Libacje

Piątek – tygodnia koniec i początek”. Tak brzmiała mantra Sebów i Karyn z okolicy, bo razem z piątkiem nadchodził czas imprez, alkoholu i ćpania. Nikogo nie obchodził kac, jaki miał nadejść w sobotę, a w niedzielę wszystko wystarczyło wyspowiadać, żeby mieć na nowo czyste sumienie i żeby tak lżej było na duchu, bo lżej na ciele to się robiło po wysraniu toksycznej kac kupy ranek wcześniej. Za pijaństwo dziesięć zdrowasiek, za gwałt na nieprzytomnej pijanej Karinie dwadzieścia, za jej zalanie ślub. Dla patoli to był uczciwy i sprawiedliwy układ.

Pierwszym typem libacji były domówki, czytaj chlanie w domu starych, gdy ci gdzieś wyjechali. Miały miejsce raczej rzadko i jeśli w ogóle, to raczej w towarzystwie bliskich, zaufanych znajomych, żeby nikt niczego nie rozpierdolił albo czegoś nie zapierdolił. Ale takie akcje i tak się zdarzały, bez względu na podejmowane środki ostrożności. Nikomu nie można było ufać do końca, a nawet bliscy „przyjaciele” potrafili po wspólnym chlaniu na umór rozejść się do swoich domów z jakimiś losowymi rzeczami ukrytymi pod kurtkami.

Jeden z kolegów Guły postanowił zorganizować u siebie osiemnastkę i sprosił do mieszkania znajomych tak patologicznych, jak i on sam. Jednemu z nich spodobało się bardzo radio z odtwarzaczem CD, które stało w kuchni, i chciał wynieść je w plecaku, ale trochę za bardzo poszedł w tango i usnął na podłodze z plecakiem w ręku, a w nim oczywiście schował wcześniej to radio.

Wyjebali go za fraki z mieszkania, przekopali na klatce i zostawili zakrwawionego, nawet mu ręcznika nie podając żeby wytarł swoją brzydką mordę z krwi, tak go kurwa nienawidzili.

Oczywiście później złodziej żył na osiedlu z piętnem trędowatego i regularnie dostawał wpierdole, gdy tylko natrafiał na kilkuosobową ekipę, bo wiadomo, jeden na jednego to chuj nie walka. Gdyby kradzieży dopuścił się na kimś mieszkającym ulicę dalej, w wysokich blokach, byłby uznawany przez nich za wielkiego bohatera i noszony na rękach za dopierdolenie frajerom.

Podczas innej imprezy inny Sebek mieszkający nade mną, rozciął sobie palec o jakąś rozbitą butelkę – ten słynny nigger knife czy tam tulipan, jak kto woli. Owinął łapę papierem toaletowym, usnął najebany w łazience, zakrwawiając przy tym swoje ubrania i pół łazienki.

Kumple znaleźli go w środku nocy, nieprzytomnego, siedzącego na kiblu, i próbowały go wyjebać z domu żeby nie zakrwawił niczego więcej. Jeden z nich poślizgnął się na krwi i coś sobie zrobił z ręką – nie wiem czy złamał, zwichnął czy naciągnął, nieważne w sumie.

Wyjebany z domu zakrwawiony Sebastian wrócił jakoś nad ranem do domu, położył się spać, wstał w porze obiadowej i stwierdził, że może lepiej jednak będzie jechać do szpitala. Był jeszcze na wpół pijany, ale tak bardzo wyjebane, wsiadł do samochodu, odpalił i w drogę.

Nie omieszkał się później chwalić koleżkom, że jeździł najebany i że było zajebiście, bo czuł się, jakby był w grze. Chciał to kiedyś powtórzyć, ale czy się tego dopuścił, nie wiem.

Jeszcze inny patus zadurzył się kiedyś w Karynie z dziesięciopiętrowców. No panie i panowie, współcześni Romeo i Julia, do chuja! Gość chciał się przypodobać jej ziomkom i pokazać, że mimo iż jest z naszego osiedla, to wcale kurwą, co z cipy najpierw dupą wyszła, nie jest, no i zorganizował bibę na chacie. Przyszła hołota z dziesiątek, napierdoliła się jak dzikie nietoperze, i odezwały się w ich pustych łbach trybalistyczne instynkty. Najpierw zaczęli rzucać do góry plastry sera i szynki żeby zobaczyć, ile z nich się przyklei do sufitu, a jak im się znudziło, to napierdolili kilku naszym, w tym i gospodarzowi.

