W dniu, w którym zdałem swój ostatni maturalny egzamin, usłyszałem od dwóch bardzo ważnych dla mnie osób dwie bardzo ważne prawdy. Mój długoletni przyjaciel uświadomił mi, że czas jest zaciekłym rywalem przyjaźni, i im starsi jesteśmy, tym mniej znajomych obraca się wokół nas, moja matka zaś powiedziała mi, gdzie i kiedy rozpoczyna się właściwa dorosłość.
Wszystko nabiera jednak pełnego sensu dopiero wtedy, gdy połączy się te dwie myśli w jedną: dorosłość jest samotnością.
Jeszcze w gimnazjum nasza paczka zaczęła się kruszyć, a pomiędzy niektórymi z nas wyrosły mury. Paulina była pierwszą, która się od nas odłączyła, co najbardziej przeżyliśmy ja i Iza. I skoro o niej mowa, Izka też długo nie zabawiła o wiele dłużej w naszym gronie – nie żeby kiedykolwiek była „pełnoprawną” członkinią naszej zbieraniny, ale odkąd jej przyszywana starsza siostra poszła w swoją stronę, nie miała czego szukać w naszym towarzystwie.
Potem przyszły egzaminy gimnazjalne, i konieczność wyboru szkoły średniej, co po raz drugi już podzieliło nas na dobre. Patryk i Młody zniknęli z mojego życia, powracając tylko raz na jakiś czas podczas pojedynczych spotkań. Emil z kolei został w gimbazie, kiblując pierwszy rok, co było naprawdę nie lada, kurwa, wyczynem, skoro nauczyciele przepuszczali bez problemów osobniki pokroju Szymiego, Młodego i Tymka, czy nawet szkolnego dałna.
Minęły trzy lata, podczas których ci, którzy ostali się w naszej paczce, również zaczęli się od siebie oddalać. Kamil z każdym rokiem spędzał z nami sukcesywnie mniej czasu, preferując kompanię niespecjalnie znanych mi Sebków, którym próbował zaimponować, by zaakceptowali go w swojej sforze. Sperma z kolei trzymał się w weekendy z Młodym, chlając, ćpając i odpierdalając razem z nim głupoty.
Zostałem więc w duecie z Szymim, i w sumie Emil też nigdy nie odmówił nam jakiegoś wypadu poza szkołą. Tyle ostało się po niegdyś nierozłącznej i barwnej ekipie. Każdy poszedł we własną stronę i nawet mimo faktu, że mieszkaliśmy oddaleni od siebie o zaledwie kilkadziesiąt, w porywach kilkaset metrów, nie mogliśmy nic z tym faktem zrobić.
Krążyliśmy wciąż wokół orbity rewiru, choć coraz bardziej się od niego oddalając, aż w końcu przestał być dla nas centrum wszechświata.
Wspólne wypady na łąki zastąpiła szkoła, nocowanie pod namiotem wyparły zakrapiane imprezy na drugim końcu miasta, a kolejne wspomnienia zaczęły blaknąć i uciekać w niepamięć. My zaś kolejno wykruszaliśmy się i oddalaliśmy, coraz to bardziej pochłonięci własnymi sprawami. Dorosłymi. Samotnymi.
♦ ♦ ♦
Trajektoria życia Młodego okazała się raczej prosta. Zawsze był buntownikiem i łobuzem, z którym rodzice i nauczyciele mieli same problemy, trudno więc się dziwić, że nie zaszła u niego jakakolwiek radykalna zmiana; po prostu kontynuował to, co robił do tej pory, tylko w większej skali. Dawno temu nie chciało mu się odrabiać prac domowych, bo grał w Diablo, pod czym szczerze mówiąc też mógłbym się w dużej mierze podpisać, ale później gry wyparły melanże, i to przez nie zupełnie olewał szkołę.
W czwartej klasie technikum w końcu dopadła go karma, a nauczyciele zagrozili mu, że nie dopuszczą go do matur. Nawet interwencje jego matki nic nie dały, więc jakoś po pierwszym semestrze Młody postanowił pierdolnąć edukacją na dobre, i korzystać z uroków życia, jak jego prawilni ziomkowie z osiedla, z którymi się bujał.
Z początku wszystko było spoko – imprezował ile chciał, nie przejmując się kompletnie niczym, a jakieś pato Sebki wkręciły go w walki w klatkach, dzięki którym mógł zdobywać fundusze na dalsze eskapady. Wiecie, co to za imitacja sportu, prawda? Taka, która nie różni się prawie że niczym od zwykłych ustawek pod blokiem czy solówek za garażami, bo i tu i tu ze świecą szukać prawdziwych sportowców. Większość zawodników jest najebana albo naćpana, a ten, kto będzie ma farta i jako pierwszy wypierdoli drugiemu strzała w ryj, aż ten padnie, przechodzi dalej, i tak do końca zawodów.
Młody nigdy nie ćwiczył żadnych sztuk walki, przynajmniej z tego, co mi wiadomo, ale radził sobie widocznie na tyle dobrze, by przez jakiś czas wygrywać z sobie podobnymi Sebami. Trochę się ponapierdalał, wychodził z drobnymi na parę nalewek i może coś mocniejszego, a później powtórka z rozrywki, i tak w kółko; przynajmniej dopóki, dopóty jego organizm dawał radę.
Spotkałem go kiedyś pod sklepem – stał, czekając na jakichś patusów, z zupełnie zmasakrowaną facjatą, aż go z początku nie poznałem. Jedno oko miał wielkości piłki tenisowej, nos wyraźnie złamany, wargi napuchnięte i popękane. Wyglądał, jakby dzień wcześniej wypełzł ze szpitala po tym, jak potrącił go autobus.
– Siema. – Zagadnął.
– Siema… – Odpowiedziałem. Nie byłem pewny, czy wypada zapytać o jego stan, ale przemogłem się, bo a nuż historia jaką miał do opowiedzenia byłaby ciekawa? – A jak ten drugi?
– Lepiej ode mnie. Dostałem taką bombę, że obudziłem się w szpitalu.
– Przejebane. Nic ci się nie stało? Znaczy, wiesz, poważnego?
– Złamany nos, wstrząs mózgu, ale poza tym norma, siniaki. Wyliżę się, morda nie szklanka.
Morda może i rzeczywiście szklanką nie jest, choć wolałbym nie sprawdzać prawdziwości tej tezy na własnej skórze. Jej stan był jednak skutkiem, a nie przyczyną jego problemów. Wylizanie się z obrażeń nie znaczy nic, jeśli nie zaadresuje się tego, co je spowodowało. To jak druciarze zalepiający rdzę szpachlą. Wciąż tam jest, i prędzej czy później zacznie wpierdalać to, co nie jest zamaskowane Bitexem i farbą w sprayu. W przypadku Młodego metaforyczną rdzą były używki, które z każdym rokiem odciskały na nim coraz to większe i większe piętno.
