Majówka była dla większości naszej paczki okresem leniuchowania i nic nierobienia. Biedacy tacy jak Sperma i Kamil byli przez ojców na siłę ciągani do kościoła, ale poza tymi kilkoma zmarnowanymi godzinami, dalej mogli pożytkować czas na łażeniu z nami po rewirze i wymyślaniu coraz to nowych sposobów zabijania czasu. Spotykaliśmy się więc na Zakręcie o umówionej porze, gdy wszyscy byli wolni, by ustalić co mamy zamiar robić.
Tego dnia nikt z nas nie miał funduszy na piwo, zwłaszcza że wtedy już było pożądane jedno na głowę, nie na kilka osób, a palący nie mieli papierosów. Skończyliśmy więc na pomyśle pójścia na spacer, w stronę naszej starej podstawówki, gdzie znajdował się malutki park, rzadko odwiedzany przez kogokolwiek.
– A słyszeliście, kurwa, co się stało w slamsach parę dni temu? – Zaczął dyskusję Sperma.
Pokiwaliśmy przecząco głowami. Nie, nie wiedzieliśmy, bo i skąd? Żaden z nas nie łaził na to zabite dechami zdegenerowane zadupie.
– Policja wbija na chatę tego ćpuna, Gizma…
– Gizmo? Ty, jak ten Gizmo z Władcy Pierścienia! – Zawołał Emil w nagłym ataku olśnienia. Zakrztusiłem się ze śmiechu.
– No, właśnie. No ale psy rozjebały mu drzwi jak, kurwa, w filmach, wiesz, taranem czy chuj wie czym, wbijają mu komandosi do mieszkania, z karabinami w rękach…
Tutaj ja, Patryk i Kamil zaczęliśmy słuchać już uważnie. Nie znaliśmy Gizma, ale opowieść wydawała się ciekawa.
– … Przeszukują wszystkie pokoje, a tu chuj, pusto. Nikogo i niczego nie ma, same puste ściany i podłogi. I w końcu wchodzą do salonu, a tam Gizmo, nagi siedzi po turecku na podłodze i wciąga LPG z butli jakby nigdy nic.
Wyobraziłem sobie tą scenę.
– No i co z nim? – Zapytał Patryk.
– Wywieźli go w kaftanie bezpieczeństwa do wariatkowa. Przećpał się i zdałniał.
Zaczęliśmy się śmiać.
Park zgodnie z naszymi przypuszczeniami okazał się całkowicie pusty. Usiedliśmy na dwóch ławkach, po przeciwległych stronach żwirowej dróżki, i zaczęliśmy dyskutować o życiu. Sperma coś tam mówił, że w sumie to mu ciężko w domu z siostrą, że jebana poszła się ostatnio opalać na dach bloku i zatrzasnęła się jej klapa, więc musiał wracać przez całe osiedle żeby ją otworzyć. Patryk skarżył się na brata, że nastukał mu ostatnio za to, że naniósł do pokoju błota i piachu z boiska. Emil rozprawiał o dupie swojej ciotki i o tym, że kazirodztwo jest w sumie trendi w tym sezonie. Kamil i ja tylko słuchaliśmy. On nigdy nie miał w zwyczaju dzielić się szczegółami swojego życia, a ja… ja też nie miałem nastroju wywlekać na światło dzienne swoich bolesnych brudów, zwłaszcza że wyszedłem na dwór po to, by od nich uciec. Zapomnieć, chociaż na chwilę oderwać się od tego wszystkiego.
Paradoksalnie zawsze, gdy chodziliśmy do tego małego parku, czy może raczej powiedzieć powinienem „skweru”, wiązaliśmy z nim wielkie nadzieje. Nie wiem co w nim nas pociągało ani dlaczego liczyliśmy na to, że tym razem okaże się inny niż do tej pory. Zawsze nudziliśmy się tam do bólu, i po kilku minutach ze spuszczonymi głowami wracaliśmy do domów, przeklinając stracony czas.
Nie inaczej było w tym przypadku – w końcu temat rozmowy się skończył, a erotyczne żarty Emila nie uratowały sytuacji. Podjęliśmy decyzję by wracać.
Pomiędzy naszą podstawówką a osiedlami, stał stary kościół. Przez te sześć długich lat spędzonych w tych okolicach, dzień w dzień mijaliśmy ten budynek i nie mogliśmy pojąć, a przynajmniej ja nie mogłem, dlaczego niektóre „dobre” dzieci czerpią przyjemność z jego odwiedzania i żegnania się na pokaz zawsze, gdy przechodziły obok. Jak choćby Michałek, o którym opowiedziałem już dawno temu.
