Bierzmowanie

Bierzmowanie jest jedną z największych fars i szopek, jakie większość osób w Polsce przeżywa. To sztuczny twór, który istnieje tylko po to, by wyciągnąć od głupiego narodu więcej pęgi, oraz po to, by siłowo jeszcze bardziej związać z Kościołem młodych. To świetnie przemyślany plan indoktrynacji, który działa bez przerwy od pokoleń, łapiąc w sidła kolejne generacje podatnych na sugestie, konformistycznych umysłów.

Wszystko zaczyna się wraz z chrztem – oczywiście dziecko nie ma wyboru, musi mu się poddać, bo rodzice albo czują się do tego zobligowani, ulegając presji społecznej, co mówię z doświadczenia, albo rzeczywiście wierzą w popierdoleństwa takie jak ten słynny grzech pierworodny.

Chociaż tyle, że katole nie ucinają niemowlakom napletków jak Żydzi. Słowo daję, szacun dla Islandii za zbanowanie tego okaleczania niewinnych w imię bajeczek z epoki brązu. Ale Żydzi jak to Żydzi, będą płakać, że zła Islandia się nad nimi znęca i odbiera wolność religijną. Profesjonalne ofiary, niezmiennie od 1939, zwłaszcza teraz, gdy Izrael prowadzi czystkę etniczną Palestyńczyków i wbrew wszystkim międzynarodowym prawom poszerza swoje granice, ale chuj tam, bo Żydzi ofiary, trzeba płakać nad nimi.

Wróćmy jednak do głównego tematu, czyli maszyny, której częścią ochrzczone dziecko się staje. Mija kilka lat, rozpoczyna się jego indoktrynacja w szkole, później następuje wiek komunijny. Zauważmy, że dziecko jest wciąż zdecydowanie zbyt młode, by podejmować jakiegokolwiek decyzje dotyczące swojego życia, dlatego nawet nie kwestionuje swojego uczestnictwa w całej tej szopce. Na pewno ani ja, ani Iza nie zadawaliśmy żadnych pytań, po prostu razem z innymi dzieciakami słuchaliśmy dorosłych. Chociaż w moim przypadku nie obyło się bez kilku… incydentów, które zdążyłem już zresztą opisać.

Młodzi zaliczają komunię, nie poświęcając jej nawet chwili myślenia, ale podświadomie oswajając się z religią i kościołem. To tak, jak darmowa pierwsza działka od dilera, a potem to już leci z górki.

Później następuje bierzmowanie – wpół drogi między komuniami, a umownym wkroczeniem w pełnoprawną dorosłość idącej często w parze z małżeństwem i ciążami. No i właśnie małżeństwa są dominującym argumentem stosowanym przez rodziców i nauczycieli, przymuszającym do poddania się bierzmowaniu. „Nie pogrywaj sobie, bo jak będziesz się chciał żenić, to będziesz miał kłopot”.

Tym też sposobem wszyscy z naszej klasy zostali zapisani na bierzmowanie. Tak, łącznie ze mną, jakimś cudem. Iza też miała dwa lata później przejść swoje, chociaż nie wiem, jaki argument ją do tego przekonał, bo małżeństwo z góry odpadało.

– Hehe, no i co, jakie imiona będziecie brać? – Zapytał zaciekawiony Emil, wysłuchując naszych wywodów.

Był to początek – dopiero co dowiedzieliśmy się, czym jest bierzmowanie, czym się to je, i że oczywiście czeka na nas miejsce przy stole, bo jakżeby inaczej?

– Maksymilian. – Rzuciłem. Było to jedno z imion, jakie z jakiegoś powodu lubiłem, zawsze mi się podobało, ale gdyby ktoś mnie zapytał dlaczego, nie potrafiłbym odpowiedzieć.

Wybór imienia był oczywiście formą produkowania zgody, żeby chociaż dwoma słowami przytoczyć Chomsky’ego. Nie tylko godziliśmy się na bierzmowanie, ale chcieliśmy go. Chcieliśmy wybrać nowe imię, takie, które do nas pasuje.

– Aleksander. – Dodał z powagą Kamil. Wyśmialiśmy razem jego ton.