Było więc tylko gorzej. Młody z relatywnie obiecującego wojownika, stał się słabym i wolnym workiem do bicia przez tych, którzy jeszcze nie osiągnęli jego nizinnego poziomu, bo sama tężyzna fizyczna, której nabrał po szkole, nie była wystarczająca, by pozostał kompetytywny.
Ekstra kasa, jaką na boku mógł sobie do tej pory dorabiać w klatkach, skończyła się, źródełko wyschło.
Tak minęło kilka lat, przeplecionych kilkoma wizytami w szpitalu, i kilkoma sprawami sądowymi za przeróżne głupoty, jakich Młody się dopuszczał, aż w końcu przegiął pałkę i trafił do pudła, o ile się nie mylę, za wyjątkowo brutalną pijacką burdę, podczas której próbował napierdolić jakiemuś policjantowi. Chyba finalnie nie doszło do rękoczynów, bo spędziłby za kratkami dużo dłużej, ale i tak wylądował w jednym worku z najgorszymi degeneratami i zwyrolami, od których nie nauczył się niczego dobrego.
Jestem zwolennikiem skandynawskiego systemu więziennictwa, bazującego na resocjalizacji, a nie zwykłym wymierzaniu kary poprzez odseparowanie kryminalisty od społeczeństwa. Być może gdyby Młody uzyskał w tamtym czasie właśnie taką niezbędną, ludzką pomoc i opiekę psychologa, mógłby zrozumieć, co zaprowadziło go do tego miejsca, i w jaki sposób może się ogarnąć. No, ale jak wiemy, Polska jest jebaną dziczą, której więzienia tylko zaostrzają problemy tych, którzy tam trafiają, radykalizując zwyrodnialców i intensyfikując ich degeneracje.
W całej tej historii najsmutniejsze jest to, że po wszystkich głupotach, jakie Młody odkurwił, po tym, jak potłukł, połamał i pokaleczył swoje ciało więcej razy, niż mógł zliczyć, po tym, jak nałogi, które praktycznie przejęły nad nim kontrolę, zupełnie jak mojego ojca, gdzieś tam w jego środku tliła, a może wciąż tli się, iskierka stanowiąca esencję jego dawnego „ja”. Wiecie, tego lojalnego do bólu dzieciaka, który poszedłby za mną w ogień, tak samo, jak ja za nim.
A przynajmniej w to wierzę.
Wiele mogło się zmienić w naszych życiach, jego ramiona mogły pokryć więzienne tatuaże robione chałupniczo długopisowym tuszem, które mimo zaledwie kilku lat od zrobienia zdążyły po części wyblaknąć i się rozmyć, ale czy wszystko to wystarczyłoby, by Młody, którego niegdyś znałem, całkowicie obumarł?
Ile to razy widziałem go siedzącego na ławkach pod blokami, zazwyczaj w towarzystwie Algiera, Guły i im podobnych osobników, którzy nie znaleźli w życiu żadnego celu, ile razy słyszałem jego śpiewy pod oknami, i mimo wieku wciąż dostrzegałem w nim dawnego przyjaciela, który przecież nie mógł przepaść bez śladu niczym Henry Jekyll, wyparty przez inną, mroczną, osobowość, prawda?
Prawda?
♦ ♦ ♦
Patryk prawie że kompletnie odseparował się od naszej grupy w pierwszej klasie szkoły średniej, sporadycznie kontaktując się jedynie z Kamilem, który w gimnazjum był gwoli przypomnienia jego najlepszym przyjacielem.
W końcu i na nich przyszedł jednak czas.
Nie wiem, co wydarzyło się w jego życiu w czasach szkoły średniej, co spowodowało zmiany w jego obyciu. Może to kwestia towarzystwa, stresu, czy po prostu ciężkiego okresu i problemów osobistych, niemniej Patryk zwyczajnie oddalił się od nas wszystkich. Pewnie wina jest stuprocentowo obustronna, i ani my, ani on nie próbowaliśmy podtrzymać przy życiu wspólnych relacji, ale nie zmienia to faktu, że jego osobowość uległa znaczącemu przekształceniu, i podczas tych kilku razy, gdy się z nim widziałem, trudno było nam bez skrępowania rozmawiać. Moglibyście śmiało zwalić winę na to, że przecież nigdy nie byliśmy mega bliskimi przyjaciółmi, ale było w tym coś więcej, po prostu dało się to wyczuć w dyskusji. Wiecie, co mam na myśli? Takie sztuczne przeszkody, kreowane przez jedną osobę, bardzo lakoniczne, niedbałe, odpowiedzi czy generalny brak głębszego zainteresowania konwersacją.
Zmiany w zachowaniu Patryka wpłynęły również na jego stosunki z Młodym, z którym chodził przecież do równoległej klasy w technikum. Nim minęły pierwsze dwa lata, stali się dla siebie po prostu znajomymi, których poza witaniem się na korytarzu, wspólną jazdą do szkoły i całą masą sukcesywnie blaknących wspomnień, nie łączyło już praktycznie nic.
Z Kamilem nie było wcale lepiej – nim doczłapaliśmy do matur, już nie wyłazili razem co weekend, nie organizowali letnich wypadów na wieś, gdzie spędzali parę dni na imprezowaniu w wynajętym domku, obaj znaleźli sobie nowych znajomych, czy w przypadku Patryka, znajome.
Pamiętam jedną dziewczynę, która chodziła albo do jego szkoły, albo do przyległego z nią liceum, tego, do którego uczęszczała Paulina, gdyby ktoś zapomniał. Przyjeżdżała czasem na rewir, Patryk odbierał ją z tego samego przystanku, na którym sam wysiadałem, wracając z lekcji. Wyglądała na całkiem sympatyczną, chociaż przyznam, nigdy nie zamieniłem z nią więcej niż kilku słów. Okazała się jednak kurwiszczem pierwszego sortu, które zdradzało go przez kilka ładnych miesięcy ze swoim byłym.
Jego druga wybranka okazała się tą jedyną. Chodzili ze sobą przez parę lat, później wpadli, wzięli szybki ślub, i w końcu wprowadzili się do mieszkanka w wysokich blokach, które odnowiła firemka remontowa jego ojca. Zresztą, później Patryk zatrudnił się w niej sam, tak jak jego brat Bartek przed nim, bo nie miał co liczyć na jakiekolwiek lepsze oferty zarobku w okolicy. Wcześniej sił próbował jako kurier, ale pewnego dnia powiedział, że to pierdoli, i nie będzie pokrywał z własnej kieszeni opłat za wjazd na jakieś zamknięte tereny czy parkingi.
Patologia konkretna, jeśli firmy kurierskie rzeczywiście nie zwracają swoim dostawcom tych kosztów, jakkolwiek nieznaczące mogłyby się wydawać.