Bezapelacyjnie najlepsze były jednak imprezy w remizie, stojącej sobie na uboczu dzielnicy, w sercu lasu, i poza piątkami nikt się tam nie zapuszczał. Niby wymagały jakiejś symbolicznej opłaty wejściowej, ale przynajmniej panował podczas nich względny porządek, bo największe patusy wolały kupić sobie dwie nalewki więcej i dojebać w zawór do końca, niż tracić jakąkolwiek pęgę na wstęp.

W piątkowe popołudnia rozpoczynało się szykowanie sali żeby Seby miały dansing, sprowadzano też jakiegoś DJa Sebę Dragona, który później kręcił inbę przez pół nocy, puszczając utwory z Winampa, machając łapami, udając, że coś robi i krzycząc co jakiś czas:

– Jak się bawicie?! Jak się, kurwa, bawicie?! Nic nie słyszę!

A imprezowicze nic, bez względu na to, czego by nie robił, mieli na niego wyjebane tak długo, jak grała muzyka, tańcząc przytłumieni przemysłowym alkoholem i jakimiś guwnonarkotykami, do tego stopnia, że nie odróżniali nawet pojedynczych jego słów.

Byli też agenci, którzy całe imprezy spędzali stojąc pod głośnikami, kiwając łysymi łbami w rytm. Chyba próbowali szpanować przed Karynami jacy to chłodni nie są, ale w rzeczywistości wychodziło z nich tylko lamuserstwo i spierdolenie. Zaliczyłem ten etap na jednej czy dwóch dyskotekach w podstawówce, gdzie staliśmy w taki sam sposób z Kamilem, Ziemkiem, Maćkiem i Tymkiem, czekając chyba na to, że jakaś dziewczyna poprosi nas do tańca, uważając się za zbyt twardych i męskich, by poprosić je samemu. Mnie na parkiet wyciągnęła Paulina, oni natomiast stali jak kołki do końca zabawy.

Zwykle koło północy DJ Seba Dragon kończył pijany do nieprzytomności, ale zawsze zostawiał jakieś rapsy albo disco polo na autoplayu, więc inba była grana dalej, tylko nikt nie mógł zamawiać już u niego konkretnych piosenek. I nie mam tu bynajmniej na myśli wolnych utworów do tańca-przytulańca, o, nie; dresy, jeśli już, to zamawiały sobie prawilne rapsy albo jakieś odmóżdżające sebiczne techno, w których partie perkusji miały częstotliwość pracy silnika diesela.

Jak tylko zaczynało się jakieś pokurwione techno, na parkiecie robiło się gorąco – wszyscy z powykrzywianymi mordami ściągali koszulki i wymachiwali nimi jak flagami, wykonywali też jakieś pojebane tańce deszczu z nimi. Ziemek idealnie by się wpasował w ten tłum podczas jednego ze swoich epileptycznych epizodów – nikt nie zauważyłby nawet, że coś z nim nie tak, bo wszyscy inni mieli równie randomowe i nagłe ruchy, tylko dodatkowo piszczeli „kuuurrrwaaaa” bo tak im kwas podszedł.

Wielu Sebów, a także cyganów, którym miasto wciąż nie wypowiedziało jeszcze umowy dzierżawy gruntu czy czegoś innego, co pozwalało im żyć w leśnej osadzie, przychodziło bawić się pod remizę – nie musieli płacić za wejście, dzięki czemu zaoszczędzonych parę złociszy mogli przeznaczyć na więcej alko. Dresy parkowały przed budynkiem swoje VW Golfy, Fiaty Uno i Daewoo Tico, a czasem to znalazło się jakieś trzydziestoletnie BMW, które stanem rozkładu nie ustępowało uzębieniu mojego starego albo kurwy Baśki.

Ekipy zwykle słuchały tego, czego słuchano wewnątrz remizy, ale czasem bezskutecznie próbowały zagłuszyć wątpliwej jakości muzykę swoim zajebistym car audio, czyli kolumnami w bagażniku. Oczywiście zawsze puszczały jakieś rapsy o ziomkach, jaraniu albo jebaniu policji.

Cyganie imprezowali z drugiej strony parkingu, blisko linii drzew, żeby w razie czegoś spierdolić, bo gdyby przyszło co do czego, to Seby miały przewagę liczebną i przy okazji też samochody. Pili bimber z plastikowych pięciolitrowych butli i czasami odpierdalali jakieś tańce ze swoimi matkami, żonami i kochankami, później bolcując je w krzakach.