– Szymon. – Odparł w końcu Młody.

– Joł, ale Szymon najlepszy, kurwa, c’nie? – Podjarał się Szymi. – Ja wziąłem Ryszard. Jak Peja!

– Ja nie wiem… – Podsumował rozmowę Sperma.

– Ej, a słyszeliście o tym, kurwa, no, świętym Maksymilianie w Ałszwic, nie? – Zapytał Emil. – Ostatnio babka na religii mówiła, że go utopili w beczce z gównami. Kurwa, nie chciałbym tak umrzeć. Wpaść po uszy w gówno!

Wybuchliśmy śmiechem.

– A ciekawe, co zrobi Sperma. Jak podejdziesz do tego kurwa tronu czy ołtarza, to co powiesz? „Ja nie wiem”?

Kolejny udany żart.

– Albo Kamil, kurwa. – Emil zaciągnął się papierosowym dymem i kontynuował. – Ty to już w ogóle. Będziesz od dzisiaj Ola. Kamil Aleksandra.

– Zobaczymy, co ty za dwa lata wymyślisz… – Próbował odszczekać się kuzyn.

– No jak to co? Adolf albo Hans. Po dziadku i wujku! Haj hitla!

W kolejnych tygodniach okazało się, że wszyscy uczniowie przystępujący do bierzmowania, czyli prawdopodobnie sto procent trzecich klas, mieli uczęszczać w regularnych spotkaniach dwa razy w tygodniu, na których obecność będzie sprawdzana, a każdy miesiąc będzie kończył się spotkaniami z rodzicami!

I tym sposobem nikt już nie przejmował się nadchodzącym powoli egzaminem gimnazjalnym, czy tym bardziej wyborem szkoły średniej – teraz liczyły się tylko karteczki z pieczątkami potwierdzającymi obecność, i wywiadówki w kościele.

Tutaj, tradycyjnie, Patryk stanął na wysokości zadania ze swoimi fałszerskimi zdolnościami – choć co ciekawe, sam nie wykorzystywał owoców własnej pracy. Pod wpływem rodziców uczęszczał na wszystkie spotkania, jak „porządna” część naszych kolegów i koleżanek.

Cała nasza reszta miała za to kompletnie wyjebane, i jeśli w ogóle, to pokazywaliśmy się przy księdzu tylko po to, by kojarzył nas z widzenia.

Zebrania rodziców odbywały się raz w miesiącu i właściwie niczym szczególnym nie różniły się od standardowych spotkań bez nich. No, może nie były tak chaotyczne i głośne jak zazwyczaj, bo gdy w pobliżu były matki i ojcowie, wszyscy starali się zachowywać odpowiednio, grzecznie. Przynajmniej przez większość czasu.

– Myślę, że na dzisiaj wystarczy już tych przemówień. Gorąco zapraszam rodziców i dzieci do pozostania na mszy, która odbędzie się za kilkanaście minut. – Ryknęły głośniki podłączone do mikrofonu księdza Rafała, naszego „nauczyciela” religii w trzeciej klasie, i jednocześnie osoby prowadzącej tegoroczne bierzmowanie. Znaczyło to mniej więcej tyle, co „macie zostać na mszy, jeśli chcecie być bierzmowani, skurwysyny”.

Kilku rodziców pożegnało się z dziećmi i wyszło. Milena i Ewelina, siedzące standardowo koło siebie, pilnując żebym nie rozrabiał z Kamilem, jak to mieliśmy w zwyczaju, zamieniły kilka słów i wstały.

– Miłej zabawy. Pa! – Powiedziała ironicznie mama, po czym ucałowała mnie w policzek i szybkim krokiem wyszła z przyjaciółką z kościoła.

Wymieniłem z Kamilem szybkie spojrzenia.

– Wyruchani przez własne matki. – Szepnął.

Z początku byliśmy na nie trochę źli, ale po kilku minutach doszliśmy do wniosku, że ich nieobecność działa na naszą korzyść. Mogliśmy ewakuować się z kościoła, gdy tylko zaczną zbierać się uczestnicy mszy – w większości stetryczali i niedołężni katole, którzy nie mieli nic lepszego do roboty, niż łazić po kościołach i cmentarzach, bo jakichkolwiek innych hobby nie mieli.

