Czas spędzony w gimnazjach, gdy jeszcze istniały, był okresem eksperymentów i buntu dla nastolatków – nie byłem wyjątkiem, choć nie można powiedzieć, że zachowywałem się tak ekstremalnie jak Emil, Młody lub Sperma.
Z reguły wiedziałem kiedy przestać, choć i tak często obrywało mi się dla zasady – jak choćby w podstawówce podczas afery z sukami. Nie można jednak zrobić jajecznicy, nie tłukąc wcześniej kilku jajek. Tak jak mój stary, który zbił kiedyś jajko, wyjmując je po pijaku z lodówki, a potem wpierdalał je z podłogi łyżeczką do herbaty. Robiłem więc niejednokrotne głupie rzeczy, których później żałowałem – jedne mniej, inne bardziej. Nastolatki żyją chwilą i mają kompletnie wyjebane. Pomyślałby kto, że w trzeciej klasie gimbazjum coś się zmieni, ale gdzie tam! Żaden z nas nie myślał nawet o egzaminie, wyborze szkoły średniej czy tym bardziej zupełnie odległymi sprawami jak osiemnastki, prawa jazdy czy niechciane ciąże. Nic nie zapowiadało, że nasze nazbyt luźne podejście do świata zmieni się w najbliższym czasie, więc po prostu korzystaliśmy z uroków życia, do jakich z pewnością należało wcześniejsze „zwalnianie” się z lekcji od czasu do czasu, zwłaszcza, gdy na dworze było ciepło, a ostatniej lekcji nie prowadziła akurat nasza wychowawczyni.
Tego dnia postanowiliśmy pójść na chwilę do parku znajdującego się po drugiej stronie ulicy, żeby przeczekać jedną nieszczęsną godzinę. Po dwóch latach trudno było wciąż tłumaczyć rodzicom, że nie było ostatniej lekcji i zostaliśmy zwolnieni nieco wcześniej. Nie mogliśmy też fałszować usprawiedliwień, bo rzadko kiedy ktoś zrywał się solo. Z reguły na wagsy szło jednocześnie parę osób, więc każdy nauczyciel, nawet najbardziej oderwany od rzeczywistości, połapałby się od razu, że coś tu nie halo.
Usiedliśmy na ławce w cieniu drzew, śmiejąc się z historyjki Spermy o motocyklistach, którzy ponoć oplątywali sobie szyje linkami holowniczymi, i jak mieli wypadek, to upierdala im łby, które później wystrzeliwały w przechodniów i samochody niczym z procy.
Nikt z nas nie usłyszał kroków nadchodzących policjantów. Pałkarze wyrośli nagle przed nami, gdy akurat mieliśmy się zbierać do domów. Gdybyśmy poszli najwyżej pięć minut wcześniej, pewnie nic by się nie stało, ale nie, tego dnia mieliśmy pecha.
– Panowie pójdą z nami. – Powiedział jeden z nich.
Poczułem nagły ucisk w żołądku.
Radiowóz, będący miejską półciężarówką, stał nieruchomo na parkingu naprzeciw naszej szkoły. Usłyszeliśmy dzwonek w momencie, gdy opróżnialiśmy kieszenie i wyjmowaliśmy z nich rzeczy osobiste. Gdy nie dalej niż parę minut później wchodziliśmy do środka, uczniowie zaczęli wylewać się jedną wielką falą z budynku – i rzecz jasna nie omieszkali obejrzeć przedstawienia z nami w roli głównej.
Młody, Patryk i Sperma zostali posadzeni na plastikowych siedzeniach z tyłu, ja i Kamil zaś trafiliśmy do przestrzeni ładunkowej, gdzie usiedliśmy na kole zapasowym jak jebane zwierzęta.
Chciałem po prostu zapaść się pod ziemię, ale najlepsze, co mogłem w tamtej chwili zrobić, to odwrócić głowę, licząc, że nie rozpozna mnie zbyt wiele osób.
