Damian, jak już kiedyś wspomniałem, był przedstawicielem klasy bananowej, czyli nigdy nie zaznał smaku ulicznego życia czy choćby upokorzenia, które ja znałem aż nadto i rzygać mi się od nich chciało. W liceum nie wydarzyło się zbyt wiele inb z jego udziałem, bo był raczej żałosny niż śmieszny i naprawdę mocno chciał wkupić się w towarzystwo, a jak nie wkupić, to nagiąć innych do swojej woli, na przykład mówiąc chujowy żart rodem z Kwejka, śmiejąc się przy tym do rozpuku, patrząc jednocześnie w oczy ofiary i czekając, aż ta w końcu też zacznie się śmiać. Też się czasem śmiałem z przymusu, bo robiło się w chuj niezręcznie przez tego idiotę i chciałem po prostu żeby dał mi wreszcie święty spokój.
Dami jednak, mimo swojej natury i statusu ekonomicznego, nie był kompletnie odporny na pewne porażki i problemy, dotykające każdego jak leci, nie dyskryminując nikogo.
Trzy razy w ciągu naszego pobytu w szkole średniej, karma dała więc o sobie znać i upomniała się o Damiego. I dobrze.
Pierwszy raz wydarzył się niedługo po imprezie pseudointegracyjnej na początku pierwszej klasy, którą opisałem dawno temu. Drugiej tak głośnej nikt (chyba) nie zorganizował, ale mniejsze domówki nie były rzadkością, i okazało się, że na jednej takiej jakiś Sebek przeleciał Agnieszkę. Może po prostu tkwi we mnie jakaś zakorzeniona zawiść wobec osoby Damiego, ale wydaje mi się, że bardziej od samej zdrady bardziej zabolało go to, że pierwszy raz w życiu pieniądze starych nie mogły mu pomóc. Nie wiedząc jak się zachować, bo nikt nigdy do tej pory nie wbił mu noża w plecy, przeleciał podobno siostrę tego Sebka – czy była to ta szara myszka, z którą gawędziłem chwilę na imprezie w jego domu, nie wiem. Może tak, może nie, dziwne bywają koleje losu.
Potem, po fakcie, rozpowiadał o wszystkim w szkole, śmiejąc się jaki to on kurwa nie jest, c’nie? Chwalił się, jak to jej nie brał i za każdym razem podkreślał głośno i wyraźnie, że to siostra ziomka, czemu zawsze przyklaskiwał mu Terka, który również chodził do naszej klasy, i którego jedyną cechą charakteru było to, że chciał robić za jego hype mana. Był dla niego takim Flavour Flavem, tylko bez zegara ściennego zawieszonego na szyi; w sensie jak Dami coś mówił, to Terka rzucał na dokładkę czymś w stylu „yeah, boy” albo „jechame z tym koksem”. Jeśli myślicie, że Szymi przeszedł przez silny etap ciśnięcia się do dupy kartelowi Krzysia Szufli i chłonięcia każdego jednego jego wzorca, to nie widzieliście Terki płaszczącego się przed swoim półbogiem, Damim.
Chwalenie się zdradą skończyło się w momencie, gdy brat przeruchanej dziewczyny wraz z kilkoma ziomkami dopadli Damiego, gdy wracał skądś do domu i mu napierdolili tak, że ten na tydzień trafił do szpitala. Wtedy się uspokoił i gdy ktoś pytał się go co mu się stało, to odpowiadał tylko zdawkowo „spierdalaj, bo ci zajebę” i tym podobne, ale to i tak tylko do tych, którzy byli wyraźnie słabsi od niego i niżej ustawieni w szkolnej hierarchii.
Prawdę udało nam się wyciągnąć od Terki, który cierpiał z powodu, nazwijmy go, kryzysu wiary, widząc, jak jego idol dostał brutalny oklep i tym samym podupadł jego dotychczasowy nieskalany autorytet. Po nie więcej niż tygodniu, nie znalazłszy nowego pana, wrócił do robienia za hype mana Damiego, okraszając jego kwejkowe żarty barwnymi i inteligentnymi aforyzmami. Nie no, tak poważnie to robił za jego cwela.
Drugi raz karma uderzyła Damiego po jakiejś ważnej klasówce, od której zależało jego być albo nie być z polskiego. Nie było okazji żebym wspomniał, że Damian był beznadziejny z tego przedmiotu, a nasza nauczycielka, jak wiecie, nie przepadała za głupotą i cwaniactwem. Myślicie, że nauczył się czegokolwiek po fiasku z naszą próbną próbną maturą? A chuja tam, dalej ściągał bez minimum pomyślunku, co w końcu wydało się, gdy oddał klasówkę, której odpowiedzi pokrywały się z odpowiedziami trzech innych osób, które zresztą również jak skończone debile ściągały bez umiaru, jak jebane lemingi przepisując te same odpowiedzi w pytaniach otwartych. No naprawdę, kurwa, no jakim durniem trzeba być, by nawet ściąganie sprawiało im trudności?