– Dobra, to zrobimy tak. Ustąpimy miejsca jakimś babom i potem będziemy się cofać w tłumie. Bez przypału. – Powiedziałem Kamilowi.

– Dobra, a drzwi?

– Co z nimi?

– No co z nimi? Myślisz, że ktoś będzie tam stał?

– Nie obchodzi mnie to. Nie będę tu przecież siedział godzinę…

– Tia, może gdybyśmy mieli dzieci. Dalibyśmy im buziaki i wyszli jak nasze stare.

– Punkt dla nich za pomysłowość.

Udało nam się wyjść po zaledwie kilku minutach od rozpoczęcia mszy, żegnani pogardliwymi, wściekłymi spojrzeniami ze strony starych dewot, i męczeńskimi wyrazami twarzy naszych kolegów, zmuszonych pozostać na miejscach jeszcze grubo ponad godzinę.

Od tego dnia ewakuowaliśmy się zawsze podczas zebrań z rodzicami. A zebrało się ich trochę od jesieni do późnej wiosny. Kamil od czasu do czasu zostawał i nudził się z innymi, tłumacząc się, że wrócą razem, ale jeśli o mnie chodzi, to jakoś nigdy nie miałem skrupułów. Co, miałem tracić młode lata na robieniu czegoś, co mnie nie interesowało? Na udawanie, że jestem trybikiem maszyny, którą wzgardzam? Że wierzę w coś, w co nie wierzę? A takiego, kurwa!

Ideologicznie może i postawiłem wtedy na swoim, i jestem dumny z tego, że nie nagiąłem się do niczyjej woli. Praktycznie jednak walczyłem z prawem i prawo wygrało47, bo wszystkie te „wagary” doprowadziły nas w końcu do problemów. Podczas jednego z końcowych zebrań ksiądz wyczytał nazwiska moje, Kamila, Spermy, Młodego i kilku innych chłopców z równoległych klas. Było nas łącznie około piętnastu, może mniej, może więcej, w tym oczywiście zero dziewcząt. Poprosił, byśmy razem z rodzicami zostali na kilka minut dłużej.

Tak oto zostaliśmy okrzyknięci „czarną listą”, której chcąc nie chcąc członkowie mieli nie zostać dopuszczeni do bierzmowania. Finalnie ingerencja ze strony rodziców i nauczycieli załagodziła sytuację i zostaliśmy dopuszczeni do „egzaminu”, ale w innym od pozostałych osób terminie, bo Watykan musiał pokazać, kto tu jest kurwa panem.

Zjawiliśmy się na miejscu, czyli pod kościołem, późnym popołudniem. Cała „czarna lista” miała dobre humory, bo na dobrą sprawę nikt z nas nie przejmował się całym bierzmowaniem. Spośród naszej grupy brakowało Spermy, który tradycyjnie się spóźniał, i kilku innych odszczepieńców.

Okazało się, że ksiądz Rafał wzywa do siebie na rozmowę kilkuosobowe grupy – tak na początek. Kilku chłopców miało już ją za sobą i straszyło pozostałych tym, jak trudne i podchwytliwe są pytania.

Oczywiście ustaliliśmy, że idziemy na rozmowę paczką, jeśli tylko Sperma dotrze na miejsce o czasie. W tym momencie, zaginiony w akcji przyjaciel wszedł do zakrystii, ubrany w krótkie spodenki, koszulkę i sandały ze skarpetkami.

– No siema, na działce ze starym byłem.

Wszyscy zgromadzeni ryknęli śmiechem, widząc ubranie Spermy. Kilku chłopców nieprzyzwyczajonych do inb z naszym udziałem, popłakało się aż.

– O kurwa, Sperma, teraz to żeś dopierdolił! – Krzyczał Młody, luzując sobie krawat pod szyją. Uznałem, że to dobry pomysł i zrobiłem to samo, czując, że ze śmiechu zaczynam się wręcz dusić.