Tym razem zwróciliśmy uwagę na coś jeszcze – szereg biało-czerwonych flag zawieszonych na ogrodzeniu.
– Co to kurwa? Pogrzeb? – Zapytał zaciekawiony Emil.
– Co za gebels! Trzeci maja, mówi ci to coś? – Oburzył się wręcz Patryk.
– Nie. – Odparł Emil bez namysłu, wzruszając ramionami. – Ale zajumajmy jedną!
– A po chuj ci flaga?
– Nie wiem, kurwa, nie wiem. Powieszę nad łóżkiem, podetrę dupę, zrobię z niej bieliznę dla Milenki!
Kamil dał kuzynowi mocnego kuksańca w ramię.
– Dobra, kurwa, to jak ją skitramy? – Zapytał w końcu Sperma. Miał koszulkę z krótkim rękawem, więc nie mógł nigdzie schować łupu.
Spojrzeliśmy na Patryka, jako jedynego mającego na sobie bluzę. Jego oburzenie nie miało żadnego znaczenia – był jedynym, który mógł to zrobić. I w końcu zrobił, mimo ogromnej niechęci i konieczności namawiania go przez chyba kwadrans. Chyba dla świętego spokoju, żebyśmy wreszcie się od niego odjebali.
Uciekliśmy bocznymi uliczkami i ścieżkami ciągnącymi się między ogródkami działkowymi, a także koło zamkniętego już od dawna sklepu, w którym w pierwszej klasie podstawówki kupiłem gumy do żucia dla siebie i kolegi z ówczesnej klasy – Maćka. Patryk biegł z jedną sztywną ręką, trzymając w rękawie flagę, z zabawnie wystającym końcem u dołu.
Po kilku minutach przedostaliśmy się przez śmietnisko na łąki, gdzie bezpiecznie mogliśmy wyjąć flagę na światło dzienne. Patryk szybko podał ją Emilowi, nie chcąc mieć z nią niczego do czynienia – dopadły go wyrzuty sumienia i wątpliwości; mruknął pod nosem, że to się nie godzi i że tak nie można.
Jej nowy nabywca był za to zachwycony – wymachiwał nią na lewo i prawo, a od czasu do czasu używał ją jak maczety, uderzając w rosnące przy rzece trzciny.
Wciąż było jednak nudno.
Dotarliśmy na drugi kraniec jeziorka, gdzie rozciągały się „górki”, zimą stanowiące obowiązkowy punkt do zjeżdżania na sankach, ze szczególnym naciskiem na słynną Górkę Śmierci. Usiedliśmy na szczycie, spoglądając na znajdujące się pod nami łąki oraz ślamazarnie płynącą rzekę.
Emil wbił flagę w ziemię, ale po chwili się przewróciła.
– Kurwa, kamień! Stój, ty kurwo!
Druga próba. Flaga ponownie wbiła się końcówką w jałową ziemię, po czym opadła na bok. Emil spojrzał na nią, po czym wykrzyknął:
– Na tej skale, zbudujemy Auschwitz nasz!
Rzucił flagą z całej siły o ziemię. Odbiła się z tępym stukotem, ale nic się jej nie stało. Stoczyła się kilka metrów w dół, gdzie rosły bambusy.
– Milena, wracaj! Pragnę cię!
Emil pobiegł po flagę, podskakując i wydając z siebie nieartykułowane dźwięki. Kamil na ten widok mocno się zdenerwował.
– Emil, kurwa, odjeb się wreszcie od mojej starej!
– Ale ja ją kocham! – Śmiał się jego kuzyn.
– Jeszcze jedno słowo i ci zajebię!
Emil wrócił z flagą w ręce. Otrzepał zwisający, już nieco ubrudzony materiał.
– Widzisz, kochanie… nikt nas nie rozumie. – Szepnął jej czule, jak Gollum do Jedynego Pierścienia.
Wtem, ni stąd, ni zowąd odezwał się Sperma:
– Mam pomysł! Bambusy!
Odwróciliśmy się do niego, nie mając pojęcia co może mieć na myśli.
– Bambusy! W dole! Patrzcie ile rośnie tam tego kurestwa, chodźcie poskaczemy w nie sobie z tą flagą!
Chwilę się zastanawialiśmy i w końcu uznaliśmy, że to rewelacyjny pomysł. Jedynie Patryk był do niego sceptycznie nastawiony, bredząc nam coś o szacunku do flagi i narodowej tożsamości. Nie wyśmialiśmy go, ani nie próbowaliśmy nalegać by skakał razem z nami, bo swoim pozornym patriotyzmem zepsułby nam jeszcze zabawę.