Byłem u nich raz na kawce i ciasteczkach, bo zaprosili mnie, gdy widzieliśmy się przypadkiem w Biedrze, nawet nie spodziewałem się tego, ale żona Patryka sama wyszła z inicjatywą. Całkiem miła dziewczyna, muszę przyznać, rozmawiało mi się z nią lepiej, niż z jej mężem. I skoro o nim mowa, to Patryk zdradził jej przynajmniej kilka historii z naszego życia, między innymi zemstę, jakiej dokonaliśmy na Remoncie. Ja tego dnia dorzuciłem też od siebie opowieść o Kamilu i ziemniakach. Ale moja maska memiczna, gdy skończyliśmy się śmiać, a ona:
– Ej, a Kamil to ten, który kochał się w swojej ciotce?
Także wiecie, jeśli Patryk znalazł wybrankę serca, której mógł opowiedzieć o kazirodczych zapędach swojego kolegi, i kto wie, czym jeszcze, to chyba dobrze trafił. Daję okejkę, to się nazywa zaufanie małżeńskie.
♦ ♦ ♦
Niektórzy nie potrzebują w życiu wiele – do takich osób należał Sperma, który ledwo ledwo zaliczywszy maturę, od razu, w sensie niecały tydzień od odebrania świadectwa, poszedł do roboty, zatrudniając się na pobliskiej budowie. Planu może nie miał najgorszego, bo praca dla budowlańców i mechaników zawsze i wszędzie się znajdzie, ale zrobił to na spontanie, którego później żałował, gdy okazało się, że zarobki ma kurewsko niskie, a przy tym musi wykonywać wręcz niewolniczą robotę, nierzadko zostając po godzinach, za które nie dostawał ani grosza. Bo deadline, panie, trza tyrać, szybko, szybko, kurwa, bo pójdzie po zarobkach wszystkich!
A najlepsze, kurwa, jak jakiś majster podobno w urodziny dziwkę sobie zamówił, i później ją jebał na tyłach dostawczaka, podczas, gdy reszta ekipy zapierdalała z wylewką.
Sperma nie zagrzał długo miejsca w tym godnym pożałowania Januszeksie – zwolnił się i kolejnych kilka miesięcy spędził na bezrobociu, w sumie przechlewając swoje mizerne oszczędności z Młodym. W przeciwieństwie do Młodego, jednak, nie wpadł w destruktywny wir uzależnienia, i w końcu znalazł pracę w jakiejś ekipie montującej ocieplenia na domach i blokach mieszkalnych, co pozwoliło mu wyprowadzić się z naszego rejonu na dobre. Najpierw trafił do jakiejś kawalerki w kamienicach dwie ulice od slamsów, a później w ogóle wyjechał z miasta, co akurat okazało się najlepszym możliwym pomysłem, bo toksyczna okolica przestała ciągnąć go w dół. Co nie znaczy, że zupełnie wygrał w życie i wszystko mu się ładnie ułożyło.
Podczas jednej z licznych popijaw z Młodym, Sperma zalał Karynę, z którą chodził może od tygodnia, jeśli nawet nie krócej, a dziewięć miesięcy później, na przełomie sierpnia i września urodził mu się syn. Ojcem chrzestnym został Młody.
Oczywiście z automatu rodzice Karyny zażądali ślubu, bo gówniak, i nieważne, że tak, jak z wieloma poprzednimi związkami Spermy, ten też okazał się niezwykle krótkotrwały, bo pan i panna młoda okazali się zupełnie niekompatybilni, tradycji musiało stać się zadość, bez względu na to, czy obietnice składane przed ołtarzem miałyby się przeterminować po miesiącu czy dwóch. I to właśnie się stało. Żona traktowała męża jak podwładnego, a mąż, mając wyjebane na jej postawę roszczeniową, dalej chlał z kumplami w najlepsze, w sumie zataczając koło poprzez powielanie błędów swojego ojca. Billy Corgan ładnie to podsumował na własnym przykładzie wersem „zabójca we mnie jest zabójcą w tobie65”.
O rozwodzie nie wiem nic ponad to, że się odbył, a prawa rodzicielskie przejęła matka. Przejebana sprawa, dla Spermy była mocnym ciosem. Parę razy widziałem się z nim, gdy przyjeżdżał na osiedle na weekend czy coś, i wiecie, coś w nim jakby obumarło. It takes one to know one.
Skończyły się melanże i libacje, a zaczęły wyjazdy za granicę, gdziekolwiek była robota, byle dalej od domu. W międzyczasie próbował jeszcze walczyć o prawo do widywania swojego gówniaka, ale czy mu się powiodło, nie wiem. Na pewno wiem tyle, że jego była współmałżonka założyła nową rodzinę z jakimś Sebą. Nie zdziwiłbym się, gdyby też randomowo zalał ją w sylwestra.
Spotkaliśmy się kiedyś przypadkiem na osiedlowym parkingu – ja skądś wracałem, Sperma gdzieś wyjeżdżał, a może odwrotnie, nieważne. Wymieniliśmy parę męskich komplementów, i przysiedliśmy w mojej furze na może pół godziny, gawędząc o starych czasach i o tym, że dorosłość to chuj, oszustwo.
Powiedział mi to i owo o tym, co porabia, i że nie może dojść do porozumienia z byłą. Nie drążyłem tematu i nie wypytywałem wścibsko o detale, bo jak już parę razy wspomniałem, szczerze nie cierpię ludzi, którzy wciskają nochale w nie swoje sprawy. Wyznał mi tylko, że popełnił błąd, dając tej szmacie argumenty do późniejszego ataku w sądzie, przez które stracił dzieciaka, po czym żeby rozluźnić atmosferę zapytał, czy utrzymuję kontakt z resztą paczki.
Ze smutkiem odpowiedziałem, że z większością nie, niezbyt, że właściwie tylko z Szymim gadam na porządku dziennym, z resztą raz na ruski rok, jeśli w ogóle.
– Pamiętasz, jak to było, jak byliśmy w szkole? Wystarczyło wyjść przed blok, i już trafiało się na znajome twarze. – Sparafrazowałem Młodego, z nostalgicznym, gorzkim uśmiechem na twarzy.
Przyjaciel przytaknął, też blado się uśmiechając.
– To były, kurwa, czasy, nie?
Przytaknąłem.
– Pamiętasz, jak wjebaliśmy tego głupka Szymiego we własne gówno?
– My? – Zaśmiałem się, tym razem szczerze. – Sam go wtedy wjebałeś!
– Oj tam, oj tam. Czepiasz się detali!
Pogawędziliśmy jeszcze parę chwil o dupie Mileny, obiecaliśmy, że musimy koniecznie gdzieś razem wyskoczyć, i tyle, ja pojechałem, on poszedł, a może odwrotnie. Oczywiście jak zawsze w sytuacjach, gdzie dwóch starych znajomych spotyka się po latach i zapewnia, że jeszcze gdzieś wyskoczą, nigdzie nie wyskoczyliśmy.
Częściej od Spermy widywałem chyba Martę, która zamieszkała ze swoim gówniactwem gdzieś w slamsach, i często przyjeżdżała na osiedle, do rodziców. Od niej dowiedziałem się, że jej braciszek w końcu na dobre wyniósł się z okolicy, poznał jakąś inną loszkę, z którą jest w wolnym związku i prowadzą sobie nomadyczny tryb życia, jeżdżąc po Europie bez planu, łapiąc robotę, jaka akurat jest wolna w danym miejscu.