Z początku gdy zawitaliśmy na komisariacie, dumni policjanci oznajmili kolegom, że złapali groźnych włamywaczy, którzy rzekomo okradli mały bar znajdujący się w centrum parku.
Jak się jednak okazało nieco później, włamanie miało miejsce poprzedniej nocy, a my w plecakach nie mieliśmy schowanych fantów – w tym telewizora, zmywarki i dekodera, będących w centrum uwagi. Dziwne – a przysiągłbym, że w plecaku Spermy zmieściłaby się zmywarka!
Przejebane typy, zamknęły nas w stalowej klatce oddzielającej ogólnodostępny korytarz i poczekalnię od zamkniętej części obiektu, przeznaczonej dla mundurowych i więźniów.
Potem wzywali nas kolejno na spytkę do pokoju obok, próbowali straszyć żebyśmy powiedzieli gdzie kurwa schowaliśmy zmywarkę i dekoder, bo jak nie, to dojadą i zgnoją naszą ekipę pełną szmat, a następne pozdrowienia wyślemy zza krat28.
Potem, gdy okazało się, że nic nie wiemy, oczywiście spisali nas za wagarowanie i zadzwonili do rodziców żeby odebrali nas z komisariatu. Cała ta procedura i oczekiwanie trwało grubo ponad godzinę. Czuliśmy się, jakbyśmy trafili do zoo albo cyrku, jak klauni zamknięci w klatce.
Na miejscu, spośród wszystkich rodziców jako pierwsza zjawiła się moja mama. Urwała się z pracy i przyjechała na miejsce, po drodze łamiąc chyba wszystkie możliwe przepisy, ale w końcu wyciągnęła mnie z klatki.
Wtedy nie wiedziałem, czy najgorsze mam już za sobą, czy to dopiero początek. Kiwnąłem niemrawo dłonią kolegom na pożegnanie i wyszedłem na wolność.
Wsiedliśmy do Matiza, który stał krzywo zaparkowany, zajmując dwa miejsca. Żarty o kobietach za kierownicą na bok, bo to był ewidentnie zły sygnał.
– Coś ty sobie myślał?! – Wybuchła mama. Mieliśmy do tej pory mniejsze lub większe kłótnie, ale takiej nie widziałem jej nigdy, ani wcześniej, ani na szczęście później. Cieszyłem się, że włożyła duże ciemne okulary, obawiając się napotkania jej piorunującego, wściekłego wzroku. Zresztą, co za różnica, i tak wpatrywałem się w swoje buty, bojąc podnieść wzrok, bo naprawdę Ewelina była w tamtym momencie dużo bardziej przerażająca, niż napruty denaturatem ojciec demolujący mieszkanie.
– Przepraszam, mamo… – Próbowałem okazać skruchę. Szczerze.
– Zapnij pas, i ani słowa więcej!
Wykonałem polecenie.
– Co wyście najlepszego zrobili? Może mi to wytłumaczysz?!
– Poszliśmy z ostatniej lekcji, nic więcej…
– Nic więcej? A nie pomyślałeś jak ja się poczułam, gdy zadzwonił do mnie policjant? Przez chwilę myślałam, że coś ci się stało!
– Przepraszam… – Wystękałem.
Resztę drogi milczeliśmy. Chciałem coś powiedzieć, jeszcze raz przeprosić, ale w chwili takiej jak ta, nie miałoby to najmniejszego sensu. Skończyłoby się na tym, że jeszcze bardziej rozjuszyłbym matkę, która i tak była biała jak kreda.
Wjechaliśmy na osiedle, Ewelina zaparkowała pod blokiem i odpinając pas powiedziała mi tylko lodowatym tonem:
– Zawiodłam się na tobie.
Te słowa zabolały bardziej niż jakikolwiek opierdol, możecie wierzyć mi na słowo.