Reguły były proste – braliśmy rozpęd z górki, a potem skakaliśmy w głąb rosnących na stoku roślin, które amortyzowały nasze upadki. Wyborna zabawa, polecam gorąco.
Każdy dostawał do rąk flagę, która upoważniała do wykonania jednego skoku. Patryk stał z boku, przyglądając się nam to z zazdrością, to z niesmakiem.
– Patryk, chodź, zajebiesz sobie salto! – Krzyknął ktoś.
– Nie chcę, nie mogę! To obraza kraju!
– Ni chuj, ni dupa! Chodź, jest zajebiście! – Krzyczał Sperma.
Patryk długo zwlekał, bijąc się z myślami i próbując znaleźć kompromis między chęcią zabawy i wpasowania się w towarzystwo, a wpajanym mu od najmłodszych lat wsiowym, silnie autorytarnym konserwatyzmem. W końcu, gdy wszystkie bambusy były już do cna połamane, zdecydował się wykonać swój skok.
– Trzymaj Milenę. – Powiedział Emil z uśmiechem. Kamil spróbował wyjebać mu mukę, ale nie udało mu się, kuzyn zwinnie odskoczył na bok, piszcząc ze śmiechu.
Przywołałem ich obu do porządku, a Patryk wziął mały rozpęd i niczym Eddie z okładki singla Ironów, The Trooper, wybił się. Wylądował krzywo i zaplątał się w bambusy, śmiejąc do rozpuku. Spodobało mu się.
– Stać, bandyci!
Spojrzeliśmy w bok – z pobliskiej ścieżki biegł do nas jakiś Janusz w ciemnych okularach i koszuli wsuniętej w krótkie spodenki. Potem zobaczyliśmy, że miał również sandały ze skarpetkami.
W pierwszej chwili zerwaliśmy się do ucieczki, ale po chwili przypomnieliśmy sobie o Patryku. Zawróciliśmy i pomogliśmy mu wydostać się spomiędzy roślin. Poczerwieniały na mordzie wsiur podbiegł do nas i zaczął siłować się z leżącym Patrykiem, wciąż trzymającym w dłoniach flagę.
– Oddawaj to, kurwa! Gnoju jeden!
Zaczęliśmy krzyczeć na szaleńca, ale ten, gdy już wyrwał leżącemu flagę, zamachnął się nią w naszym kierunku.
– Wypierdalać, smarkacze! Tak traktować swoje dziedzictwo narodowe! Co, w domu też skaczecie sobie z krzyżem?!
– Tak. – Powiedział Emil. Wcale nie żartował, bo przy mnie i Kamilu wyrzucił kiedyś krzyżyk znad swoich drzwi przez okno.
Oponent, purpurowy na twarzy, pokręcił w niedowierzaniu sumiastym wąsem, po czym w końcu odszedł, chyba czując, że nic nie wskóra przeciwko naszej gromadzie. Ani jego pseudopatriotyczna gadka nie była pouczająca, ani tym bardziej zastraszająca. Była żałosna, jak każde inne nacjonalistyczne brednie jebanych zaściankowych niedouków. Wiedzieliśmy to my, i zapewne on też zdawał sobie sprawę, że nie robi na nas najmniejszego wrażenia.
– I żebym was tu więcej nie widział, chuligani! – Pogroził nam tylko tłustą łapą, próbując brzmieć jak alfa, chociaż dałbym wiarę, że głos mu się łamał, a w oczach zbierały łzy, gdy żegnaliśmy go najgorszymi wyzwiskami, jakie znaliśmy. Emil zerwał na koniec jeden z bambusów i rzucił nim w kierunku starego, trafiając go w nogę, poniżej kolana.
W Januszu chyba coś pękło, bo opętańczo zerwał się do biegu za naszą paczką, ale po kilku sekundach dał za wygraną – nie miał z nami szans. Nie z takim brzuszyskiem, nadciśnieniem i statusem groźnej bety pozorującej na kogoś, kim nie jest.
Flagi nigdy już nie zobaczyliśmy, jej nowego właściciela również, ale z tego drugiego akurat się cieszę. Patryk dosyć długo miał po tym wydarzeniu traumę i nie mógł sobie darować, że zbezcześcił flagę własnego kraju. Do niego jednego krzyki Janusza chyba dotarły, przypominając mu o wpajanych od najmłodszych lat „wartościach”. Niezła beka, bo wyszło, że bardziej przeżywał to, niż rozstanie z dziewczyną.
