Gdyby nie przypadek losu, Paulina mogłaby nigdy nie dołączyć do naszej paczki, bo zostałaby pewnikiem zapisana do innej szkoły. Widzicie, nasze osiedle łapało się do podstawówki w sąsiedniej dzielnicy, jeszcze biedniejszej materialnie i mentalnie, z Januszami hodującymi na posesjach krowy i kurczaki, a w domach grzyby i pleśń. To tam mieszkali Maciek i Siwy, tak dla przypomnienia.
Wyjątek stanowił Kacper, który mimo że mieszkał na naszym osiedlu, poszedł do tej samej podstawówki, co dzieciarnia z dziesięciopiętrowców, którą wraz z popierdoloną reformą edukacyjną poszerzono o gimnazjum, do którego po sześciu latach zresztą trafiliśmy wszyscy.
Rodzice Pauliny mieszkali pierwotnie w jednym z dziesięciopiętrowców, ale miłym zbiegiem okoliczności udało im się zamienić obskurną klitkę na ósmym czy dziewiątym piętrze na całkiem zacne M4 w naszych niskich blokach. Do tej pory mieszkała tam starsza babka z synem narkomanem, którego w końcu wyjebała na bruk, i spał tak debil na klatkach schodowych przez ładnych kilka miesięcy. Wołali na niego Zajączek (i nie, nie był to ten sam Zajączek, którego w podstawówce terroryzował Siwy), bo w pewnym momencie jebaniec miał włosy tak tłuste i długie, że mógł sobie postawić grzywkę do góry i tak się trzymała na sztorc, jak zajęcze uszy, siłą łoju i brudu. P.S. To prawda.
Taki polski Wayne Static trochę, tylko bardziej śmierdzący i wygłodzony. Ale obaj w końcu skończyli tak samo, czyli zaćpali się.
M4 było naprawdę fajną opcją dla rodziny z dwójką dzieci różnej płci. Co prawda rodzice dalej musieli spać na rozkładanej kanapie w dużym pokoju, ale nie można mieć wszystkiego, c’nie? Paulina miała więc swój własny kąt, którym nie musiała się z nikim dzielić, i fajnie było wtedy, chociaż jej pokój po części służył jako składzik na wszystko, co nie było potrzebne innym domownikom. Pamiętam, że w meblościance, jednej z tych najgorszych peerelowskich lakierowanych reliktów, stał gramofon, chyba Jeleń. Parę razy słuchaliśmy z Paulinką jakichś starych płyt jej rodziców, zwykle gównianych, na przykład Krawczyka, i raz nawet „pożyczyłem” winyla In Rock ojca, prawdziwy pieniądz, gdy tak leżeliśmy razem na dywanie, słuchając chociażby solówki Child in Time, nie potrafiąc do końca pojąć jej rozumem, bo było to coś zupełnie innego od wsiowego hip-hopolo w metrum 4:4.
Czego bym nie powiedział o swoim starym, muszę przyznać, że w dużym stopniu zaszczepił we mnie miłość do muzyki, przedstawiając mi Dylana, Led Zeppelin, Maidenów, Sabbath, Hendrixa, B.B. Kinga, Floydów czy właśnie Deep Purple. Także to jeden dobry uczynek i jego chyba jedyny wkład w moje wychowanie.
Ale wracając do myśli przewodniej, bo zboczyłem z tematu. Paulina miała swój pokój, jej brat Krystian też. Był z niego dziwny typ zawsze, strasznie roztrzepany, może przez ćpanie, bo w szkole średniej ostro kirał klej i później łaził z bordowym ryjem po osiedlu. W domu też odpierdalał różne cuda, i kilka z nich wam przytoczę.
Paulina na któreś z kolei urodziny zażyczyła sobie kotkę. Nie lubiłem jej, zresztą w ogóle nigdy nie przepadałem za kotami, ale szkoda mi było trochę zwierzaka, bo nie miała łatwego życia z tym pojebem.