Obie grupy były zajęte swoimi sprawami i raczej się nie napierdalały, co aż dziwne, bo w normalnych okolicznościach jeśli liczba cyganów wynosiła minimum dwóch na dziesięć metrów kwadratowych, to Seby uznawały, że trzeba coś z tym zrobić, płacząc nad tym mitycznym multikulturalizmem, którego wtedy wciąż nie potrafiłyby jednak nazwać, bo na YouTubie nie istniały prawicowe kanały propagandowe dla inceli, które zrobiłyby to za nich.

A tu zdarzały się nawet sytuacje, gdy Sebki kupowały bimber od tych cyganów, bo im się skończyło alko, a z kolei cyganie brali od nich zielone albo nawet coś mocniejszego, jeśli ci wcześniej tego nie zużyli.

Porządku pilnowała policja, ukryta w małej zatoczce skrytej wśród drzew i krzaków, pomiędzy remizą a osiedlami. Gdy widzieli, że ktoś krzywo jedzie, to robili łapankę i wypisywali pijakom jakiś guwnomandat, ewentualnie rekwirowali kontrabandę dla siebie i puszczali patusów wolno. Jeśli z kolei okazywało się, że są spokrewnieni z pijanymi kierowcami, to po prostu puszczali ich wolno.

Sam na imprezie w remizie nie byłem nigdy, podobnie jak prawie wszystkie bliskie mi osoby, z wyłączeniem Młodego, Spermy, Pauliny i… Eweliny z Mileną, o ile jesteście skłonni w to uwierzyć (bo szczerze sam miałem z tym kłopot).

Widzicie, psychiczna rekonwalescencja mamy po traumie i upokorzeniu, jakie wyrządził jej zapijaczony mąż-chuj, trwała kilka ładnych miesięcy. Była bardzo powolna, ale w końcu, gdy proces rozwodowy się zakończył, Ewelina zaczęła odżywać i stawać się dużo bardziej pozytywna, otwarta i pewna siebie, co nie uszło uwadze otoczenia.

Właśnie jakoś wtedy, niedługo po tym, gdy wróciła do bycia oficjalną singielką, wpadła do niej Milena, której zresztą jak już kiedyś wspomniałem, należą się brawa, bo służyła jej zawsze emocjonalnym wsparciem, rękawem do wypłakania i przy okazji pomogła jej odnaleźć wiarę w samą siebie. No i w związku z powyższym Milenka wpadła na pomysł wspaniały żeby razem sobie gdzieś wyskoczyły, bo piątek, bo zabawią się, damski wieczór, hehe, może wyrwą jakichś chłopaków, bo Ewelina jest wreszcie wolna!

Mama coś tam próbowała się wymigiwać, mówić, że przecież żadna z niej imprezowiczka, zresztą bądźcie tu kurwa imprezowiczami z katem w domu, który straszy was że umiera, regularnie przepija każdą wypłatę i traktuje was jak własność prywatną; życzę powodzenia!

– No chodź, nie możesz cały dzień siedzieć w domu, masz już duże dzieciaki, jeden wieczór bez ciebie wytrzymają!

– Nie, naprawdę, to nie najlepszy pomysł…

– Pamiętasz jak cię wyciągnęłam nad zalew? Jak wtedy fajnie było? Też nie chciałaś wtedy jechać!

– No wiesz, ale to inna sytuacja…

– Wcale że nie! Zobaczysz, będzie super…

Przegadywanka trwała jeszcze ładnych kilkanaście minut. Na tyle długo, że aż chciałem krzyknąć przez ścianę „mamo, no zgódź się, bo mnie, kurwa, szlag zaraz trafi”! Milena wiedziała jak ją podejść – lekką, ale ciągłą, jednostajną presją. Naciskała, naciskała, aż wreszcie przyjaciółka uległa, chyba nauczona wieloma siniakami powstałymi, gdy zbyt długo nie dawała się nagiąć mężowi. Nie powiedziałbym, że był to przykład celu uświęcającego środki, ale Milena nie uznawała możliwości kapitulacji, co nie było jej pierwszym razem. Kilkukrotnie przymuszała w podobny sposób Ewelinę do wyjścia, i wiecie co? Działało za każdym razem. I do tego za każdym razem, gdy mama wracała do domu, była w dobrym nastroju.