I wiecie co? Pewna cząstka mnie zazdrości mu tego, bo mimo że życie nie było dla niego najprostsze, to znalazł jakiś spokój ducha, wolność, o której wielu marzy. Śmiejcie się do woli, ale przytoczę wam cytat GG Allina, który zawsze przypomina mi o Spermie: „wiesz, jebać to, całą tę społeczną szopkę, idź do szkoły, idź do pracy, ożeń się, spłódź dzieciaki, weź kredyt, wykop dziurę, z której nigdy się nie wygrzebiesz, a dla mnie… dla mnie to nic więcej jak sposób, w jaki rząd obwiązuje cię łańcuchami, żebyś nigdy się nie wyrwał z jego łap, podczas gdy ktoś taki jak ja, kto może robić, co tylko, kurwa, chce, nie musi płacić podatków, może jebać kogo chce, może iść tu, może iść tam, jak ktoś zadzwoni, to może gdzieś jechać choćby i jutro, bo nie musi przejmować się niedomkniętymi sprawami, ot tak, może pojechać. I wiesz… to jedyny sposób na życie, podczas gdy inni ludzie przejmują się jakimś gównem”.
Nie wyobrażam sobie lepszej osoby do zacytowania, by podsumować życie kogoś, kto w przedszkolu nosił pseudonim Gówniarz, w podstawówce rzucał gównami w cyganów i osiedlową kurwę, w gimnazjum wybił wyjątkowo twardym klocem własnej produkcji okno, a w liceum zasrał cały pojemniczek na próbkę do sanepidowskich badań.
♦ ♦ ♦
Emilowi udało się skończyć gimnazjum, lepiej późno, niż wcale, a potem, za namową matki oraz ciotki spróbował sił w zaocznym liceum, ale wyjebali go stamtąd po jakoś semestrze, bo siał na zajęciach taki chaos, że nawet czesne jakie płacił, w sensie płaciła jego mama, nie było najwyraźniej wystarczającym powodem, by go dalej tam trzymać.
Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę, ale jeśli nawet kasa zawodzi, to inby, jakie tam odpierdalał, musiały być iście kosmiczne. Kilkoma Emil mi się nawet pochwalił – opowiedział mi kiedyś, jak szarpał się z jakimś nauczycielem, bo zapalił sobie dla zgrywy szluga na lekcji, i o tym, jak inna nauczycielka zwróciła mu uwagę na to, że ma kompletnie pusty zeszyt, na co stwierdził, że to dlatego, że na jej lekcjach nie patrzy na tablicę, tylko na jej tyłek, i że dzień wcześniej ładnie leżały na niej niebieskie majteczki, ale jeszcze ładniej to leżałyby na podłodze koło jego łóżka.
– No i mi podziękowali w końcu, ale chuj w to, bo osiemnastkę mam, więc co, do szkoły mam łazić jak jakiś idiota?
Matka chciała, by zapisał się jeszcze raz do technikum, żeby jak człowiek napisać maturę i zdobyć przy okazji jakiś zawód, albo chociaż do jakiejś zawodówki, ale na ten moment Emil był już trzy lata za swoimi rówieśnikami, więc miał tak bardzo wyjebane. Zamiast do kolejnej szkoły, poszedł więc do roboty, do jakiegoś zakładu produkcyjnego, gdzie całe dnie spędzał przy taśmociągu, za marne grosze, które regularnie przepierdalał na trawkę, czasem z Szymim, czasem sam.
W przeciwieństwie do Szymiego jednak, który co miał, to palił, Emil wpadł na pomysł żeby sprzedawać towar gimbusom, i w ten sposób dorabiać sobie trochę na boku, bo odkąd Krzysiu Szufla wypierdolił za granicę, ścigany listem gończym, nie mieliśmy w okolicy żadnego poważniejszego dilera. Albo inaczej – ja nie słyszałem o żadnym poważniejszym dilerze, co nie znaczy, że takowego nie było.
Na początku sprzedawał tylko dzieciarni i swoim ziomeczkom ziomalom, ale z czasem pozyskał szerzą klientelę, włączając w to starsze dresiarstwo, bo wici się rozeszły po rewirze. Wiele z tego biznesu nie wyciągał, ale mówił mi nieraz, że w sumie kasa schodzi na drugi plan, bo jest teraz jakimś osiedlowym graczem, i ma kompli nowych, protektorów na real, którzy zapraszają go na libacje i czasami sami dzielą się z nim piwkiem jak mają, a czasem to nawet zielonym albo dropsami.
Magda, jego dziewczyna, nie tylko doskonale wiedziała o całym tym biznesie, ale robiła w nim nawet za pośredniczkę. Gdy Emilowi się nie chciało, to wysyłał ją z paczuszką do klienta, ona zapierdalała, on grał sobie przez ten czas w GTA, i hajs się zgadzał.
Zabierał ją też ze sobą na melanże do Sebków, którzy chcieli mu się przypodobać, żeby może dawał im jakieś zniżki czy coś, ale jedyną osobą, która coś komuś wtedy dała, była Magda. Dała dupy jakiemuś patusowi, Emil nakrył ich w łóżku i dał dwa gramy pierwszemu chętnemu do nastukania temu typowi.
W odwecie za przyprawienie rogów, w sensie nie licząc wpierdolu, Emil zdecydował się przelecieć na spontanie jakąś nieletnią siostrę kolegi Magdy, czy jakoś tak, żeby pokazać, kto tu kurwa rządzi.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby parę tygodni później nie okazało się, że obie loszki są w ciąży i żadna, kurwa, nie wie, kto jest ojcem swojego bachora. Oczywiście od razu, jak to pierwszego sortu blachary, poszły do Emila, klnąc się na honor, że to on je zalał, po cichu licząc, że będą miały farta, bo chyba myślały, że na sprzedaży trawki to on jakieś grube miliony zbija. W realu miesiąc był dobry, jak mógł sobie z ekstra kieszonkowego kupić grę na Steamie albo jakiś ciuch, więc mocno się obie przeliczyły, niemniej, okazało się, że słodka siedemnastka mówiła prawdę, a gówniak rozwijający się w jej brzuchu jest rzeczywiście Emila.
Magda, jak można się domyślać, kłamała, i chyba pokarała ją karma, bo Seba, który zerżnął ją podczas tamtej imprezy, podobno wyjechał z kraju, także enjoy twoje samotne macierzyństwo! W zależności, kogo pytała o miejsce jego pobytu, uzyskiwała odpowiedzi że w Niemczech, na wyspach, albo nawet w jebanym Bangladeszu.
