Niektórych zioło jara – dosłownie. W naszej paczce, przynajmniej w czasach gimnazjum, nikt poza Szymim nie mówił właściwie o marihuanie, z wyłączeniem może jakichś pojedynczych, niezwykle sporadycznych sytuacji. Wystarczały nam w zupełności fajki i/lub alkohol, ze szczególnym uwzględnieniem piwa, a ja po ostatnim incydencie, gdy przyszedłem… to jest zostałem przyniesiony do domu pijany jak bela, chwilowo w ogóle unikałem kontaktu z alkoholem, byle znowu nie wpaść w niełaskę matki i pogardę siostrzyczki. Atmosfera na chacie zdążyła się już zdecydowanie rozrzedzić, co nie znaczyło, że mądrze byłoby znów igrać sobie z ogniem. Nie piłem więc, wracałem też wcześniej, przed zmrokiem, byle by nie dać Ewelinie powodu do powątpiewania w moją skruchę. Skruchę, pragnę nadmienić, raczej pozorancką i sztuczną, bo chociaż rzeczywiście nigdy w życiu nie spiłem się już do nieprzytomności, wcale nie było po mojej myśli, by zaprzestać wygłupiania się z przyjaciółmi i odreagowywania stresów czy bólów dorastania niekonwencjonalnymi środkami.
Szliśmy sobie akurat z Emilem przez osiedle dziesięciopiętrowców, gdy z któregoś balkonu usłyszeliśmy wrzask jakiejś Grażyny:
– KARINA OBIAD!
Śmiechliśmy, bo jej głosem przywodziła na myśl kozę albo osła.
– A WYPIERDALAJ Z TYM OBIADEM, STARA KURWO! – Odkrzyknął jej Emil.
Graża wychyliła się przez balustradę i pogroziła nam pięścią. Po chwili znowu wezwała Karinę.
– KARINA SIĘ DUPCZY W KRZAKACH, POWIEDZIAŁA ŻE PIERDOLI TWÓJ OBIAD!
Na pożegnanie Emil pokazał jej jeszcze dupę, po czym uciekliśmy w stronę naszego osiedla. Skręciliśmy za blok, przebiegliśmy koło starego sklepiku ze słodyczami, który jeszcze wcześniej był kafejką internetową, i wpadliśmy na Spermę i Patryka, którzy akurat wyszli z pobliskiej klatki schodowej.
Pogadaliśmy chwilę, w trakcie dyskusji wyjawili nam, że byli u Włochatego, tego, który naćpany widział na wagarach statek widmo, i poprosili go żeby skołował im trochę trawy, bo chcieli spróbować czegoś nowego, podczas gdy prawilne kontakty Szymiego pewnie wcisnęłyby im jakieś gówno, każąc sobie za nie płacić dwukrotnie więcej.
Mieli dostać towar po południu w nawiedzonym domu po drugiej stronie łąk, a że ani ja, ani Emil nie mieliśmy nic lepszego do roboty, postanowiliśmy iść z nimi. Nie protestowali, chociaż Patryk raczej nie cieszył się specjalnie z naszego towarzystwa.
Nawiedzony dom, jak się okazało, był miejscem szczególnie odwiedzanym przez ćpunów – po kątach pomieszczeń walały się zużyte strzykawki i reklamówki z warstwami kleju osadzonymi na wewnętrznej stronie, pojemniczki po gazie do zapalniczek, czy foliowe woreczki dokładnie wylizane z resztek czegokolwiek, co się w nich znajdowało.
Pośrodku salonu, na starych samochodowych kanapach, siedziało w kółku około piętnaście osób, z których większości w ogóle nie znaliśmy. Paru patusów kojarzyłem z widzenia z osiedla, ale z żadnym nigdy nie zamieniłem słowa. Może Szymi znałby ich z imienia, ale kto go tam wie?
– Siema, Włochaty. Co to, imprezka?
Włochaty siedział w kącie z nieco spuszczoną głową i czerwonymi oczyma.
– Siadajcie, siadajcie. Bierzcie i palcie z tego… wszyscy. – Wybełkotał, wypuszczając ustami dym i podając jointa siedzącej obok dziewczynie. Naćpani nieznajomi zaczęli się śmiać, opierając jeden na drugim.
Skręt poszedł w obieg. Usiedliśmy w kręgu, Sperma dał kasę Włochatemu i odebrał od niego woreczek zielonego. W międzyczasie skręt dotarł do mnie.
– Eee, ja dziękuję, ale chyba spasuję.
Sąsiad, mierzący około dwóch metrów wzrostu, spojrzał na mnie czerwonymi oczyma – ale w żadnym wypadku nie wyglądał, jakby chciał mnie nastraszyć. Przeciwnie, jego buźka była beztroska i serdeczna, co aż dziwne.
– No dawaj, stary. Małego buszka, na zdrowie. A co, nigdy nie paliłeś?
– No… nie, nie miałem okazji.
