Nadchodziły walentynki i jak ja, kurwa, zawsze ich nienawidziłem. Wszelkie serduszka, kwiatki i teatralnie wyidealizowany obraz miłości stworzony przez agencje reklamowe byleby tylko sprzedać jakieś bezwartościowe gówno, działały na mnie jak czerwona płachta na byka. Albo to, albo nie cierpiałem ich, ponieważ nigdy nie miałem z kim ich dzielić. Jedno z dwojga.
W szkole mieliśmy wystawianą na tą okazję specjalną urnę, do której uczniowie mogli wrzucać anonimowe liściki i pocztówki. Tradycja nie utrzymała się długo – gdy byliśmy w pierwszej klasie gimnazjum miała miejsce pierwsza taka zabawa, rok później ostatnia, ponieważ okazało się, że tylko jedna na może piętnaście osób dostaje jakiekolwiek poważniejsze liściki, a reszta albo nic, albo wulgarne groźby i wyzwiska.
Wtedy jednak nie byłem nastawiony aż tak skrajnie negatywnie do tego kapitalistycznego pseudo-święta, i razem paczką zastanawiałem się, jak by tu je wykorzystać, by wykręcić komuś jakiś numer, wiedząc, że równie dobra okazja może się już nie powtórzyć. Postanowiliśmy wkręcić więc jakoś Tymka i Michałka, którzy oprócz utrzymywania z nami wojennych stosunków, pałali do siebie wzajemną niechęcią, mówiąc delikatnie.
Geneza konfliktu nie jest mi znana, ale prawdopodobnie Tymek chciał w ten sposób stać się „fajny”, a co oczywiście nigdy się nie ziściło. Michałek zaś, chociaż będący stereotypową ofiarą losu, w tym przypadku nie do końca dawał za wygraną – nawet on nie mógł pogodzić się z zaczepkami ze strony równie wielkiego klasowego popychadła, więc bronił się przed jego atakami, a czasem sam dokonywał swoich. Zwykle przegadywali się, wyzywali, knuli przeciwko sobie spiski wszelakie i rozsiewali plotki jeden na drugiego.
Znając sytuację panującą miedzy tymi dwoma, wpadłem na pomysł żeby zrobić zrzutkę na dwie kolorowe pocztówki walentynkowe i umówić ich ze sobą w jednym miejscu i czasie. Pomysł przypadł do gustu paczce, ale pozostawało pytanie „co potem?”, bo przecież każdy dobry żart wymagał równie dobrej puenty.
– Może ich przekopiemy, po prostu? – Zasugerował Sperma.
– Nie, potem będziemy mieli przejebane. Pozostaniemy w ukryciu. – Odparował Młody.
– A jakby dać im jakiś prezent? – Wtrącił Kamil nieśmiało.
– Na przykład? – Zapytałem.
– Nie wiem, no… postawmy pudełko i jak je otworzą, to wybuchnie albo coś takiego.
– A niby jak chcesz kurwa zrobić, by wybuchało? – Zaczął powątpiewać Młody. Rzeczywiście, koncepcja była niewykonalna.
– A jakby po prostu wziąć to pudełko i tam nasrać? Proste. – Wpadł na pomysł Sperma. Proste i dosadne, to było to.
Jeszcze tego samego dnia kupiliśmy dwie pocztówki i wypełniliśmy je. Kaligrafią zajął się Patryk, który jako jedyny z nas potrafił zmienić nie do poznania swój charakter pisma, w dalszym ciągu pozostawiając go czytelnym.
Był naszym fałszerzem.
Drogi Tymku,
Od pierwszej chwili wejrzenia kocham cię. Miłość rozpiera moje serce i każdego dnia myślę tylko o tobie.
Proszę, spotkaj się ze mną…
Mniej więcej tak wyglądała gotowa walentynka. Miejscem spotkania miał być nawiedzony dom stojący za łąkami. Dosyć niecodzienne miejsce, ale tylko tam mogliśmy być pewni, że nikt nie przeszkodzi nam w misji i przy okazji nie spotkamy kogoś, kogo znamy, ryzykując nakrycie.
