Studniówka

Na studniówkę poszedłem sam, bo jedynymi dziewczynami, które mógłbym bez skrępowania poprosić o pójście ze mną, była Iza i Paulina. Oczywiście tej pierwszej w życiu nie postawiłbym w tak kłopotliwej sytuacji, a z tą drugą, the one that got away, nie rozmawiałem wtedy od jakichś dwóch lat. Zapewne mógłbym zapytać siostrzyczkę czy nie ma jakichś koleżanek, z którymi mógłbym się wybrać, ale nie pozwalała mi na to duma i zdrowy rozsądek. Bo nawet gdybym znalazł partnerkę, nie znałbym jej i oboje czulibyśmy się niekomfortowo balując wspólnie do rana. Nie oszukujmy się też, kwestie finansowe również nie były bez znaczenia. W mieszkaniu wciąż nie mieliśmy szczelnych okien i w najgorsze mrozy zaklejałem je taśmą, więc fundowanie balu jakiejś dziewczynie, którą w najlepszym wypadku ledwo co bym kojarzył z widzenia, nie wchodziło w grę. A nawet gdybym już jakąś w akcje desperacji zaprosił, naszą jedyną opcją dojazdu byłaby pewnie moja mama, tudzież autobus. Enjoy wracanie do domu w nocy w balowej sukni i szpilkach komunikacją miejską. Zajebista konkluzja „randki”, co?

Przez jakiś czas zastanawiałem się nawet nad tym, by w ogóle darować sobie imprezę, ale Ewelina nie chciała nawet o tym słyszeć i sama z siebie nalegała, że powinienem w niej uczestniczyć. Poprzestałem więc na wybraniu się tam bez partnerki, i w sumie Iza dwa lata później zrobiła to samo.

Skłamałbym mówiąc, że dobrze się z tym czułem (bo czułem się jak najgorszy przegraniec), ale gdy przyszło co do czego, nie było mi znowu aż tak źle, wiedząc że nie jestem sam w takiej niezręcznej poniekąd sytuacji. Terka, którego Dami zostawił trochę na suchym lodzie, zaproponował mi podwózkę w tę i z powrotem, na co przystałem, a oprócz nas zabrał się z nami jeszcze Szymi, który jeśli zawsze był suchoklatesem, tak w tamtym okresie chodził kompletnie wysuszony od ćpania czegokolwiek, co wpadło mu w drżące łapy. Aż bałem się o jego zdrowie, bo niewiele mu brakowało do stanu tymczasowego wychudzenia Izy, ale miało upłynąć jeszcze trochę czasu, nim dowiedziałem się co doprowadziło go do tego stanu.

Jeszcze zanim impreza się rozpoczęła, zaszyliśmy się z piwami za budynkiem, gdzie na smutno je obaliliśmy, ubolewając nad tym, jakimi to przegrywami nie jesteśmy. Byliśmy jak trzej studniówkowi muszkieterowie; prawdziwa drużyna mistrzów zjebania.

Bardziej od procentów poczułem uczucie zazdrości, widząc, jak niektórzy rówieśnicy zaczynają się zjeżdżać na miejsce samochodami, a Dami z dwoma chłopakami jebaną wynajętą limuzyną. To właśnie z jej powodu olał Terkę ciepłym moczem i nie pozwolił mu się ze sobą zabrać.

Wiecie, co jednak było w tym ironicznie zabawne? To, że na dobrą sprawę tylko nasza trójka przyglądała się całemu spektaklowi. Absolutnie nikt inny nie przykładał wagi do bananowego szpanera, co musiało nieźle go wkurwić. Serio, wydali z koleżkami kilka stów żeby zabłysnąć przed innymi maturzystami, a zwrócili sobą tyle samo uwagi, co pierwsza lepsza parka, która przybyła na bal Lanosem rodziców.

W ogóle, jak tak sobie przypominam, wokoło panowała mocno niezręczna atmosfera i większość robiła wrażenie mocno skrępowanych. Spierdoliny z klasy pozapraszały jakieś kuzynki albo córki znajomych rodziców, w przeciwieństwie do nas trzech wstydząc się przyjść bez partnerek i nawet, jeśli wiedziały, jak desperackie ich działania są, i że wszyscy wokoło to widzą, nie mogły pogodzić się najwyraźniej z myślą o solowym balowaniu. W ich mniemaniu lepsze od pokazania się samemu było siedzenie jak kołek z kimś, z kim nawet nie mieli o czym rozmawiać, i marzenie o tym, by wreszcie wrócić do domu, żałując, że w ogóle zjawili się na całej tej studniówce.