– Sponio, wszystko ci wytłumaczymy, nie? – Spojrzał na siedzących kolegów. Wszyscy spojrzeli na mnie z pozytywnym przejęciem. Wierzcie mi, pod taką presją się nie odmawia, chociaż czy była to presja w dosłownym tego słowa znaczeniu? Nie, raczej nie, ale nie chciałem odstawać, wypiąć się wszystkim tym całkiem gościnnym i przyjacielskim ćpunom?
– No, dobra. No to co robić?
Dostałem do ręki skręta.
– No to słuchaj. Zaciągasz się tak jak fajką. Wiesz jak, nie?
– No, powiedzmy.
– No, to zaciągasz się i nie wypuszczasz dymu. Liczysz do trzech i dopiero. Łapiesz?
– Chyba tak.
– No to dawaj.
Zaciągnąłem się. Zbyt mocno. Kłujący, ostry dym wypełnił mi płuca i wywołał nagły atak kaszlu. Nie spodziewałem się tak mocnego smaku i drapania w gardle.
– Sponio, jeszcze raz, tylko mało!
Druga próba. Cała sala zaczęła odliczanie. Jeden. Dwa. Trzy.
Dym wyleciał, a ja poczułem, że mięśnie mi flaczeją.
– Przeszedł chrzest! – Zostałem przywitany falą oklasków. – Zajebisty towar, nie?
– Kurwa, nie czuję nóg. – Podałem skręta dalej, a moja głowa jakby uniosła się ku górze, odleciała, jebaniutka.
– Haha, nasze najlepsze ziółko. Mózgojeb!
Tego dnia wszyscy przeszliśmy taki sam rytualny chrzest. Największy ubaw mieliśmy z Emila, który po kilku buchach zaczął usypiać na siedząco i Karyna, która siedziała obok, tyrpała go za każdym razem, gdy przychodziła jego kolej na bucha.
Ktoś puścił z telefonu muzykę – chyba coś Peji. Zaczęliśmy bujać się w rytm, niektórzy znali również słowa. Gdyby był z nami Szymi, na pewno już rapowałby w najlepsze razem z nimi. Wokoło panowała przyjacielska, pokojowa atmosfera, ku mojemu niemałemu zdziwieniu, bo na widok niejednej patologicznej mordy, która tam była, w normalnych warunkach pewnie szybkim krokiem przeszedłbym na drugą stronę ulicy.
W ruch poszedł kolejny skręt. Tym razem całą naszą czwórkę mocno trafiło. Emil praktycznie zasnął i od czasu do czasu poruszał tylko nieznacznie głową, Sperma położył się na ziemi, w ciszy kontemplując ujebany betonowy sufit, ogarniał, ale faza ja pierdolę, ja bujałem się w rytm muzyki z innymi, bawiąc w najlepsze, a Patryk zaczął zielenieć na twarzy i głośno dyszeć.
– Patryk, co ci?
– Kurwa bede rzygał.
Dwóch trzeźwiejszych chłopaków wzięło go pod ramię i zaprowadziło do sąsiedniego pokoju, gdzie usadzili go na krawędzi dziury w ścianie, w której kiedyś było okno. Patryk usiadł i spuścił głowę między nogi.
Szarpnęło mokre sprzęgło. Raz, drugi. Ale jednak nie zwymiotował.
Wraz ze Spermą weszliśmy do pomieszczenia. Trzeci zryw – tutaj już konwulsje opanowały całe jego ciało. Wyprężył się jak struna, by po chwili zacząć się śmiać charczącym, nieprzytomnym głosem.
– Przycisz to przycisz. – Wyszeptał nieprzytomnie, po czym zwymiotował pod siebie. Sperma podszedł bliżej i nachylił się by sprawdzić, czy z kolegą wszystko w porządku. Zaraz potem opuścił głowę jeszcze niżej, spoglądając na ziemię.
– Ja pierdolę co to, marchewka, szynka, ogórek?
Nim minęło pół godziny, postanowiliśmy wrócić do domu. Patryk i Emil byli nieprzytomni, a ja chciałem wrócić przez zmrokiem, by nie podpaść mamie. Logicznym było, że musieliśmy obrać drogę na przełaj przez łąki, żeby w razie czegoś nie złapała nas policja. Tego Ewelina już by mi nie darowała.
– Było miło, dziękujemy za gościnę! Kochamy was! – Krzyknąłem, gdy odchodziliśmy. Pożegnały nas wiwaty, śmiechy i machające serdecznie ręce.
Sperma odwrócił się by pomachać nowym znajomym, przy okazji puszczając ramię Patryka, który jak szmaciana lalka przewrócił się i zarył twarzą w ziemię.
Emil, prowadzony przeze mnie, odzyskał już nieco przytomność i zaśmiał się.
– Kurwa, co za gebels…
Mimo usilnych starań, nie udało nam się wrócić przed zmrokiem. Droga przez łąki była wyboista i w paru miejscach grząska, co dawało się we znaki podczas prowadzenia dwóch naćpanych kolegów, a dodatkowo sami ze Spermą byliśmy przecież dosyć mocno ujarani.