Podobną kartkę wyprodukowaliśmy również dla Michałka. Po namyśle, Sperma na wyrwanej z zeszytu stronie napisał coś jeszcze dla nauczycielki fizyki, pani Ani, ale nie zdradził nam już co.
Gdy korytarz był zupełnie opustoszały, podkradłem się do urny i wrzuciłem trzy wiadomości. Teraz nie było już odwrotu.
Walentynki wypadały tego roku w sobotę, więc liściki roznoszone były dzień wcześniej; lekcję języka polskiego przerwało nam pukanie do drzwi sali. Do środka weszło dwóch uczniów trzecich klas, ubranych na czerwono, z papierowymi serduszkami przyczepionymi do piersi.
– Dzień dobry, poczta walentynkowa. Możemy podzielić się miłością?
Klasa zaśmiała się. Nauczycielka też, po czym skinęła młodocianym listonoszom, którzy prawdopodobnie nie wiedzieli jeszcze, że w przyszłości taka posada będzie szczytem ich możliwości. Kolejno wyczytywali oni adresatów, którzy podnosili do góry ręce, i dostawali od nich przesyłki.
Jakież to klasę opanowało zdziwienie, gdy padło imię i nazwisko Tymka. Dziewczęta zaczęły klaskać i gwizdać, i uprzedzając pytania nie, nie miało to niczego wspólnego z rzeczywistą radością, one po prostu śmiały się Tymkowi w żywe oczy. Może i nasz żart był wredny, ale jest coś wyjątkowo obrzydliwego w otwartym, publicznym prześmiewaniu kogoś, kto odstaje od grupy. Wiem, bo przecież niejednokrotnie sam padałem ofiarą żartów o swoim starym.
Adresat spojrzał na kartkę i szybko ją schował. Jego twarz nie zdradzała emocji, choć na policzkach wykwitł mu spory rumieniec.
Niedługo potem swoją walentynkę otrzymał Michałek. Tutaj reakcja otoczenia ograniczyła się raczej do męskiego grona.
– Haha, Michałek ma chłopaka!
– Będzie kuting!
– Michałek, nie daj dupy na pierwszej randce!
Nauczycielka przywołała klasę do spokoju, a Michałek ukrył twarz w dłoniach.
Gdy już mieliśmy świętować połowiczny sukces, jeden z listonoszy chwycił pęk około piętnastu walentynek i podał je jednej z dziewcząt – Karolinie.
Wiedzcie, że nie była to piękność – nawet, jeśli kiedyś Młody uważał inaczej. Nie wspominając już o egocentryzmie i dwulicowości, które skreślały ją z listy osób, z którymi chciało się rozmawiać o czymś więcej niż kartkówce następnego dnia.
Karolina rozpromieniła się od razu i ujęła wszystkie kartki.
– No to chyba mamy właśnie królową walentynek. – Zażartował listonosz.
Dziewczyna przytuliła się do siedzącej w ławce koleżanki i obie zaczęły cieszyć się jak opętane.
Paulina tego dnia też dostała kartkę od tajemniczego adoratora, w której pisało mniej więcej tyle, że ma włosy jak rzodkiewki umaczane w miodzie, a paznokcie u nóg jak wiosła canoe18, i w ogóle jest z niej świetna wojowniczka i ma najlepszego prawego podbródkowego w szkole, chociaż taka z niej kruszynka. Z włosami i paznokciami oczywiście jaja sobie robię, bo jak tu nie prześmiać takiej zdegenerowanej lirycznej aberracji, ale z wychwalaniem jej umiejętności walki mówię śmiertelnie poważnie.
W międzyczasie Tymek i Michałek w samotności kontemplowali swoje walentynki, zastanawiając się, kim mogą być ich wielbicielki. Karolina z kolei chwaliła się swoimi kartkami wszystkim, którzy zgromadzili się wokół jej ławki, czyli prawie wszystkim dziewczynom z klasy, a wkrótce nawet kilku chłopakom.