Co się tyczy Emila, to po prawdzie spadł na cztery łapy – rodzice zalanej przez niego loszki nie wymusili na nich ślubu, być może bali się jakichś potencjalnych problemów z policją, gdyby zielony interes ojca ich wnuka się wykoleił. Zgodzili się na alimenty, córkę wywieźli na wieś żeby urodziła bękarta z dala od wścibskich oczu sąsiadów, a Emil wrócił do normalnego życia na kompletnej wyjebce, jakby nigdy nic nie miało miejsca, nie licząc kilkuset złotych, które musiał wysyłać Karynie każdego miesiąca.
Parę lat później doczekał się córki z inną Karyną, jedną z tych współczesnych faux dresiar łażących w czapkach Prosto i bluzach Ciepłej Strefy. Dziadkowie załatwili mu jakąś kawalerkę po znajomości, i tam się przeniósł ze swoją ciężarną dziunią, później pobierając się z nią.
Tak minęło mu w spokoju kilka lat, podczas których tyrał w robocie za dnia, by po nocach albo imprezować, albo grać w gierki, czasem zresztą w mojej kompanii. Nie wiem, ile godzin razem zmarnowaliśmy, napierdalając wspólnie we wszystko, co tylko wpadło nam w łapy, ale ręczę, było tego niemało. Emil ciągle to kupował jakieś gry w przecenach, to dostawał je w ramach zapłaty za zielsko, więc zawsze miał w co pocinać.
Pamiętam, że kiedyś graliśmy w GTA Online, i skurwiel przypadkowo okazał się jebanym geniuszem, no po prostu miał pomysł dziesięć na dziesięć, gdy wpadł na to, by komunikować się z klientami przez prywatne wiadomości w grze, po tym, jak dodano do niej wytwórnie narkotyków. No ja jebię, jak pokazał mi później jedno takie zamówienie w historii swoich rozmów, to myślałem że zesram się z śmiechu.
Także uczcie się, aspirujący dilerzy, uczcie, bo tak długo, jak ten uwsteczniony konserwatywny kurwidołek nie zalegalizuje trawki, nie znajdziecie bezpieczniejszej formy komunikacji niż GTA.
♦ ♦ ♦
Pierwszą osobą, jaką poznałem pierwszego dnia pierwszej klasy podstawówki, był Kamil. Zaprzyjaźniliśmy się od pierwszej chwili, i przez wiele lat uważałem, że nasza znajomość to coś tak normalnego i oczywistego, jak (skażone w kurwę) powietrze, którym oddychaliśmy. Trudno byłoby mi sobie wyobrazić świat, w którym zwyczajnie coś między nami nawet nie tyle się psuje, co po prostu znika, a my nie robimy nic, by podtrzymać dobre kontakty.
Przyjaźń naszych mam, które poznały się dzięki nam, bez trudu przetrwała próbę czasu, ba, uległa tylko wzmocnieniu, podczas gdy nasza dwójka straciła jakąś braterską więź. Jeszcze w szkole średniej Kamil zaczął się oddalać ode mnie i tego, co zostało z naszej niegdysiejszej paczki, a po maturach… po maturach nie poszliśmy na kremówki, ani jebać dzieci, po prostu pewnego dnia jeden z nas nie zadzwonił do drugiego, albo jeden z nas nie miał czasu żeby gdzieś wyskoczyć, i tyle, tak się mijaliśmy albo nieświadomie ignorowaliśmy. Ja miałem swoje sprawy, on tak samo, bujał się najpierw z jakimiś Sebkami, później, gdy ci okazali się albo niewystarczającymi kompanami albo kopnęli go w dupę, poszedł do kolejnej grupy, tym razem jakichś uczelnianych normalciot śmiejących się z Demotów i czerpiących wiadomości o świecie z Wykopu, a jeszcze później zamienił ich na jakąś dzieciarnię, której kupował piwka, bo jako jedyny w grupie miał dowód i przez to uchodził wśród nich za ważniaka, imponował im.
W międzyczasie próbował studenckiego życia, ale najpierw został wyjebany po semestrze, zupełnie jak niegdyś Bartek, starszy brat Patryka, a za drugim razem pochodził na zajęcia przez może dwa tygodnie, a resztę balował w akademikach, bo tak, mieszkał w jednym pomimo że dojazd na uczelnię z rodzinnego domu zająłby mu najwyżej godzinę komunikacją miejską. Ale najlepsze, że żeby imprezować ze swoją bandą nieletnich Sebków, i tak przyjeżdżał na rewir.
Wyraźnie chciał wyfrunąć z gniazdka, Emil śmiał się nawet parę razy, że pewnie wkurwia go siostrzyczka, której tak nienawidzi, albo że Milena robiłaby zbyt dużą konkurencję jego koleżankom z roku.
Cokolwiek nie byłoby przyczyną, Kamil dwa razy wyleciał z uczelni za nicnierobienie, a trzeci raz studiów nie zaczął, choć chyba nie dlatego, że nie chciał. Pewnie gdyby miał okazję, zostałby wiecznym studentem, ale Milena odmówiła dalszego finansowania jego akademika po tym, jak (pod wpływem) skasował jej furę na zakręcie za parkiem. Wyleciał z niego z ładną stówką na blacie, jeśli wierzyć opowieściom, wpadł w poślizg i wpierdolił się do rowu. Jemu nic się szczęśliwie nie stało, ale samochodu odratować się nie dało. Milena opowiadała, że gdy laweta go wyciągała, miał kompletnie zmiażdżony przód, bok i nawet dach mu się pogiął jakby był zrobiony z papieru. Szkoda, bo całkiem fajna była ta Vectra; jak na tamte czasy, to miała naprawdę bogate wyposażenie, nie wspominając o tym, że Milena kupiła ją w salonie, to dopiero, kurwa, bogactwo.
Wypadek stanowił pożywkę do żartów, Emil bezlitośnie cisnął z kuzyna bekę, bez końca, wypominając mu go przy każdej możliwej okazji. Nie wiem, czy koniec końców to właśnie całe to doświadczenie sprawiło, że Kamil postanowił zatrudnić się na stażu w w pobliskim małym warsztacie samochodowym, prowadzonym przez znajomego jego dziadka, czy po prostu odkrył w sobie jakąś pasję związaną z samochodami, której nigdy wcześniej nie przejawiał. Albo może nie miał lepszego planu na życie, chuj wie. Niemniej, poszedł do roboty do tej druciarni, gdzie poznał wiele przydatnych umiejętności, takich jak przekręcanie liczników, wycinanie katalizatorów i opalanie starych kabli żeby później sprzedać miedź na złom, wyjmowanie zgubionych monet spod foteli, czy kopcenie ruskich szlugów jak lokomotywa. Bo wiadomo, mechanik bez kiepa w mordzie to chuj, nie mechanik, c’nie?