Weźmy dla przykładu takiego Kamila, który był w towarzystwie jakiejś dziewczyny, spiętej, jakby ktoś wcisnął jej w cipę węgorza elektrycznego. Nie zamienili w trakcie imprezy chyba słowa i większość czasu spędzili przy stole, jedząc albo pstrykając coś na komórkach. Byli na takim samym poziomie co ja i Gośka, moja wczesnogimnazjalna miłość, albo nawet gorzej, bo z nią przynajmniej potrafiłem pogawędzić sobie normalnie, po przyjacielsku, w czasach, gdy chodziła ze Spermą, a raz zupełnym przypadkiem natknąłem się na nią w autobusie i gadało się nam wręcz świetnie, ku mojemu szczeremu zaskoczeniu. Rozmawialiśmy o wszystkim – o życiu, szkołach do których chodziliśmy, muzyce, filmach… brzmi to trywialnie, nie przeczę, ale wcale nie znaczy to, że dyskutowało mi się z tego powodu ani ociupinkę gorzej.

Wyszło więc, że z partnerką Kamila miałem spędzić na parkiecie więcej czasu, niż on sam.

Nie myślcie, że próbowałem mu w ten sposób dożreć, po prostu tak zadziałały na mnie wypite procenty. Nie nastąpiło to oczywiście od razu; na początku balu dalej piłem pod stołem na smutno i gdy miał rozpocząć się rutynowy polonez, ulotniliśmy się z Szymim i Terką do kibla, gdzie przystąpiliśmy do alkoholowej rundy numer dwa..

Terka brał wtedy jakieś koksy, bo chciał trochę podpakować i nabrać jakiejkolwiek masy mięśniowej, więc piwo, które pił, szybko uderzyło mu do łba i zaczął się delikatnie kołysać na boki, nie mogąc utrzymać niezachwianej równowagi.

Ja natomiast wyciągnąłem buteleczkę z żurawinowym drinkiem Sobieskiego – fajna sprawa, jeśli interesuje was picie, ale w taki kulturalny sposób. Siostra dała mi raz takiego spróbować, oczywiście w ścisłej tajemnicy, bo nie miała jeszcze osiemnastki, i tego dnia postanowiłem sobie takiego kupić, byle tylko nie chlać tylko czegoś ordynarnego, jak wóda i tanie piwa, bo pewnikiem skończyłbym po nich tragicznie.

– Tej, co to masz? O kurwa, jaki dżentelmen! – Szymi śmiechnął, ale w taki przyjazny sposób. Przyjacielski, nie prześmiewczy. To jedno było jego wielką cnotą, nigdy nie szukał zwady ze swoimi komplami, swoimi protektorami na real, i traktował ich z szacunkiem, wierząc w całą tą uliczną lojalność. To rzadka cecha.

Wyciągnął z wiszącej na nim jak worek po ziemniakach marynarki połówkę, bo tak, kurwa, nawet garnitur nosił przyduży żeby wyglądać prawilnie, już pomijając to, że oprócz tego mocno wychudł. Terka poszedł w jego ślad i wyjął z kieszeni swoją małpkę. Był przegrywem, który starał się zgrywać dynamicznego wygrywa, pozytywnego wariata-kocura, więc wesoło zawołał:

– To co, panowie. Nie ma z nami pań, ale wypijmy ich zdrowie!

Smutłem wtedy autentycznie, bo zdałem sobie sprawę, że gdzieś tam, w innej sali balowej, Paulina pewnie bawi się w najlepsze w parze ze swoim Sebastianem. Ja siedziałem za to w kiblu z dwoma patusami żeby się znieczulić. No ale podziałało – po paru minutach poczułem w brzuchu przyjemne ciepełko, a niedługo później odeszły w niepamięć smutki, wstyd, poczucie winy i pustki. Może i byliśmy przegrywami i przyszliśmy na studniówkę sami, ale co z tego? Miałem z tego powodu ubolewać, czy może zamiast tego spróbować trochę się zabawić, wiedząc, że nie zrobię z siebie jeszcze większego pośmiewiska?

Jeszcze lepiej zrobiło mi się, gdy wróciliśmy do stołów i zobaczyłem, jak wiele par niezręcznie przy nich siedzi. Szymi i Terka zaczęli przepychać się, by dotrzeć do swoich miejsc, ja natomiast nagle przystanąłem wpół kroku.

– Joł, idziesz? – Zapytał Szymi. Zastanowiłem się chwilę. W sumie to nie chciałem, więc pokiwałem mu przecząco głową i zawróciłem. Podszedłem do jakiejś losowej dziewczyny i zapytałem, czy ze mną zatańczy. Zgodziła się, więc poszliśmy na parkiet, odtańczyliśmy jeden utwór i nieważne, że mogłem wyglądać jak idiota, umiejąc tańczyć najwyżej przytulańca, pomogło mi to zyskać nieco pewności siebie. Podziękowałem jej ślicznie, gdy piosenka się skończyła, i wróciłem do stołów, by wyrwać kolejną Karynę. I tak w kółko, nie dawałem jebania z kim przyszły, czy są ładne, czy wieje od nich patologią na kilometr, bo ich makijaż przypomina grubą zaprawę murarską, którą można by zdrapywać szpachlą.

