gang nie jest elitarny i jak to każdy nie chciałby do nich dołączyć. To oczywiście stanowiło aż nazbyt oczywiste odniesienie do mnie, chwilowej persona non grata.
Siedziałem na parapecie z Tymkiem, Szymim i Paulinką, gdy podeszli do nas z minami jakby wpierdolili kilo cytryn, trzymając w rękach swoje ulubione spinnery.
– A ty co, ty jesteś tu, a my jesteśmy tu, kurwa! – Zaczął Kamil, który mógł pozwolić sobie na kozaczenie, bo po obu stronach miał przyjaciół, dzięki którym czuł się pewnie i przed którymi chciał najwyraźniej nieco zabłysnąć.
– No, spoko. – Nie dałem się sprowokować, chociaż w środku wnętrzności powoli zaczęły mi się wykręcać, bo każdego z nich uważałem za przyjaciela, a ci wykluczyli mnie z grupy, mimo że niczym sobie w tym przypadku nie zawiniłem.
– Chciałbyś dołączyć do naszego gangu, wiemy to!
Nic nie powiedziałem. Czy chciałem być w gangu? To chyba nieodpowiednie słowo. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że uważałem, że należy mi się członkostwo w nim, zresztą obok Pauliny i Szymiego. Tymka nie, bo Tymek to Tymek, ale nasza trójka od wczesnej podstawówki stanowiła integralne trzony paczki.
– Patrz, Patryk, ważniak, nie odpowiada jak się go pyta. Trzeba dać mu, kurwa, nauczkę. Załatwimy to na poważnie, wyjmujcie spinnery!
Czterech na czterech, nie było źle, chociaż czułem, że zacięcie przeciwników i chęć upokorzenia mnie jeszcze raz mogły stanowić pewien problem. Nie było jednak czasu na planowanie naszej strategii, wyjęliśmy po kręciołku i przyjęliśmy pozycje do walki.
Wokoło zdążył się już zgromadzić tłumek gówniaków, którym nie trzeba było tłumaczyć, że za chwilę będzie mieć miejsce poważne starcie, a że większość z nich zdążyła się już otrzeć o Drajzersów i dostać od nich wciry, to kibicowali nam, mając nadzieję, że wreszcie znajdzie się ktoś, kto da łobuzom popalić.
Rozkręciliśmy spinnery i czekaliśmy, aż któreś się ze sobą zderzą, o ile było to im pisane, bo w przeciwieństwie do bajki wcale nie pędziły ku swoim oponentom, tylko wirowały w losowych, nieprzewidywalnych kierunkach. Nie muszę też chyba tłumaczyć, że podczas naszego starcia z żadnego nie wyskoczyła spektralna bestia albo inny papież na kiju.
– Ha! Pierwszy odpadł! – Paulina objęła mnie z radości ramieniem, wskazując dumnie swojego bączka, wciąż kręcącego się nad nieruchomym plastikowym krążkiem Młodego.
– Zaraz do niego dołączysz! – Zagroził jej Sperma, którego dreidel zbliżał się niemrawo, by pomścić przegraną przyjaciela.
Pomszczenie go skończyło się remisem i oboje odpadli z gry. Ja w międzyczasie rozgromiłem kozaczącego Kamila, który w momencie, gdy jego spinner zamarł w bezruchu, skurczył się w sobie i spuścił ze wstydem wzrok na buty.
Po naszej stronie zostało dwóch zawodników, po stronie Drajzersów jeden – Patryk, z którym koniec końców zremisował jakimś cudem Tymek, ironicznie niezaangażowany w małą wojenkę domową naszej paczki.
To znaczyło, że na ziemi jedynym bączkiem w ruchu pozostał ten Szymiego, którego ominęły wszystkie pojedyncze walki.
Wygraliśmy.
Uścisnąłem Paulinę i tak jak ona mnie wcześniej, objąłem za szyję Szymiego, a Tymkowi szczerze pogratulowałem.
Trzech Patryków i Kamil odeszli w międzyczasie ze spuszczonymi łbami, wzajemnie obwiniając się o sromotną porażkę, bo spodziewali się chyba kompletnie i bezceremonialnie upokorzyć syna alkoholika, tomboyównę i dwóch niedorozwojów.
Ostatni raz spotkałem się wtedy z tak poważnym starciem, które nie sprowadziłoby się do napierdalanki na pięści. Zaprawdę niewinne czasy… i pomyśleć, że w ledwie cztery lata mieliśmy wkroczyć w formalnie dorosłe życie.