Drzwi do gabinetu księdza Rafały otworzyły się z hukiem.

– Co tu się dzieje?! – Warknął, ale nikt nie zwrócił na niego najmniejsze uwagi. Ksiądz zatrzymał wzrok na stojącym Spermie. – Patryk. Wybierasz się może na działkę?

– A nie, prze księdza. Wróciłem właśnie.

– Zachowujcie się, chłopcy. Trochę szacunku dla grupy, z którą właśnie staram się rozmawiać.

Kilka osób przeprosiło, inni przestali się śmiać (głośno). Usiedliśmy na jednej z drewnianych ław i czekaliśmy na swoją kolej. Sperma bezwstydnie puścił bąka.

– Dlaczego chcecie być bierzmowani? – Ksiądz Rafał siedział za biurkiem, podczas gdy my, czyli Sperma, Młody, ja i Kamil, kierowaliśmy się w stronę stojących przed nami krzeseł, które wskazał nam ręką.

– Bo… bo kapa tak nie mieć bierzmowania. – Wydusił z siebie Sperma, wzbudzając w nas śmiech.

– Bo kapa… Może powiecie coś więcej?

Cisza.

– A więc nie ma powodu, dla którego mielibyście podejść do sakramentu bierzmowania, tak? Mogę was skreślić, z czystym sumieniem?

Poczułem, że w tej sytuacji tylko ja mogę coś zrobić. Młody był zbyt impulsywny i buntowniczy, Kamil miał chyba jeden ze swoich ataków nieśmiałości jak moja siostra, a Sperma… on już swoje powiedział, całe jedno zdanie, i o jedno za dużo.

– Proszę księdza… Patryk chyba chciał powiedzieć, że szkoda byłoby zaprzepaścić okazję do zgłębienia życiorysów naszych patronów, a tym samym samych siebie… Jakby nie patrzeć, byłaby to wielka strata… kapa.

Młody odwrócił się w moją stronę, wytrzeszczając ze zdziwienia oczy. Wzruszyłem ramionami, uśmiechając się niepewnie.

– A potrzeba wiary? – Zapytał ksiądz.

– No… ekhm… też, oczywiście… – Kłamałem jak z nut. – To… strawa dla ducha, co nie? Bardzo ważny sakrament w życiu każdego.

Koledzy skinęli.

– Dobrze. Ale co z wami, chłopcy? Kamil, dwóch Patryków? Powiedzcie mi coś od siebie, proszę.

– No ale co? – Zapytał Młody.

– Dlaczego chcecie podejść do bierzmowania? Rozumiem, że trzymacie się razem, jako grupa, ale czy to uczciwe, żeby jedna osoba tyrała za cztery?

– No nie, ale proszę księdza, my jesteśmy tacy nieśmiali… to wielki stres. – Pałeczkę przejął teraz Młody. – Przyszliśmy tu, nie wiedząc, czy w ogóle będziemy bierzmowani. Strach pomyśleć, co powiedzieliby rodzice…

– No… – Dodał cicho Kamil.

Ksiądz Rafał podparł dłonią twarz.

– A ty Patryk, jak sądzisz? – Skierował pytanie do Spermy.

– No… też.

Jakimś cudem zdaliśmy – z naszej paczki wszyscy (tak, nawet Sperma). Udało mi się uratować sytuację i potem, już podczas indywidualnych rozmów z pytaniami dotyczącymi patronów i innych gówien, zostałem wytypowany jako pierwszy do odpowiedzi, żeby zmiękczyć księdza Rafała i pokazać reszcie co i w jakiej formie powinni mu mówić, by mu się przypodobać.

Chyba w przypadku naszej paczki powodzenie egzaminu było wprost proporcjonalne do poziomu religijności. Z drugiej strony, pytania nie były ani podchwytliwe, ani trudne, wbrew temu, czym straszyły nas Sebki – wystarczyło nieco zastanowić się nad nimi i odpowiedzieć przy użyciu języka bardziej kwiecistego od „no, bo, kapa”.

I tak właśnie moi mili, zdaje się poprawkowo bierzmowanie.


[47] The Crickets / The Clash – I Fought the Law

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close