Byłem tam parę razy, bo stare znajomości bywają przydatne, gdy w grę wchodzą naprawy samochodów. Jeśli nie znacie jakiegoś mechanika, to z miejsca musicie doliczyć sobie pięćdziesiąt procent kosztów za robociznę, której kolega od was nie zażąda, a przy okazji macie pewność, że nie odpierdoli fuszerki jak jakiś przeciętny Janusz, który chce tylko wziąć od was tyle kasy, ile się da, i nara. Dla przykładu, gdy zapiekła mi się kiedyś pojedyncza śruba w kole, jakiś obcy gnój chciał za jej odkręcenie dwie dychy, podczas gdy chciałem wymienić koła z letnich na zimowe albo odwrotnie w furze swojej i mamy, u Kamila przerzuciłem całą ósemkę za dwa razy tyle. Także jest różnica.
Ale najlepsze, kurwa, jak przyjechałem do nich kiedyś w środku zimy. Sebki grzebały mi przy aucie, a ja stanąłem z boku przy takim metalowym piecu żeby ogrzać ręce i przy okazji im nie przeszkadzać. Stałem sobie tak chwilę, aż przyszedł szef, pogadaliśmy sobie minutę czy dwie, i nagle ten zapytał:
– Kurwa, coś zimno, nie?
– No, mróz straszny, palce mam kompletnie skostniałe. – Przytaknąłem.
– Seba, weź kurwa dolej oleju do pieca, bo piździ jak chuj!
Moja mamałyga, gdy Sebek wyciągnął z pieca cęgami rozgrzaną do czerwoności tarczę hamulcową z dospawanym denkiem, przez co wyglądała trochę jak talerz, i metalową chochlą wlał do niej stary olej silnikowy.
– Tera cieplej nam bedzie. – Powiedział do mnie dumnie Janusz.
Chyba staż, a potem praca w warsztacie, ustabilizowały życie Kamila. Albo unieruchomiły w miejscu, w zależności jak na to spojrzeć. Kiedyś chciał się wynieść na swoje, ale gdy już podjął robotę, zwłaszcza taką, do której dojazd zajmuje pięć do dziesięciu minut, chyba zmienił plany i stwierdził, że lepiej mu będzie w rodzinnym domu, do którego wraca tylko po to, żeby się przespać, jak dowiedziałem się od Mileny, by resztę dnia spędzać w robocie tudzież na regularnym imprezowaniu z młodo-Sebkami. Życiem rodzinnym jakoś nigdy nie zaprzątał sobie głowy; wyszło na to, że z siostrą nie wypracował sobie jakichkolwiek bliższych relacji, ma na nią kompletnie wyjebane, z matką i ojcem z kolei kontakty mu się wyraźnie ochłodziły, być może przez chlanie po nocach, nie wnikam.
Przez jaki czas Kamil chodził z Karyną, którą poznał przez Emila albo tych gówniarzy, z którymi się bujał, wtedy chyba jeszcze licbusiarą, ponieważ wydawała mi się bardzo młoda. Widziałem się z nimi ledwie parę razy, bez wyjątku przelotnie, wymieniając tylko typowe „cześć-cześć”, bo nasze kontakty były już wtedy w zaawansowanym stadium deterioracji.
♦ ♦ ♦
Zawsze miałem słabość do Dolores O’Riordan, miała naprawdę śliczną twarz, i do tego niesamowity głos. Kojarzycie wersy otwierające Promises? „Lepiej uwierz, że nadchodzę, lepiej uwierz moim słowom, lepiej dotrzymuj swych obietnic, bo daję słowo, dostaniesz, na co zasługujesz66”. Szymi dostał. Karyna, którą po pijaku zalał, w końcu go odnalazła, powiedziała mu, że jest ojcem jej dziecka, i kazała złożyć obietnice przed ołtarzem.
Gówniak urodził im się jakoś wczesną jesienią, może na kwartał po naszych maturach. Ech, polskie patole są jak pierdolone pandy, prokreują tylko dwa dni do roku. Urodziliście się na przełomie sierpnia i września? Gratulacje – istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że wasze matki puściły się albo zostały zerżnięte w stanie upojenia do nieprzytomności podczas imprezy sylwestrowej.
Locha Szymiego przypominała mi pod wieloma względami Karynę, która kiedyś została zgwałcona na naszym osiedlu, a potem zaraziła francą swojego patologicznego chłopaka. Też taka zadufana w sobie zawsze była, dumna, jebana, jakby wywodziła się ze szlacheckiego rodu. Szybko owinęła sobie męża wokół palca, w najwyżej parę tygodni po tym, jak wreszcie udało jej się go namierzyć i aktywować swoją kartę pułapkę, którą był szybki ślub z brzuszkiem w roli głównej na zdjęciach. I tak, od tej pory, Szymi musiał na nią robić.
Jako że kasy na start nie miał, a Karyna z pewnością szlachcianką nie była, wprowadzili się razem do M3 Szymiego i jego rodziców, bo na nic innego nie mogliby sobie pozwolić. W sensie Szymi nie mógł, bo ona nie pracowała i nie miała najmniejszego zamiaru iść do jakiejkolwiek roboty, czy tam szkoły, bo nawet nie wiem, czy doczekała matur. Była pusta, nawet jak na nasze osiedlowe standardy; na tyle tępa, że nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, jak tępa w rzeczywistości jest. Sokrates miał rację, mówiąc „wiem, że nic nie wiem” – trzeba wykazać się pewną inteligencją, by pojąć i zaakceptować swoje ograniczenia, odrzucając przy tym pychę, która normalnie szepcze nam do ucha, że jesteśmy lepsi od innych. Karynie tego wyraźnie brakowało.
Kiedyś spotkałem ją pod blokiem z jakąś równie ograniczoną intelektualnie piapsiółką. Stały, popalając szlugi przy wózku z tym jej bachorem, co chwila chuchając w niego dymem. Jakoś się złożyło, że wracała do domu, więc zaproponowałem, że wniosę jej wózek na piętro. Ona wzięła na ręce gówniaka, ja ten wózek, no i ruszyliśmy, a za nami ta jej koleżaneczka, pierdoląca głupoty o jakichś swoich przygodach z ojcem:
– No i ja mu kurwa mówię, że na disko byłam, c’nie? A on na to że mi szlaban da. No to się zaśmiałam i mówię, że on to mi kurwa może dać kasę na nową bluzkę, bo nie mam w czym chodzić. To mi dał. No a co tam u ciebie, Karina?
Wszystko to mówiła takim głosem, i z takim akcentem, jakby żywcem wyrwała się z planu Galerianek. Żona Szymiego nie była wiele lepsza.
– No ogólnie to ogień, c’nie? – Odpowiedziała, głośno mlaszcząc między słowami gumą.
Ślub mocno namieszał w życiu Szymiego, naprawdę go zmienił, chociaż po wyglądzie nikt by tego specjalnie nie zauważył, pomijając to, że dzięki żonie odzyskał zdrowszą wagę, wciąż pozostając jednak suchoklatesem. Regularnie wychodził na obchód dzielni z bachorem na rękach, i paradował tak w dresach, słuchając przy tym Slums Attack puszczonego na telefonie, taki dumny z siebie, że spuścił się po pijanemu w cipsko ledwo co poznanej Karyny, dla której teraz był niewiele więcej niż służącym.