– Stary, nie wierzę, że ta pizda dostała tyle walentynek. – Powiedział mi Kamil.
– Tia… przecież to zwykła decha.
– To, to nie wszystko. Przecież każdy wie, jaka jest zjebana. Tylko te jej psiapsiółki tak wokół niej skaczą.
– A pamiętasz, co się działo w podstawówce z Młodym? – Zapytałem. Młody przez całe sześć lat starał się „chodzić” z Karoliną, ale bezskutecznie. W końcu wygarnął jej to i owo, po czym ich znajomość burzliwie się zakończyła. No ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, bo w gimnazjum trafili i tak do tej samej klasy.
Z ciekawości podeszliśmy do ławki, przy której „królowa” czytała na głos miłosne wierszyki skierowane do jej osoby. Teatralnym gestem przytuliła jedną z kartek do piersi.
– A wy co, chcecie posłuchać? Bo chyba nie dostaliście walentynek w tym roku, co? Jaka szkoda… – Zaczęła. Niezbyt przejąłem się jej zaczepkami; dobrze wiedziałem, że takie osoby trzeba ignorować. Kamil jednak zacisnął wargi i przymrużył oczy.
– A tak przyszliśmy, pocieszyć się razem z tobą. – Powiedział w końcu. Nikt poza mną nie odnotował, że pod maską obojętności jest wściekły.
Karolina zaczęła czytać. Inne dziewczęta łapały się za serca i „ochały”, gdy padały pojęcia „kocham”, „miłość” czy „na zawsze”. Żałosny teatrzyk obłudy i narcyzmu.
Kamil podszedł bliżej ławki, gdzie leżało już kilka przeczytanych walentynek. Gdy Karolina nie patrzała, podniósł jedną z nich i obejrzał. Jedna z koleżanek po chwili wyrwała mu kartkę z rąk, jak gdyby zbezcześcił ją swoim parszywym dotykiem.
Kamil się nie zraził. Po chwili kąciki jego ust nieco się podniosły. Otworzył zeszyt dziewczyny siedzącej w ławce z Karoliną – Iwony. Ponownie wziął walentynkę.
– Karolina, jak tam twoja tajemnicza wielbicielka? – Zapytał chłodno.
Na dźwięk tych słów, Karolina przerwała recytację i spojrzała na niego wrogo. Kilku chłopaków podeszło bliżej, wyraźnie zainteresowanych.
– No jak tam twoja wielbicielka? A może sama napisałaś te durne wierszyki?
Rozmówczyni wyrwała się z ławki.
– Jak śmiesz?! Oddawaj to, to moje!
– Dobra już, dobra. Oddaję. Iwona, gdzie jesteś?
Iwona doskoczyła do niego.
– Czego chcesz, Kamil?
Chłopak wziął z ławki wszystkie walentynki i podał je Iwonie.
– To chyba należy do ciebie.
Potem odwrócił się do Karoliny:
– Uszy do góry, za rok może dostaniesz prawdziwą walentynkę!
Odszedł, żegnany brawami chłopców i wygwizdywaniem dziewcząt. Jeśli do tej pory pałała do niego wyraźną antypatią, tego dnia, ni mniej ni więcej, szczerze go znienawidziła.
Kamil został bohaterem dnia. Jeszcze po lekcjach, biegnąc do nawiedzonego domu, gratulowaliśmy mu rozprawienia się z Karoliną. Było to mistrzowskie zagranie.
Do nadejścia Michałka i Tymka mieliśmy około godziny. Znaleźliśmy miejsce za małą górką od strony łąk, gdzie postanowiliśmy obserwować nasze ofiary. Sperma wyjął z plecaka stare prześcieradło, którym mieliśmy się przykryć, tekturowe pudełko oraz wycięte z czerwonego papieru serce.
W saloniku nawiedzonego domu rozpoczęliśmy przygotowania – znaleźliśmy drewnianą skrzynkę i parę opon, które posłużyły nam za stolik, a potem Młody poszedł do sąsiedniego pomieszczenia żeby wypróżnić się do pudełka.