Następnego dnia w szkole udało nam się poskładać wszystkie relacje do kupy. Niedługo po tym, jak Ewelina odebrała mnie z komisariatu, zjawił się rozwścieczony ojciec Patryka, który dosłownie wyszarpał syna z klatki i przy okazji zdzielił go w łeb, głośno przy tym przeklinając.
– Kurwa, bałem się, że i nam wpierdoli. – Zażartował Sperma, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. On i Młody, w przeciwieństwie do reszty, zachowywali pozory spokoju i luzu.
Patryk coś tam mu odburknął, ale widać było jak na dłoni, że jest w posępnym nastroju i dzień wcześniej na blasze w potylicę od starego ewidentnie się nie skończyło. Gdybym miał strzelać, powiedziałbym, że w ruch poszedł pas tudzież kabel od żelazka.
Oczywistym było, że Kamil podał numer do matki, która w przeciwieństwie do jej męża była bardzo spokojną osobą. Tego dnia była jednak rozwścieczona tak jak Ewelina, z którą po południu rozmawiała zresztą przez telefon przez dobrych kilka godzin. Nie doszło do rękoczynów, przynajmniej z jej strony, bo za jej męża poręczyć nie mogę, ale jeszcze na komisariacie uziemiła syna na miesiąc, chyba pierwszy raz w swoim życiu.
Spermę również odebrała matka, choć ani on sam, ani Młody, nie powiedzieli nic specjalnego na ten temat. Jeśli miał jakieś piekło w domu, to nie podzielił się z nami jakimikolwiek informacjami na ten temat.
– Po prostu, bez słowa wyszli i zostałem sam. – Stwierdził Młody.
– No a jak potem z tobą było? Masz jakąś karę albo coś? – Zapytałem.
– No, coś tam mam. Stara jest teraz na jakimś wyjeździe ze swoją klasą, więc odebrał mnie stary. Przyjechał kurwa po ośmiu czy iluś tam godzinach, jak już ciemno było. W robocie był. – Spojrzał na nas kolejno i kontynuował. – Policjanci kurwa przydzielili mi celę i myśleli, że zostanę z nimi na noc, to mi dali tekturową piżamę do spania.
Przez kolejny tydzień byliśmy wytykani palcami w szkole – wszyscy doskonale wiedzieli, że to my zostaliśmy wtedy aresztowani i wywiezieni w suce na komisariat. Cała akcja zaimponowała chyba tylko Szymiemu, który posunął się na tyle daleko, by stwierdzić, że szkoda, że go z nami nie było, bo raperzy z przeszłością w kryminale są bardziej szanowani na dzielni, a jebana policja zawsze będzie jebana.
Wychowawczyni nałożyła na nas grupową karę, polegającą na grabieniu liści po lekcjach, w towarzystwie woźnych. Zrobiliśmy to raz, z zaplanowanych dla nas dziesięciu – resztę pierdoliliśmy, bo w końcu wszyscy, łącznie z nią, zapomnieli o sprawie i wszystko wróciło do normy. Zanim jednak to nastąpiło, Prukwa zdążyła na najbliższym zebraniu rodziców opisać ze szczegółami „skandal” z naszym udziałem, ku przestrodze zgromadzonych. Zostalibyśmy jednogłośnie okrzyknięci bandytami i zbirami, gdyby nie interwencja mamy mojej i Kamila, które razem ujęły się za naszą grupką, i w końcu zostaliśmy uznani za niewinnych, ściągniętych z ulicy, oskarżonych o zbrodnię3. Byliśmy w złym miejscu, o złym czasie.
Chyba wtedy mamie zaczęła przechodzić złość. Za kieszonkowe kupiłem jej bukiet kwiatów i obiecałem, że taka sytuacja nigdy się już nie powtórzy. Obietnicy dotrzymałem, drugi raz nie musiała już się fatygować żeby zgarnąć moje cztery litery z jakiegokolwiek komisariatu.
[3] Slums Attack – 997
[28] Błękit Policyjnych Lamp – Policja was jebie