Ogólnie, trasa, która zazwyczaj zajmowała nam mniej więcej pół godziny, tego dnia zabrała nam prawie dwie godziny z życia. Przez ten czas zdążyliśmy na szczęście wrócić do względnej normy – a przynajmniej ja i Sperma. Patryk i Emil w dalszym ciągu byli dokumentnie zajebani i nie zapowiadało się, że coś im się wkrótce poprawi. Nieźle ich wtedy potyrało.
Tego wieczora miałem farta, bo gdy po cichu wszedłem do domu, owładnięty niepojętym strachem (wywołanym bardziej przez zioło niż rzeczywistą obawę przed reakcją matki), okazało się, że nikogo nie ma w mieszkaniu.
– Mamo? – Zapytałem głośno. – Iza?
Odpowiedziała mi cisza. A więc upiekło mi się. Aż mi się lżej na sercu zrobiło, bo przez całą drogę powrotną na osiedle katowałem się myślami co to będzie, jak matka znowu przyłapie mnie spóźnionego i w dodatku pod wpływem.
Skorzystałem więc z okazji i od razu pobiegłem do łazienki żeby wziąć prysznic i wyszorować włosy. Ciuchy nawet nie śmierdziały trawą, ale mimo wszystko wrzuciłem je na spód kosza na pranie, zwinięte w ciasną kulę. Byle pozbyć się dowodów zbrodni.
Ewelina wróciła godzinę później z „damskich pogaduszek” z Mileną, czy jak to kiedyś chciał wierzyć Emil, lizania sobie cipek – do tej pory zdążyłem już całkowicie wytrzeźwieć i pozbyć się smrodu marihuany. Byłem czysty, dosłownie i w przenośni. Siedziałem sobie spokojnie przy komputerze, popijając herbatkę, więc nawet jeśli dalej miałbym czerwone oczy, mógłbym wymigać się długim siedzeniem przed monitorem.
No dobrze, upiekło mi się, ale czy nauczyłem się tego dnia czegokolwiek? I tak, i nie. Trawa okazała się niespecjalnie pociągająca, wbrew temu, co opowiadał o niej Szymi, i choć na pewno efekty jej spożycia nie należały do najgorszych, nie mogę powiedzieć, bym był nimi oczarowany i później ponownie palił ją z czystej przyjemności. Na pewno nie była warta kasy, jakiej żądał za nią niegdysiejszy kartel Krzyśka Szufli albo inni lokalni dilerzy, którzy przejęli po nim pałeczkę. Tylko co zrobić, jeśli żyje się w tak kurewsko uwstecznionym i w dodatku skorumpowanym przez lobby tytoniowe kraju, w którym posiadanie jest z góry karane? Prohibicja zawsze kończy się czarnorynkowym monopolem.
I o ile wobec rekreacyjnego palenia przechodzę raczej obojętnie (w sensie wspieram ideę, ale sam bym rzadko kiedy po marihuanen sięgał), o tyle nie mogę zdzierżyć faktu, że trawa ma udowodnione działanie antydepresyjne, pobudza apetyt i kreatywność, a przy tym działa korzystnie na ciśnienie krwi, a jednak rząd nie robi nic, by ułatwić dostęp do niej jako leku. Ale z takimi niedouczonymi kurwami jak Kaczyński, który publicznie pierdolnął, że nie wie, że marihuana jest konopią, krzyżyk na drogę. Polska jest jebaną regresywną dziczą aspirującą do miana pełnoprawnej teokracji, z każdym rokiem cofającą się coraz bardziej w odmęty autorytarnych, średniowiecznych metod rządzenia, w dodatku teraz kupionych i sprzedanych po dziesięćkroć przez międzynarodowe korporacje, bo kapitalizm taki wspaniały! Dla burżuazji u koryta może i tak.
Moje zdanie na temat trawy więc znacie. Co z resztą? Spermie również niezbyt przypadła do gustu – przynajmniej z tego co mówił. W następnych latach czasem sobie popalał, jak ktoś mu dał, ale chyba samodzielnie nie wydawał na nią kasy.
Patryk podobnie, raczej nie sięgał już po skręty, chociaż w szkole średniej palił podobno ostro sziszę z Kamilem i paroma innymi spierdoksami. Przez długi okres czasu był tez ofiarą żartów o rzyganiu i narkotykach, bo dziwnym by było, gdybyśmy nie rozgadali innym o tym, co odjebał w nawiedzonym domu tamtego popołudnia.
Emil, dla przeciwwagi, zaczął regularnie palić zioło i zachwycać się jego działaniem. Ostro spuszczał się pod nie z Szymim; potrafili siedzieć we dwóch w pokoju przez cały dzień, jarając spliffy jeden po drugim, oglądając pornosy na przemian z powtórkami Rap Pakamery i freestyle’ami Lecha Rocha Pawlaka. I w sumie tak im miało zostać na dobre.
Oj, co jak co, ale Emil naprawdę zakochał się w marihuanie i miała stać się nieodzownym elementem jego diety. Ale najlepsze, kurwa, jak pojechał na wakacje z loszką, gdy miał już tą osiemnastkę czy coś koło tego, i pokaźny worek zielska owinął folią aluminiową, pakując go razem z kanapkami na drogę. Genialne w swej prostocie, nie powiem.