– Ja pierdolę, nadchodzi! – Krzyczał, zanosząc się złowrogim chichotem zza ściany. Nikt z nas nie miał najmniejszej ochoty wychylić się za winkiel żeby przekonać się na własne oczy, że nie kłamał. Nie musieliśmy, bo po paru minutach sam wrócił, załatwiwszy potrzebę.
– Sperma, teraz ty. Takiego batona dawno nie jebnąłem. Ale jest okazja.
Sperma poszedł do pokoju i usłyszeliśmy jego charakterystyczny koński śmiech.
– Ale kurwa miałeś mi zostawić trochę miejsca!
– Sraj, nie pierdol!
– Kurwa chwila, muszę się skupić!
Czekaliśmy minutę, drugą.
– Sperma, szybciej! Zaraz tu przyjdą pedały!
– No mówię, chwila! Już prawie!
Usłyszeliśmy głośne, mokre pierdnięcie. Kamil wybuchnął śmiechem. Zaraz potem nastąpił kolejny „wybuch”. Żaden z nas nie stał już spokojnie.
– Sperma pruje dupę! – Krzyknął ktoś, gdy kolejne mokre pierdnięcie i odgłosy wodnistej brei pod ciśnieniem bębniącej w dno tekturowego pudełka i zapewne drugie gówno zabrzmiały w całym nawiedzonym domu.
Płakaliśmy, no kurwa bez wyjątku płakaliśmy.
Zamkniętą paczkę przyozdobioną serduszkiem położyliśmy w salonie. Kamil zaproponował, by dopisać na nim „otwórzmy to razem” – na wypadek, gdyby jedna z naszych ofiar zjawiła się wcześniej od drugiej.
Wybiła chwila prawdy. Leżeliśmy wszyscy w śniegu, przykryci prześcieradłem Spermy, oglądając wnętrze nawiedzonego domu przez częściowo wyburzoną ścianę i dziurę będącą niegdyś oknem.
Usłyszeliśmy skrzypienie śniegu dochodzące z drugiej strony domu, a po chwili również głosy.
– Kurwa, nie udało się. – Powiedział Kamil.
Tymek i Michałek spotkali się po drodze i głośno wymieniali swoje uwagi dotyczące drugiej osoby.
– Wiem, że to ty, pedale! – Zawołał Tymek.
– Nie, to ty! I jak się nie zamkniesz, to ci przywalę!
– Nie masz jaj żeby to zrobić!
– A ty też nie masz jaj!
Chłopcy weszli do budynku, zgodnie z instrukcjami podanymi w naszych walentynkach. Może jeszcze, chociaż częściowo, łudzili się, że to nie jest żart, ale nawet jeśli nie, to przynajmniej robili to, czego od nich oczekiwaliśmy.
Michałek zobaczył pudełko.
– Patrzcie, kurwa, patrzcie! Zaraz je otworzy! – Rozentuzjazmował się Kamil, szczebiocząc jak małe dziecko.
Tymek podszedł bliżej. Oboje czytali napis na serduszku. Po chwili Michałek podniósł pokrywkę.
Krzyk obrzydzenia. Tymek ze złości przewrócił skrzynkę z pudełkiem.
Ofiary głośno się kłócąc odeszły w stronę domów, dalej wymieniając argumentum ad hominem.
Po kilku minutach czekania postanowiliśmy wrócić do nawiedzonego domu. Żart nie do końca się udał – spodziewaliśmy się chyba efektowniejszych reakcji, najlepiej uwzględniającej rzyganie jeden na drugiego po zaciągnięciu się odorem świeżych gówien.
Sperma wziął do ręki pudełko – teraz nieco przemoknięte od dołu, bowiem jego sraka była, no cóż, sraką, i podpalił je. Tektura tliła się i przygasała co chwila, więc po kolejnych kilku minutach i nieudanych próbach, Młody rzucił nim po prostu o ścianę, pozostawiając na niej brązową smugę.
[18] Żurom – Dla Kasi