Wpadłem kiedyś w Central Parku na Algiera, Emila i chyba ze dwóch innych ziomków i po paru minutach luźnej rozmowy zza winkla wyszedł Szymi z dzieciakiem na rękach. Przystanął z nami i dyskusja skierowała się na tor jego potomka.
– Hehe, ale niepodobne to do ciebie. – Rzucił mu jeden z Bonusów, patrząc na bobasa. Też śmiechłem, bo w sumie bachor jakiś ogólnie niedorobiony się wydawał, taki typowy materiał do wyskrobania.
– Zajebać ci, kurwa? To mój syn, moja krew! – Oburzył się Szymi.
Algier w żartach przyznał typowi rację i stwierdził, że dzieciak wcale do ojca niepodobny i że Szymi powinien zrobić test ojcostwa żeby się przekonać. Jawnie go wkręcał, tak, jak Włochatego do rzucenia dziewczyny, i tak jak wtedy, wyprał ofierze mózg tak, że osiągnął swój cel.
Wiecie, Szymi zrobił sobie ten test i wyszło, że jednak nie jest biologicznym ojcem. Chodził przez ładny tydzień przybity, aż w końcu podjął decyzję i nie wypierdolił z domu Karyny z jej bękartem, zamiast tego pozwalając jej zostać w mieszkaniu, gdzie ona i gówniak mieli wyżywienie, nie musieli przejmować się rachunkami i przy okazji skakał wokół nich służący zajmujący się większością spraw, podczas gdy jego żona leżała odłogiem na kanapie, rozmawiając sobie przez telefon z podobnymi sobie koleżankami.
A najlepsze, kurwa, że Szymi dał jej trzy warunki, jak się o wszystkim dowiedział, i sam potem taki zadowolony z siebie nam mówił o nich, że tak ją kurwa sprowadził do pionu.
1. Szymi i Karyna śpią od teraz w osobnych łóżkach.
2. Gdyby starej Szymiego nie było w domu to Karyna ma gotować obiady.
3. Gdy będą się ruchać, to Szymi kończy poza jej cipką.
♦ ♦ ♦
Kiedyś porównałem Paulinę do Ciri z Cintry, i w sumie zakończenia losów obu z nich są dla mnie równie gorzkie. Ciri dlatego, że jakość Wiedźmina spada z każdą kolejną książką, by w dwóch ostatnich osiągnąć poziom kompletnego gówna, a Pani Jeziora ma jedno z najchujowszych, najbardziej żałosnych zakończeń, jakie kiedykolwiek miałem nieprzyjemność przeczytać. Pauliny zaś dlatego, że zniknęła z mojego życia. Nie było happy endu – była tylko podpita półnaga dziewczyna śmierdząca szlugami, która dała wsadzić sobie w cipę brudne łapy kilku Sebastianów, dla których nic nie znaczyła, i nastoletni kretyn, który nie odczytał wysyłanych przez nią wcześniej nieśmiałych romantycznych sygnałów.
Poszliśmy do różnych szkół średnich – ona ze swoim Sebą, ja z depresją. Nie oglądała się za siebie, za starymi znajomymi, i może dobrze, bo przeszłość nie trzymała jej uwiązanej na łańcuchu. Zawsze była żywą, energiczną i wesołą osobą, a te cechy nie idą w parze z rozpamiętywaniem przeszłości.
Podczas gdy ja katowałem się, ubolewając nad błędami z przeszłości, ona z chłopakiem rozstawali się i wracali do siebie chyba z dziesięć razy, a Paulina za każdym razem zmieniała statusy na jakichś Facebookach kurwa ePulsach, plus kasowała wspólne zdjęcia, jakby chciała wymazać z historii pewne rozdziały. Nie udało się z Hatszepsut, więc wątpię, by i jej się powiodło. Google przechowuje kopię każdego maila, który wysłaliście i odebraliście, pewnie serwery Facebooka mają też bogatą kolekcję jej samojebek z Sebastianem, pod które Zuckerberg wali konia po nocach.
Później na jej profilach zostawały tylko fotki jej stóp, jedzenia i motywujące obrazki dla bezmózgów, dające im poczucie wyjątkowości i niepowtarzalności. Wiecie, te z gatunku „ubiera się na czarno, ale jej dusza jest pełna kolorów” albo „ty go kochasz, ale on ma już chłopaka”.
Jej Seba wyglądał mi zawsze na absolutnego prymitywa, z masą mięśniową wypełniającą bez reszty łysą czachę, spuszczającego się pod ociekające homoerotyzmem zawody MMA, wybory miss Bum Bum i pajaców w maskach i ciasnej bieliźnie udających, że ich wyreżyserowane przytulanki to tak naprawdę prawdziwe walki. Podczas, gdy jakaś romantyczna, głęboko romantyczna dusza, skomponowałaby Paulince serenadę i później zagrała ją pod oknem, on mógłby co najwyżej iść pod jej blok w środku nocy, i z bitem puszczonym na dwukaseciaku zarapować refren Umysłu bogacza. Tyle było w nim finezji.
I nie, moja ewentualna zazdrość w tamtym okresie wcale nie wyostrzyła mojego krytycznego osądu wobec jego osoby.
Po maturach zamieszkali razem w kamienicach podobnych do tych, do których został zesłany mój stary. Wyobrażam sobie, że zachłysnęła się tą nagle nabytą dorosłością, bo w kolejnych kilka lat naprawdę się zmieniła. Zrobiła się z niej niezła imprezowiczka, nie było chyba w promieniu stu kilometrów jakiegoś większego klubu, w którym z koleżankami nie najebałaby się do nieprzytomności przynajmniej raz. Fotki ich rumianych, szczerzących się półprzytomnie buzi najpierw wszystkie wrzucały do sieci, a po wytrzeźwieniu naprędce usuwały, bo przypał jak chuj.
Pewnie szalałaby tak dalej, ale w końcu wzięła ślub z Sebkiem, co oczywiście znaczy ni mniej, ni więcej, że niechcący ją zalał. Standard.
Widziałem się z nią parę razy od tego czasu, i wiecie co? Chyba ciąża dobrze na nią wpłynęła, gdy się nad tym głębiej zastanowić. Po pierwsze nie wpadła jakoś super młodo, więc miała czas żeby się wyszumieć przed lawiną macierzyńskich obowiązków, czego nie można już powiedzieć o partnerkach Szymiego, Emila i Spermy. I po drugie, rola matki jej jednej jakoś po prostu pasowała. Wiecie, co mam na myśli? Znałem Paulinę bliżej, niż ktokolwiek inny z paczki, i gdyby ktoś mnie zapytał, kogo widzę w roli rodzica, ona figurowałaby na pierwszym miejscu. Była troskliwa, bezgranicznie jej ufałem, i przy okazji zawsze czułem się w jej towarzystwie lepiej, jakoś tak ciepło i bezpiecznie.