Tym razem Ewelina wróciła jakoś przed północą – trzeźwa, bo z powodu przeżytej wieloletniej traumą nigdy, przenigdy, nie piła alkoholu, także barek w naszym dużym pokoju stał pusty nawet, gdy w domu nie było alkoholika, który wychlałby każdy trunek, jaki by się w nim przypadkiem znalazł.

Jebało od niej jednak niemiłosiernie papierochami, bo oczywiście cała sala była zadymiona. Po co inwestować w maszyny do robienia sztucznej mgły, skoro można wpuścić do środka stu palaczy? Poszła więc wprost pod prysznic, byle tylko pozbyć się tego smrodu. Na drugi dzień oczywiście prała sukienkę i szorowała szpilki, w których była tej pamiętnej nocy.

Z Izką pytaliśmy ją od rana o wypad, jak tam było, czy dobrze się bawiła i tak dalej, ale nie chciała puścić pary. Zbywała nas mocno, wyraźnie skrępowana, mówiąc tylko, że impreza nie była najlepsza, i że w sumie to się nudziła, ale nie takie tajemnice rozwiązywałem w życiu. Po tygodniu dzięki swojej siatce wywiadowczej udało mi się połączyć do kupy kilka zeznań – luźnych wypowiedzi Eweliny, urywanych fragmentów jej rozmów z Mileną, w tym najważniejszej ze wszystkich, moralizującej pogawędki o tym, że nie powinny były jechać tam, gdzie pojechały, a także, uwaga, relacji jakiegoś okolicznego Seby, który przyjaźnił się z bratem Szymiego, od którego Szymi wyciągnął całe info i później przekazał mnie.

Razem z Mileną pojechały do naszej remizy. Tak jest, do pierdolonej remizy, bo Milenka bujała się tam za młodu, i te niecałe dwie dekady temu to była wcale przyzwoita miejscówka. Czasy się jednak zmieniają, a ona nie miała okazji zobaczyć z bliska jak wyglądały współczesne sebiczne dyskoteki.

Zaparkowały pod budynkiem, wysiadają, i pierwsze co, usłyszały, to gwizdy parkingowych patusów:

– Seba, pacz jakie maniury!

– Lalunie, chodźcie, mamy denaturat!

Zignorowawszy ich, weszły do remizy, gdzie inba trwała w najlepsze, a na widok naćpanej hołoty już i tak skrępowaną Ewelinę dopadły wątpliwości czy dobrze zrobiła, godząc się na wypad w tak głośne i tłoczne miejsce. Stawiam, że czuła się przytłoczona w remizie, podczas gdy jej życie i wygląd wywróciły się w ostatnich miesiącach do góry nogami.

Z głośników dobywało się jakieś disco polo, o wartości artystycznej mniejszej niż obraz z ofiarami Smoleńska albo gówno w rynsztoku przykryte obsranymi majtkami i gazetą.

– O, chodź zatańczyć, bejbe! – Napruty Seba podbił do mojej niej, zaczął robić jakieś dziwne ruchy przednimi łapami, chyba chcąc jej zaimponować czy coś, nie wiem jak wyglądają rytuały godowe tak prymitywnych gatunków. Nagle oprzytomniał trochę wytrzeszczył na nią oczy i wybełkotał:

– O kurwa mać, pani Ewelina! Kurwa, przepraszam za przeklinanie!

Jego towarzysz, właśnie ten ziomek brata Szymiego, odciągnął go na bok żeby nie zrobił sobie większego przypału. Później jeszcze jakaś nafurana Karyna podobno robiła jej i Milenie awanturę że mu chłopaka chcą uwieść.

Drugi raz do remizy mama wyciągnąć się nie dała. Nie żeby Milena ponownie próbowała – też dostała wtedy nauczkę i zobaczyła na własne oczy, co się tam odkurwia po nocach i do czego zdolne jest młodsze pokolenie.

Wbrew moim obawom Sebki nie gniły ze mnie i siostry po tej dyskotece – przeciwnie, w sumie mówiły zawsze żebym pozdrowił mamę, i że dobrze, że dziewczyna odżyła po tym wszystkim, co ją spotkało. Miła odmiana po żartach, jakie stroili sobie koledzy za każdym razem, gdy zobaczyli jak mój ojciec odpierdalał coś głupiego po pijaku, czy to grając na afrykańskich bębnach, czy siedząc rozkrokiem w krzakach.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close