Jak już zdążyłem napomknąć, nauczyciele w szkole średniej już na starcie zadbali o to, byśmy podporządkowali się ich autorytetowi – uczniowie rzadziej im pyskowali, a oni żeby utrzymać taki status quo, częściej robili kartkówki i częściej stawiali pały (sic!). Wyjątkiem był profesor (w rzeczywistości magister, ale kazano nam do wszystkich zwracać się per „profesor” żeby podbudować ich ego i pokazać swoją uległość) Zenek, który uczył nas PO. Był podstarzałym dziadem i czasami rysowałem go w mundurze SS-mana jak mi się nudziło, bo niektórzy mówili na niego właśnie SS-man.
Żeby wejść do sali, gdzie mieliśmy PO, trzeba było z korytarza przejść do takiego jakby przedpokoju, gdzie jedne drzwi prowadziły do klasy, a drugie do kanciapy, w której na przerwach zawsze przesiadywał SS-man, popijając sobie kawę i waląc konia pod historyczne mapy. Właśnie w tym „przedpokoju” stała sobie stara szafa wypełniona po brzegi książkami, mapami i innym przegniłym, śmierdzącym gównem.
Czekaliśmy jakoś na dzwonek obwieszczający koniec przerwy, gdy podbiegła do nas trójka nakokszonych Sebów z ostatnich klas.
– SS-man w środku? – Zapytał jeden, podśmiechując pod nosem głupkowato.
– Chyba tak. – Powiedział ktoś.
– Mati, Norbi, chodźcie, kurwa, dopadniemy skurwysyna!
Patusy weszły do przedsionku klasy i zaczęły przepychać tę szafę, a trzeba nadmienić, że jebana była zrobiona z prawdziwego litego drewna, żadnej sklejki, więc lekka nie była. Sebastiany nieźle się nasiłowały, ale w końcu udało im się przeciągnąć ją tak, by całkowicie przystawiła drzwi kanciapy.
Potem uciekli, grożąc, że jak komuś powiemy że to oni, to nas znajdą i wpierdolą bez litości.
Stanęliśmy z boku i uzgodniliśmy, że jakby co, to dopiero przyszliśmy tu i nie wiemy kto przesunął szafę, bo co do tego, że będzie afera, nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości. Nie było głosów sprzeciwu, spośród wszystkich możliwych to była dla nas najlepsza wymówka, w dodatku całkiem logiczna.
Dalsze gdybania na temat wymówek przerwał nam dzwonek. Stanęliśmy jak gdyby nigdy nic w przedsionku prowadzącym do klasy, i nagle dobiegło nas przytłumione:
– Co jest, do kurwy jasnej?
Nikt się nie odezwał. Spojrzeliśmy tylko po sobie, czekając aż ktoś pierwszy wyłamie się z szeregu, ale nikt nie chciał tego zrobić.
– Jest tam kto?! – Usłyszeliśmy głos nauczyciela, który do kompletu zaczął stukać w tył szafy i przysiągłbym, że były to trzy szybkie puknięcia, trzy wolne i znowu szybkie.
– Halo! Wypuśćcie mnie.
Jedna z dziewcząt nie wytrzymała presji i podbiegła do szafy, krzycząc przez jej drzwi wprost do jebanej Narnii:
– Panie profesorze, to pan?!
– Przyblokowali drzwi szafą, chochoły!
– Nie damy rady przesunąć, bo ciężka!
– To leć, dziewczyno, po konserwatorów albo wuefistów!
Tak naprawdę bez problemu dalibyśmy radę przesunąć tę szafę w parę osób, ale skoro już zdecydowaliśmy się grać głupa, nie było sensu wychodzić z inicjatywą. Szczególnie, że mowa była o stuprocentowym bezwartościowym przedmiocie, jakim było PO.
Gniliśmy więc mocno z surrealistycznej sytuacji, żywcem wyciągniętej z filmu.
Ekipa ratunkowa przybyła po paru minutach, z jakąś piłą, młotem, wózkiem i ręcznikami. Z naszą pomocą podnieśli szafę, podłożyli pod nią ręczniki żeby łatwiej było ją przesuwać, no i w ten sposób w końcu wypuściliśmy SS-mana z jego kanciapy.
Ten, ze starczą gracją, jakby nigdy nic, poprawił marynarkę i ogłosił wszem i wobec poważnym tonem:
– Zapraszam państwa na lekcję.
Zrobił nam od razu kartkówkę, z pytaniami tak ciężkimi, że zaliczyły ją może trzy osoby z całej klasie. Tak się wtedy cieszył jebany, tak siedział za biurkiem, obserwując nas z gotującą się wewnątrz nienawiścią, tak gorącą, że mogłaby zasilać piece krematoryjne w Auschwitz.