Byłem podpity, więc w chuju to miałem, bo taniec to taniec, ale najwyraźniej niewielki odsetek tych Karyn myślał odmiennie, bo dwie czy trzy wolały siedzieć przy stole, niż bawić się wspólnie na parkiecie.

– Mógłbym cię prosić do tańca? – Zapytałem jedną, wyciągając ku niej rękę.

– Eee… nie, sorry, bo mam nogę w gipsie. – Odparła niezręcznie. Ja pierdolę, co trzeba mieć we łbie żeby tak łgać w żywe oczy? Dlaczego ludzie są aż tak głupi? Czy ona myślała, że nie widzę, że nie ma ani kul, ani jakiegokolwiek gipsu, czy nawet opaski uciskowej na nodze? Tak trudno powiedzieć na przykład „wybacz, muszę odpocząć od tańca, bo padam z nóg”? Ale nie, lepiej wymyślić bajeczkę o jebanym gipsie!

Przeważająca większość jednak nie robiła problemów i dobrze się bawiłem w ich towarzystwie, podczas gdy ich partnerzy, wszystkie te jebane pseudo alfy jak Dami, poodpierali ściany, patrząc na nas z zazdrością podobną do tej, jaką na samym początku czułem ja, widząc jak pomagają wysiąść z samochodów swoim wypięknionym partnerkom. Tak się wkręciłem, że z parkietu nie schodziłem prawie w ogóle, chyba że z którąś z dziewcząt żeby we dwoje pójść gdzieś na bok i strzelić sobie kolejkę żeby podtrzymać wysokie morale.

Królem studniówki oczywiście nie zostałem, ale za to pokazałem tak sobie, jak i innym, że to nie wstyd przyjść na nią samemu. I nikt nie poniżył mnie tak jak Carrie, więc zdecydowanie mogę uznać imprezę za bardzo udaną.

W pierwszy poniedziałek po balu Baryła zrobiła nam luźną lekcję, byśmy mogli pogadać trochę o studniówce, i oczywiście największe obłudne cioty w klasie, pokroju Damiego, próbowały robić sobie ze mnie żarty, prześmiewając to, jak to nie machałem nogami przy tańcu, hehe, beka w chuj, c’nie? Nikt się praktycznie nie śmiał z ich wywodów, bo nikogo tak po prawdzie nie obchodziły moje talenty taneczne (czy ich absolutny brak, czemu wcale nie staram się przeczyć), więc gdy pojedyncze chichoty ustały i w sali zapadła kompletna cisza, oznajmiłem wszem i wobec, tak, by każdy dobrze mnie usłyszał:

– Ktoś musiał tańczyć, by inni mogli podpierać ściany.

Wtedy dopiero wszyscy wybuchli śmiechem, a mnie aż się miło zrobiło na widok skwaśniałych mord tych bananowych kutasów, które pierwszy raz w życiu zostały tak upokorzone, zgaszone jak pierdolone kiepy. Miło było być choć raz po drugiej stronie, poniżyć kogoś tak, jak nieraz w gimnazjum Sebki poniżały mnie, ale w przeciwieństwie do nich nie był to akt niesprowokowany i kierowany chęcią upokorzenia kogoś stojącego niżej w szkolnej hierarchii. To była po prostu bardzo precyzyjnie wymierzona kontra.

Mnie nie udało im się upodlić, a to dlatego, że jakkolwiek beznadziejnym tancerzem bym nie był, ja przynajmniej na studniówce tańczyłem, oni natomiast nie. W dużo gorszej sytuacji znalazł się na przykład taki Szymi, który podczas balu spił się do tego stopnia, że jeden z ojców pilnujących porządku na zabawie musiał wyprowadzić go z sali, żeby „pooddychał sobie trochę świeżym powietrzem”. Wrócił po godzinie czy dwóch, wciąż najebany jak szpak, ale przynajmniej był w stanie w miarę normalnie mówić. Opiekunowie chyba liczyli na to, że jak się chłopak porusza, to szybciej wytrzeźwieje, więc pozwolili mu wejść na parkiet, a ten pierwsze, co zrobił, to poprosił do tańca naszą wychowawczynię, i gdy tak wywijali na parkiecie, w pewnym momencie postanowił opuścić rękę z jej pleców w dół, i pomacać po tyłku. Traf chciał, że kamerzysta filmujący całą studniówkę uchwycił tę scenę. Możecie więc sobie wyobrazić, jaką inbę mieliśmy na długiej przerwie kilka tygodni później, oglądając w sali informatycznej jego wyczyny i minę wychowawczyni, zdającą się niemo niemo wrzeszczeć „o kurwa, kamera, ale przypał”.

Tego jednego Szymiemu nie udało się przekuć na swoją korzyść, jak ja zrobiłem to z żartami o swoim koślawym tańcu.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close