Raz, gdy Krystian naćpał się z swoimi koleżkami, to coś im się ubzdurało i postanowili przefarbować jej sierść. Farby do włosów nie mieli, więc zeszli do piwnicy po puszkę olejnej, i zanim Paulina wróciła do domu i z krzykiem rzuciła się swojemu futrzakowi na pomoc, zdążyli pomalować jej czerwony pas na grzbiecie i drugi na boku. No ja nie wytrzymam, pierdoleni kota farbą olejną malowali w rytm jakiejś tureckiej muzyki dobywającej się z dwukaseciaka!
Gdybym parę dni później nie zobaczył kotki z wygolonymi plackami futra, to nigdy bym w to nie uwierzył.
Innym razem, gdy się konkretnie zajebał, wpadli z ziomeczkami na pomysł, że wejdą na strych jednego z bloków i zapolują na gołębie. To akurat wiem od Młodego, bo był świadkiem całej akcji, razem z Algierem, Gułą i Szymim.
Idioci wdrapali się po drabince na strych, i biegali na kuckach po dwudziestocentymetrowym dywanie z kurzu, goniąc i kopiąc uciekające gołębie. Wszystkim oczy wychodziły z orbit, i wszyscy fazowali jak pokurwieni. Któryś z nich w końcu wyjebał takiego buta jednemu ptakowi, że ten odbił się od sufitu, i jeśli wierzyć relacji Młodego, złamało mu to dupę.
Wszyscy beka, ptak chyba zemdlał, a ktoś wpadł na pomysł, żeby wynieść go na dwór i zobaczyć, czy rzeczywiście jest pokrzywiony na dobre, bo może na powietrzu mu się polepszy, a poza tym może dadzą mu pokirać trochę kleju i zobaczą, jak będzie po nim latał.
– Ty, weź go schowaj pod kurtkę, Szymi, żeby nie było przypału na klatce! – Zakomenderował któryś z ćpunów.
Szymi próbował się wymówić, ale w końcu uległ, z trzech powodów. Po pierwsze, Krystian może nie był tak prawilny jak Sebek z mojej klatki, ale niemniej stanowił dla niego pewien patologiczny autorytet, i nie chciał mu podpaść, bo mogłoby się rozejść po rewirze, że jest pizda a nie ziomeczek. Po drugie, był suchy, ale chodził w workowatych ciuchach, więc kurtka wisiała na nim jak na wieszaku i miał pod nią sporo miejsca. I w końcu po trzecie, no był, kurwa, idiotą, nie oszukujmy się, i w końcu uległ namowom.
Zeszli po schodach na dół, zapalili po szlugu, Szymi cały czas stał jak imbecyl z wypchaną z przodu kurtką, pusząc się, że został dopuszczony do elitarnego towarzystwa i następnym razem to może dadzą mu nawet bucha albo, kto wie, zaproponują niucha Poxipolu.
– Ło kurwa! – Wrzasnął niepodziewanie, gdy gołąb zasunięty w jego kurtce oprzytomniał po nokaucie, i zaczął trzepać skrzydłami, próbując się wydostać.
Wszyscy w śmiech, Szymi w ryk żeby mu pomogli, no to kilku naćpanych Sebków, w tym i Krystian, wyjebało mu serię butów na klatę aż ten się nie przewrócił w krzaki, stękając żeby „hehe nie jego kopali, tylko gołębia, joł”! Kopaliby go pewnie dalej, gdyby w końcu ten nie rozsunął kurtki i nie wypuścił spod niej ptaka.
Wiecie, jak się tym przejęła Paulina? Następnego dnia próbowała jakoś pocieszać Szymiego, zapewniała, że już ona porozmawia z bratem za to, co mu zrobił. Nawet go przytuliła, czując się jakby osobiście winną za szkodę.
– Paulina, on miał pod kurtką gołębia, nie wiadomo, czy nie zaraził go jakimś syfem… – Szepnąłem jej do ucha, gdy wypuściła go z objęć.
