Posiadanie prawka to w dzisiejszych czasach może nie absolutna konieczność, bo oczywiście da się bez niego przeżyć, ale umiejętność prowadzenia samochodu jest niewiarygodnie przydatna, i nie można temu zaprzeczyć. Z roku na rok siedemnastolatków w szkołach średnich ogarnia prawdziwy szał dupy, którego podłożem jest właśnie prawo jazdy kategorii B. Czasem też A, do kompletu, ale w sumie B jest tym, czego pragnie prawie że każdy, marząc o własnych czterech kółkach i oszczędności czasu, jaki zajmowałby im dojazd z i do szkoły. No i potencjalnym wyrywaniu dup na furę, to też jeden z motywatorów.
Jedni nakręcają drugich, wskutek czego rodzi się presja i rywalizacja wręcz, kto zda egzamin pierwszy.
Ci, których rodziców stać na opłacenie kursu, korzystają z okazji i zapisują się gdy tylko legalnie mogą, byle tylko dorównać innym rówieśnikom, którzy już uczęszczają na lekcje i mają jazdy. To sposób wpasowania się w tłum.
Nie inaczej było wśród ludzi z naszego nowego otoczenia. W większości przypadków, gdy komuś zostawały trzy miesiące do osiemnastki, to już następnego dnia zapisywał się na kurs, byle tylko nie odstawać od reszty, być postrzeganym jako równie dynamiczny co inni. Ale o tym zapewne doskonale wiecie – sądzę, że to szeroko spotykany precedens, rozpowszechniony w każdej okolicy.
Ofiarami fali tej mody w naszej paczce byli wszyscy poza Młodym, Emilem i mną. Ten pierwszy przepijał całą kasę jaką miał, więc w ogóle nie zdecydował się na kurs, ten drugi był zbyt młody, co oczywiste, a ja i tak miałem już na głowie wystarczającą ilość problemów i nie chciałem nadszarpywać znikomych oszczędności mamy, która choć starała się rozplanowywać domowym budżetem i regularnie odkładać pieniążki na czarną godzinę, zarabiała zdecydowanie zbyt mało, bym mógł z czystym sumieniem wiercić jej dziurę w brzuchu, by zafundowała mi kurs w trybie natychmiastowym. Wstrzymałem się więc z prawkiem do okresu matur – wtedy na spokojnie zaliczyłem kurs i w wakacje zdałem sobie egzamin, nie spiesząc się z tym krokiem, byle tylko jednorazowo zaimponować kolegom.
Inni nie czekali. Na osiedlu zaroiło się od „Elek” podjeżdżających pod klatki kolegów, a potem nieudolnie odjeżdżających, szarpiących i zgrzytających niemiłosiernie przy zmianie biegów.
Sperma – najstarszy z kursantów przynależących do naszej paczki, jako pierwszy doczekał się egzaminu, wyjeździwszy swoje trzydzieści obligatoryjnych godzin szybciej, niż zadzwoniłby wam telefon, gdybyście wystawicie na OLXie starą meblościankę albo używane opony z dopiskiem „oddam za darmo”. Dzień w dzień jeździł, a to przed lekcjami, a to po, byle odbębnić co musi i zapisać się w WORDzie na egzamin, co zrobił może ledwie tydzień po swoich osiemnastych urodzinach. Pochwalam entuzjazm, tak długo, jak nie jest sztucznie napędzany przez panujący dokoła wyścig szczurów. A tak właśnie było w tym przypadku.
Tego dnia Sperma zwolnił się ze szkoły i z wytęsknieniem czekaliśmy na odzew jak mu poszło na egzaminie. Kiedy więc po kilku godzinach wciąż nie dawał znaku życia, paru zniecierpliwionych znajomych zaczęło dla zasady masowo do niego wydzwaniać, mimo że doskonale wiedzieli, że nie odbierze, bo nie zrobił tego ani za pierwszym, ani za piątym razem. Tu nie chodziło o dodzwonienie się i wyciągnięcie z niego informacji, a o zwyczajne sprawienie mu problemów, gdyby nagle jego komórka rozdzwoniła się w trakcie testu pisemnego lub jeszcze lepiej praktycznego. Za każdym razem tak było, było to pojebaną tradycją podobnie jak osiemnaście pasów w dupę wymierzonych w szkolnej szatni w dzień czyichś urodzin (do czego jeszcze niedługo wrócę).
Dzwonili, dzwonili, ale Sperma dalej nie odbierał ani nie odpisywał, więc w drodze powrotnej postanowiliśmy odwiedzić go w domu i dokładnie wybadać sprawę.
– Jak obstawiasz? Zdał czy nie zdał? – Zapytał mnie Kamil, gdy wyskoczyliśmy z autobusu i ruszyliśmy w stronę Zakrętu.
– Nie zdał. Gdyby mu się udało, to chyba by do nas zadzwonił albo co.
– Chyba że leży gdzieś pijany ze szczęścia w krzakach. – Rzucił od niechcenia Michałek. Jeszcze rok-dwa temu pewnie zostałby za takie stwierdzenie wyśmiany lub poproszony o niewtrącanie się do rozmowy, teraz jednak nie można było się z nim nie zgodzić. Prawdopodobieństwo istniało.
– A wy? – Zapytałem chłopaków.
– Hmmm… – Zastanowił się Kamil. – Ja chyba obstawiam, że zdał. Dla równowagi.
– Wątpię, żeby zdał. – Powiedział Michałek.
