Imprezy w plenerze zdarzały się spontanicznie, zawsze i wszędzie, zwłaszcza w miejscach, gdzie normalny radiowóz nie był w stanie wjechać. Za chlanie na łąkach i w lesie nic nikomu nie groziło – chyba że nagle obok zmaterializowałaby się grupa cyganów, którzy przy pomocy swojej leśnej magii rzuciliby na nich jakąś klątwę i później dali dla nich wpierdol, ewentualnie zagrali cover jakiegoś gówna pokroju Eneja, od którego momentalnie popękałyby bębenki w uszach.
Zasadniczym problemem łąk i lasu był jednak spory dystans dzielący je od jakiegokolwiek sklepu, gdzie można by kupić więcej alko. Dlatego niektórzy łazili pić nieco bliżej, kryjąc się na tyłach ogródków działkowych, które graniczyły co prawda z łąkami, ale przynajmniej nie były zupełnie odcięte od cywilizacji. Najbardziej taktyczną miejscówką do chlania i ćpania była tajna polanka, gdzie z Algierem piliśmy niegdyś piwa z leja, położona właśnie w pobliżu tych ogródków. Plus był taki, że była bezpieczna i nie trzeba było przedzierać się przez pół kilometra polnymi ścieżkami, żeby do niej trafić, ale z drugiej strony była tak dobrze ukryta, że mało kto w ogóle wiedział o jej istnieniu.
Największą taką imprezą na powietrzu na jakiej byłem, był komers po gimnazjum – spotkaliśmy się w trzydzieści-czterdzieści osób czy coś koło tego na betonowym mostku na środku łąk, jakoś w ostatni weekend przed zakończeniem roku. Mimo pokaźnej frekwencji, był to niespecjalnie zaplanowany melanż, spontaniczny wręcz. Skarbnicy z kilku klas wzięli ze sobą wszystkie fundusze jakie pozostały po trzech latach, większość z obecnych dorzuciła też od siebie jakieś drobne, więc w sumie wyszło, że średnio na głowę mieliśmy po trzy-cztery browary z kolektywnego funduszu. Ja, Szymi i Młody dodatkowo znieśliśmy na miejsce stary fotel, który po drodze znaleźliśmy wyjebany na śmietnik, na którym ten ostatni zasiadł jak, kurwa, patologiczny król.
Tego dnia miałem pić na smutno, bo w tłumie mignęła mi parę razy Paulina, którą klepały po pupie jakieś starsze Sebki, przy których gang Seby z mojej klatki wyglądał jak kolektyw kulturalnych młodych kawalerów. Jebani bez przypału macali ją po tyłku, macali po piersiach, a ona tylko chichotała „hehe, chciałbyś, c’nie”, na co odpowiadali jej „hehe, no przecież już miałem, to na chuj mam chcieć”. Mizdrzyła się też cały czas ze swoim Sebkiem, z którym od niedawna zaczęła chodzić, a który nie dawał jebania o to, jak traktują ją inni przedstawiciele jego własnego gatunku.
Wznieśliśmy pierwszy toast. Wypiłem swoje piwo praktycznie duszkiem, ku zaskoczeniu wprawionych imprezowiczów, to jest Młodego i Spermy, bo czułem, że w środku zaczynam się kruszyć. Byle nie płakać, nie podnosić wzroku49.
Szymi, już odpowiednio zaprawiony alko, zaczął rapować ku uciesze gawiedzi, Sperma łaził od grupki do grupki i ze wszystkimi wesoło gawędził, a Młodemu po którymś z kolei piwie coś odpierdoliło. Zaczęło się od tego, że zszedł z fotela i poszedł na mostek, gdzie z agresorem wypisanym na mordzie wziął na wpół pustą butelkę swojego piwa i wyjebał ją do rzeki. Ja w międzyczasie opadłem na królewski tron i zamuliłem całkowicie.
Parę minut później Młody podbił do jakiegoś Matiego i z furią w oczach zapytał go:
– Ty, kurwo, gdzie moje piwo?! Wypiłeś mi kurwa piwo!
– Nie wypiłem!
Jeb, Mati na ziemi, Młody też, bo zamachnął się tak, że aż sam się wypierdolił. Podbiegły Karyny, a miedzy nimi (nie)moja Paulinka, próbując ich rozdzielić.
– Młody, kurwa, sam wyjebałeś to piwo do rzeki!
– Patryk, no, Karyna mówi, Mati nic ci nie wypił, kurwa, weź!
– Aaa, no to sorry, Mati. Chodź się napić.
Ktoś dał im po piwie żeby załagodzić sytuację, usiedli na murku mostku żeby się napić. Minęło kilka minut, Młody spojrzał na swoją na wpół dokończoną butelkę, później na Matiego z krwią pod nosem i warknął:
– Mati, czemuś kurwa moje piwo wypił?!
I znowu zaczął go napierdalać.
Szymi i paru innych spokojnych Sebków chyba zobaczyło w jakim jestem stanie i zgarnęli mnie żebym im pomógł zbierać drewno na ognisko, bo mieli plan żeby wieczorem jedno rozpalić. Nie pytali co mi jest, i w sumie chyba to nawet lepiej, nie chciałem kłamać im w żywe oczy. Zgodziłem się im pomóc, przy okazji chcąc też odejść jak najdalej od tej bandy pijanych patusów.
Podbiliśmy do jakiegoś suchego drzewka wysokiego na parę metrów, których łącznie na całych łąkach był może tuzin, jeden Sebek wyciągnął z kieszeni spodni jakiś poręczny toporek, jebanego tomahawka. Zaczął ścinać to drzewo, podśpiewując sobie przy tym wesoło w kółko:
– Drzewo drzewo drzewo, suche drzewo, suche drzewo.
Ogniska tego dnia jednak nie było – ludzie zaczęli się rozchodzić, gdy Młody zaczął po raz trzeci nakurwiać Matiego za wypicie jego piwa, które w tamtym momencie od paru ładnych godzin płynęło ku Bałtykowi.
Gdy my wróciliśmy z opałem, ani Pauliny, ani kilku innych dziewcząt już nie było. Tak właśnie zmieniły się nasze wypady na dwór – kiedyś, jako dzieciaki, mogliśmy po prostu pojeździć na rowerach albo pobiegać po łąkach, teraz co najwyżej pójść do monopolowego po parę nalewek i opierdolić je w krzakach, potem śmiać się z Karyn, które po pijaku bezwładnie przewracały się w krzaki, a pod wieczór Sebki „odprowadzały je do domów”.
[49] The Who – Baba O’Riley