Baryła miała serdecznie dość dalszego tolerowania takich patologii. Zrobiła naszej klasie kolejną głośną pogadankę i wezwała czwórkę idiotów do tablicy, dając im szansę udowodnienia swojej niewinności w taki sam sposób, w jaki zrobiła to podczas afery z Krzysiem. Trzech oszustów w końcu uległo i przyznało się, że ściągało, nawet nie odpowiadając na jedno pytanie zadane im przez nauczycielkę – i prawilnie, bo jak się coś zrobi, to trzeba stawić czoła konsekwencjom. Dami jednak szedł w zaparte i kłamał z nut, że to nie on, on nie ściągał, on jest przecież dobry, bo pochodzi z dobrego domu, a jego ojciec, bardzo szanowany człowiek sukcesu zresztą, wpoił mu, by być uczciwym.
Serio, aż żal dupę ściskał, słysząc jego brednie. Ktoś z klasy krzyknął mu żeby się wreszcie przyznał, a nie upokarzał się jeszcze bardziej. Dami poczerwieniał, coś tam burknął, mruknął, tupnął, ale Baryła westchnęła tylko i powiedziała im z nieukrywanym smutkiem:
– Nie puszczam was na semestr.
Trzech Sebków spuściło z pokorą i smutkiem głowy, a Dami się, kurwa, popłakał. Myślałem, że niżej już upaść tego dnia nie może, ale zaręczam wam, to był dopiero żałosny widok. To upokorzenie, ta gorycz, ta bezradność, które kosztowały go wtedy skrupulatnie budowany od dwóch i pół roku wizerunek klasowego samca alfa. Uśmiechnąłem się na jego widok w duchu i chyba w rzeczywistości również, tak delikatnie jak Mona Lisa, albo figlarnie jak Papież Polak w przedszkolu, czując, że ten jeden raz sprawiedliwości stało się zadość.
Sprawiedliwości, jak się jednak okazało, zadość się nie stało, a moja radość była nazbyt pochopna. Dami koniec końców dostał dwójkę na koniec semestru, jako jedyny z czwórki zagrożonych i w przeciwieństwie do trzech kolegów nie musiał zdawać u Baryły jakiegoś egzaminu poprawkowego czy przechodzić pytania – nie pytajcie jak to wyglądało, ponieważ naprawdę nie wiem.
Coś tu wyraźnie śmierdziało. Z początku myśleliśmy, że Dami poprosił starego żeby wspomógł finansowo szkołę albo coś w ten deseń, ale względnie szybko wyszło na jaw, że wziął Baryłę na litość. Poszedł do niej po lekcjach i rzewnie płakał, opowiadając jak to ma ciężko w domu, że telewizor w jego pokoju ma tylko trzydzieści cali i rodzice nie mogą pozwolić sobie nawet na zakup porządnego komputera, więc musi grać w gierki na biedackim Xboksie, który był takim gównem, że poza nim chyba tylko Sperma odważyłby się tknąć takiego fekala. Na koniec tego teatrzyku zwalił jeszcze winę na pozostałą trójkę, zarzekając się, że to oni ściągali od niego, a nie odwrotnie.
Jakimś cudem Baryła go przepuściła. Niepodobne do niej, bo zawsze potrafiła przejrzeć łgarzy na kilometr, nie dając im jakiejkolwiek taryfy ulgowej. Miała nosa do uczniów, wiedziała kto jest ulepiony z jakiej gliny, więc wątpię, by mu uwierzyła; być może puściła go z czystej ludzkiej litości?
Odpowiedzi na to pytanie nie poznam nigdy, ale bez względu na to, co motywowało jej decyzję, Dami zdał bez poprawki, co niezmiernie go ucieszyło. Był przekonany, że właśnie wygrał w życie i przechytrzył wszystkich dzięki swojemu wrodzonemu urokowi osobistemu i charyzmie, ale nie przewidział jednego drobnego szkopułu. Czy raczej trzech.
Widzicie, Sebki, które nie dostały taryfy ulgowej i miały uczciwie zasłużyć sobie na semestralne dwójki, nie podzielały jego szczęścia. Już samo to, że on jeden wyżebrał dopa byłoby dobrym powodem do zwady, ale Dami dodatkowo przerzucił całą winę na nich, co stanowiło niewybaczalną zbrodnię, za którą tak jak Krzysiu, został wciągnięty w przydrożne krzaki, gdzie dostał wpierdol tak porządny, że nie powstydziłyby się go nawet Seby z rewiru. Dami został sponiewierany jak jakiś samotny cygan, który nierozważnie zapuścił się w niedzielę pod targ.