– Joł, na real! Nie ma bata żeby zdał, wag wan. – Poparł go Szymi.
Trzy do jednego, przy takich szansach moglibyśmy zająć się bukmacherstwem. I tak jak to z hazardem bywa, kasyno zawsze wygrywa, no, chyba że prowadzi go idiota pokroju Donalda Trumpa, który swoje plajtował. No kurwa mać, żeby plajtować kasyno? To jest dopiero wyczyn. Kamil, gdyby prowadził swoje, też właśnie ogłosiłby upadłość, bo okazało się, że przegrał zakład; Sperma nie zdał. Wysłuchaliśmy tej wiadomości wprost od niego, siedząc we trzech na schodach przed jego drzwiami. Michałek nie zdecydował się iść z nami – w szkole średniej zakończyły się wszystkie nasze konflikty, wreszcie wszyscy zakopali z nim topory wojenne, a on sam sporo się zmienił, ale wciąż nie byliśmy na etapie przyjacielskim, a ledwie koleżeńskim, więc nie starał się na siłę pchać do spraw wewnętrznych, nazwijmy je, czy nieszczerze wchodzić na wyższy poziom spoufalenia.
– No i zrobiłem łuk, instruktor mi mówi żebyśmy jechali, no to wyjechałem z Łorda. Kurwa jadę tak, jadę i nagle on mi po hamulcach.
– Na prostej drodze? – Zapytał Kamil.
– No tak, przed jakimś skrzyżowaniem czy czymś. Mówi mi żebym kurwa cofnął i spojrzał w prawo. Ni chuj, nie widzę. No to on mi pokazuje znak stopu przewrócony w dole, przykryty śniegiem.
– Można w ogóle ujebać kursanta za takie coś? – Zapytałem.
– Joł, oni mogą za wszystko upierdalać, c’nie? Są jak policja. – Wyjaśnił Szymi.
– No mogą, skoro nie zdałem. Kurwa, idę w kimę. Nara. – Pożegnał się szybko i zamknął za sobą drzwi, nie dając nam dojść do słowa.
Przykra sprawa, zostać udupionym za jakiś durny błąd, który nie był nawet zależny od waszej wiedzy i umiejętności. Ba, nie był nawet spowodowany przez stres, co jest przecież notorycznie spotykane podczas egzaminów na prawko. Właśnie o tym rozmawialiśmy z Szymim następnego ranka, stojąc na Zakręcie i czekając, aż zjawi się reszta przyjaciół, żebyśmy grupą mogli iść na przystanek, gdy zza rogu wyszła Marta.
– Cześć. – Zagadnąłem ją, gdy się do nas zbliżyła.
– Joł. – Zawtórował mi Szymi, pokazując jej na migi jakiś gangsta znak, który równie dobrze mógł być alternatywą dla wyprostowania środkowego palca, tak blade miałem pojęcie o tym, co mógł oznaczać.
– O, hej. Słyszeliście już, co Patryk odjebał?
– Chyba nie… co masz na myśli?
– No prawko. Wczoraj miał egzamin. – Powiedziała roześmiana Marta.
– No, niezłe jaja, żeby nie zdać przez znak, którego nie ma…
– Co? O czym ty gadasz? – Przerwała mi zaskoczona.
Zdziwiłem się.
– No Patryk mówił nam, że nie zdał na stopie, którego nawet nie było. – Powiedziałem niepewnie.
– No, leżał w jakimś rowie pod śniegiem, c’nie?
– Serio? – Zaśmiała się.
– No serio, serio. O czymś nie wiem?
– Ten debil nawet nie wyjechał na miasto. Ba, on nawet nie usiadł za kółkiem!
Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Szymi podobnie.
– Miał pokazać, czy świeci się światło stopu, a ten stanął z boku auta i mówi, że nie. – Wytłumaczyła nam Marta.
Wybuchnąłem śmiechem. Nawet nie uczęszczając na kurs wiedziałem, gdzie w samochodzie powinno być światło stopu i cofania, raz nawet wymieniałem to pierwsze w Matizie mamy.
– No, to ładnie dojebał.
– Żebyś wiedział. Ojciec jak to usłyszał, to myślałam, że się popłacze. Ej, masz obstawić? – Zapytała Szymiego, który wyciągnął z kieszeni paczkę i wypchnął jej kciukiem jednego szluga. – Dzięki. Dobra, miło było, ale lecę, jeszcze mi bus ucieknie.
– Tak, na razie. I dzięki za cynk!
Informacja o prawdziwym powodzie niezdania egzaminu przez Spermę wyciekła bardzo szybko – ale nie przeze mnie, ja nie pisnąłem słówkiem. Czyli wychodzi, że najprawdopodobniej plotkę puścił w świat albo Szymi, albo Marta. Reakcji znajomych możecie się domyślić sami. Sperma coś tam próbował udawać, że to było dawno i nieprawda, ale nikt mu nie wierzył, oskarżenie było zbyt śmiechowe, by mogło być tylko pozbawioną krzty prawdy ploteczką.
Spośród wszystkich których znam, Sperma nie zdał w najgłupszy sposób, bez dwóch zdań, chociaż Kamil, który parę miesięcy później miał sześć błędów na egzaminie teoretycznym, też mógłby rościć sobie prawa do tego niechlubnego pierwszego miejsca. Ostro z niego cisnęliśmy, zresztą nie my jedni, przy kolegach szczerze wyśmiała go nawet własna matka.