Zakryła usta dłonią, patrząc mi z przejęciem w oczy i jęknęła tylko, że musi się wykąpać, po czym pobiegła sprintem do domu, jakby goniły ją te same pelikany, które ścigały tego słynnego Lirycznego Wandala.
Rodzice Pauliny i Krystiana nie byli głupi na tyle, by nie zauważyć, że z ich synem dzieje się coś bardzo niedobrego. Coś, co wykracza poza typowe objawy oślego wieku, które wcale nie ustąpiły, gdy stuknęła mu osiemnastka. Ba, wtedy tylko uległy nasileniu.
Postanowili więc przeprowadzić rewizję w jego pokoju, i znaleźli w nim jakieś zajebane radia samochodowe i komplet kół od Malucha, które leżały tam najwyraźniej na tyle długo, by w końcu debil zrobił sobie z nich stolik nocny. Ostre przeszukanie zakończyło się wraz ze znalezieniem ospermionych chusteczek higienicznych wyrzuconych dziesiątkami za meblościankę, jakiegoś woreczka ze śmiesznymi tabletkami (najprawdopodobniej gwałtu) i reklamówki z zaschniętą centymetrową warstwą kleju od środka.
Wszystko to, razem – od pojebanych akcji, jakie odpierdalał na haju, po skradzione fanty zabunkrowane w pokoju, zmusiło ich w końcu do wysłania synalka na odwyk, i w sumie nie wiem, co się z nim działo w tym okresie, bo Paulina w ogóle nie rozmawiała na jego temat, nawet między wierszami o nim nie wspominała. Ja nie naciskałem, bo nawet wtedy bezgranicznie irytowali mnie niezwykle plotkarze i ciekawscy obłudnicy na siłę próbujący wściubiać nosy w czyjeś sprawy. Do tego tematu jeszcze zresztą wrócę, ale to przy innej okazji.
– Hej, Paulina… wiesz, że gdybyś kiedykolwiek chciała pogadać albo coś, to… – Powiedziałem jej kiedyś nieśmiało, nie kończąc, tylko niezręcznie wzruszając ramionami. Uśmiechnęła się smutno i podziękowała. Gdybym miał wtedy trochę więcej oleju we łbie, po dwóch pierwszych słowach po prostu bym ją objął i pozwolił czynom mówić więcej niż słowom.
Mnie jednemu nie złamałaby za coś takiego nosa.
Krystian wrócił na osiedle po nieznanym mi okresie, podobno wyleczony z nałogu i gotów do normalnego życia, w sensie zapierdalania za minimum krajowe w jakimś zakładzie, niczym szczur. Wszystko grało przez kilka tygodni, ojciec podarował synalkowi nawet swojego Lanosa, żeby miał jak dojeżdżać do zakładu i żyć normalnie, może wyrwać też jakąś pannicę, która miałaby na niego dobry wpływ, odwiodła od patologii. Ale chuj tam, Krystianek zaczął się ponownie staczać, łazić do remizy albo na domówki u Sebów, którym najbliżej było do orgii, odpierdalając podczas nich nieopisane cuda.
Najlepsze jest jednak to, że wyrwał mimo wszystko pannicę, w sumie to nawet dwie, i tu jest problem. Sprawa wyglądała tak – na libacji poznał Karynę, którą niczym ten słynny Jim Morrison najpierw pokochał, a dopiero potem zapytał o imię27. Razy czy dwa później poszli na randkę, ale okazało się, że Karyna miała młodszą o rok siorkę, Kari, która swoją drogą chodziła do naszego gimnazjum, do tej samej klasy co Algier. No więc Krystian upatrzył sobie tę młodszą, i chyba myślał, że będzie ruchał obie i żadna się nie połapie.
Dwie randki później obie wydały na niego wyrok śmierci.
Dwa lata później młodsza mimo wszystko zaszła z nim w ciążę.
[27] – The Doors – Hello, I Love You