I tak jak to było z Krzysiem, szkoła miała wyjebane, bo wpierdol był dany poza jej terenem, więc nauczyciele nie mogli nic zrobić nawet, gdyby chcieli. Zresztą, wyobrażam sobie, że gdyby Dami naciskał wtedy bardziej, jego dwójka na półrocze mogłaby zniknąć i zostać zastąpioną zasłużoną jedynką.
Ostatni raz karma uderzyła już w czasach, gdy Dami zdał prawko i oczywiście jeździł do szkoły samochodem, bo jakżeby inaczej. Kupił od jakiegoś swojego domniemanego wujka BMW serii 5 – wielkie, kanciaste i obrzydliwe jak sam skurwysyn, ale miało skórzaną tapicerkę, czarny lakier, przyciemnione szyby i co najważniejsze tył napęd, więc uważał, że to wszystko, czego potrzebuje, by w liceum wyrobił sobie na powrót image poważnego gangstera. Co poniekąd podziałało. Na dobrą sprawę takim samochodem jeździł na naszym osiedlu tylko Krzysiu Szufla, który mimo aparycji zjebanego lamusa uchodził za ważną osobistość, z którą liczyło się dresiarstwo. Szaty może króla nie czynią, ale fura Bonusa już jak najbardziej.
Wszyscy w klasie zachwycali się więc jego furą, zapominając o tym, że nie tak znowu dawno temu płakał przed całą klasą z powodu spisywania słowo w słowo pytań na teście. Zresztą nie pierwszy raz, tutaj znowu wracamy do próbnej matury, gdzie zrobił dokładnie to samo.
Po jakimś miesiącu od zakupu fury, gdy emocje kolegów i koleżanek zdążyły już opaść i przestali komplementować jego cztery kółka za każdym razem, gdy wtaczał się na przyszkolny parking, Dami wpadł na pomysł wspaniały żeby po nocach driftować sobie po okolicy, będąc przekonanym, że zyska tym jeszcze większy szacunek u klasowych lamusów będących pod „jego władzą” i będą go chwalić jaki to on nie jest fajny, i w ogóle jak to on dobrze nie prowadzi.
Miał rację, dokładnie to miało miejsce, gdy na przerwach opowiadał wszystkim o swoich przygodach. Część chłopaków zachwycała się jego mocno podkolorowanymi relacjami, a najgorszego sortu Karyny pocierały przez spodnie swoje kizie, marząc, że następnej nocy to one usiądą w fotelu pasażera, gdy alfa-Dami wejdzie w zakręt na rękawie i zrobi się ciekawie.
Uzyskawszy taką aprobatę i uwielbienie wręcz, pewny siebie Damian pojechał pewnego zimowego wieczoru driftować i w trakcie jazdy postanowił zadzwonić do jakiegoś Sebka z klasy, by jeszcze bardziej utrwalić swój status nieustraszonego kierowcy.
– No elo, Seba, driftujeme dzisiaj, hehe? – Przywitał się.
– No ja to nie, bo rezerwa mi się świeci, co nie, Dami?
– Beka, a ja mam pełny bak, hehe! Latam sobie teraz właśnie po mieście.
– Ty to jesteś!
– No, taki kurwa jestem! Zaraz jebnę drifta, kurwa.
Zaiste jebnął wtedy drifta, choć nie takiego, jakiego chciał. Sebek usłyszał w słuchawce głośny trzask, a zaraz potem spanikowanego Damiego szepczącego samego do siebie pod nosem „o kurwa, zjebałem”.
Zawinął się pierdolony na latarni, gdy wpadł w poślizg na oblodzonej nawierzchni, nie oogąc wyprowadzić swojego supersamochodu na prostą, bo w prawej łapie trzymał swój nowy, drogi telefon.
Uszkodzenia były w kurwę poważne i laweciarz z miejsca uznał, że samochód jest nie do odratowania, ponieważ Dami skasował drzwi po jednej stronie, do tego zawieszenie i tylna oś posypały się w drzazgi przy zderzeniu z krawężnikiem, a latarnia wgniotła dach, podwozie i słupki B oraz C, co oznaczało, że nawet, gdyby ktoś był na tyle głupi żeby prostować te powgniatane elementy, to cała karoseria nie byłaby już wystarczająco sztywna, stabilna i bezpieczna, by wyjechać takim trupem na publiczne drogi.
Nie z takimi wrakami radzili sobie jednak polscy druciarze! W końcu dla chcącego nic trudnego! W jednym szemranym Januszowym serwisie Sebki mechanicy wycięli zgniecioną połowę BMW Damiego, w jej miejsce wspawali połowę z samochodu-dawcy, potem ładnie zaszpachlowali, polakierowali i oddali właścicielowi, który sprzedał to bawarskie monstrum Frankensteina jakiemuś naiwnemu patusowi, który wierzył, że to bezwypadkowa igła serwisowana w ASO.