Także jakkolwiek bym nie gardził jej lubym, cieszę się jej szczęściem i życzę najlepiej.
Pamiętam dwa spacery, na które się wybraliśmy we dwójkę – jeden jeszcze przed tym, gdy zaszła w ciążę, i drugi już z dwójką jej dzieciaków. Podczas tego pierwszego czułem się jak za dawnych czasów, powspominaliśmy parę rzeczy, poza wątkiem sercowym rzecz jasna, tego nigdy jej nie wyznałem, bo w najlepszym wypadku w niczym by to nie pomogło, a w najgorszym tylko wprowadziło mocno niezręczną atmosferę. Mimo wszystko poczułem się dzięki temu wypadowi lepiej, jakoś mi ulżyło, pokonałem jednego demona pedofila sługę szatana, z którym zmagałem się od lat. Najprawdopodobniej dlatego, że wreszcie mogłem nieformalnie pożegnać się z Paulinką, domknąć naszą wspólną historię, czego nie mieliśmy okazji zrobić w gimnazjum. Brzmi trywialnie? Może i tak było w rzeczywistości, ale potrzebowałem tej ostatniej chwili sam na sam z nią, szczerej, i bez zajebanego motorka na jej plecach, który chciała mi opchnąć żeby mieć za co walić w dekiel.
Zmieniliśmy się. Oboje. Po mnie może nie było widać wielkiej różnicy na zewnątrz, po niej już bardziej. Pochwaliła mi się też kilkoma dziarami, opisując która co symbolizuje, i że planuje sobie na urodziny zrobić wzorek pod piersiami, a potem coś dużego na plecach, bo Sebkowi się takie podobają. Pochwaliłem je, i zwróciłem uwagę na jej posturę, bo wyraźnie pompowała na siłce i nabrała względnej tężyzny fizycznej w porównaniu z kruszynką, jaką pamiętałem.
– A co u ciebie? Trenujesz coś? – Zapytała.
– Nie, coś ty, żebyś wiedziała jaki się ze mnie zrobił mol książkowy!
Zaśmialiśmy się.
– Wiesz, pasuje ci to. Zawsze lubiłeś czytać i pisać. – Powiedziała po dłuższej chwili.
Drugi raz spotkaliśmy się parę lat później, gdy szła na spacer ze swoją dwójką dzieciaków, chłopcem i dziewczynką. Ten pierwszy zdecydowanie wdał się w ojca, ale dziewczynka była kroplę w kroplę podobna do mamy. No po prostu klon – te same hipnotyzujące niebieskie oczy, nosek, usta, nawet linia szczęki. Nie miała tylko dziurki po ospie na środku czoła. W sumie polubiła nowo poznanego wujka, a wujek polubił ją. Bardzo sympatyczna kruszynka, po mamie odziedziczyła też wyraźnie charakter, bo nie mogła się, kurwa, zamknąć nawet na pół minuty, gdy ja próbowałem rozmawiać z Pauliną. Czy raczej słuchać tego, co ona ma do powiedzenia, bo sam nie miałem wtedy specjalnie czym się chwalić. Ileż można na pytanie „co u ciebie” w kółko odpowiadać „okej, wszystko po staremu” albo „jakoś leci”?
Dla porównania, u Pauliny działo się dużo – podobno z mężem przejęli prawa do opieki nad córką Krystiana. Wyszło, że dorobił się ze swoją Karyną dwójki potomstwa, później się rozstali, każde wzięło po jednym gówniaku, i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że problem jego narkomanii dalej się nasilał, i gość został wysłany na kolejną terapię. Paulinka wkroczyła do akcji i przejęła rolę legalnego opiekuna.
Generalnie był to miły spacerek. W żadnym wypadku nie nazwałbym go tak osobiście ważnym jak ten poprzedni, ale dobrze było jeszcze raz zobaczyć się z Pauliną. Poprzednim razem żegnałem się z nią, jedną nogą stojąc w przeszłości i rozpamiętując historię, której nie mogłem zmienić, a w której w najgorszym wypadku mogłem się całkowicie zatracić – dobrze było więc zrzucić balast poczucia winy. Teraz po prostu szliśmy przez park, jak w miłym, aczkolwiek niekoniecznie koniecznym sequelu.
♦ ♦ ♦
I w końcu ja… po maturze poszedłem na studia, gdzie poznałem pewną dziewczynę, i przez jakiś czas naprawdę myślałem, że może wyniknąć z tego coś poważniejszego. Tak jednak się nie stało.
Po naszym bolesnym rozstaniu odszedłem z uczelni, z zamiarem rozpoczęcia życia na nowo, na neutralnym gruncie. Potrzebowałem zerwać ze wszystkim, co mi o niej przypominało, ale poza tym, jeśli mam być szczery, to życie na uczelni nigdy mi specjalnie nie pasowało – nie tylko nie czułem się tam dobrze, ale sama myśl o marnowaniu czasu na kompletne brednie wpół szalonych wykładowców, które nijak przydadzą mi się w przyszłości, budziły u mnie niechęć i cyniczny pesymizm. To, naturalnie, nie stan umysłu, w którym można przymuszać się do czegokolwiek, zwłaszcza wkuwania na pamięć czegoś, czego nie lubi się w najmniejszym choćby stopniu.
Cała ta frustracja, zawód, pustka, samotność i poczucie, że życie zaczyna wymykać mi się spod kontroli, musiały znaleźć w końcu ujście. Coś w końcu we mnie pękło, przestałem odczuwać jakąkolwiek presję społeczną, stając się na swój sposób obojętnym na wszystko wyrzutkiem, niewpasowującym się w normalną codzienność. Stąd być może moja fiksacja na punkcie przeszłości i dawnych czasów, na których kontemplacjach zjadłem zęby, i których spisywanie oraz dalsze redagowanie zajęło mi najprawdopodobniej tysiące roboczogodzin.
I wiecie co? Mimo wszystko nie żałuję. Pewnie, mogłem ten czas spędzić na czymś, co zapewniłoby mi materialnie lepszy byt, ale robienie za polskiego Mike’a Hanlona ma swoje zalety. Pisarstwo, czy sztuka ogółem, są wyrazami indywidualnej ekspresji, której dokonuje się na własnych warunkach. W pewnym sensie napawa mnie dumą pisanie o sraniu gównem z dupy do kibla, bo przynajmniej wiem, że to, co robię, nie bierze się z przymusu; jest czyste i szczere.
Na etapie, gdy zająłem się nieśmiałym i niedojrzałym spisywaniem pierwszych wspomnień, moi starzy przyjaciele w większości zdążyli już dawno zniknąć z mojego życia, z wyjątkiem kilku. Z Szymim, Emilem i Ziemkiem miałem dalej utrzymywać regularny kontakt, ale reszta albo wyjechała, albo znalazła sobie nowe towarzystwo, zwykle tylko bardziej patologiczne od poprzedniego.
Mnie przypadła rola samozwańczego strażnika naszej barwnej, połatanej fekaliami i krwią przeszłości, ale nie był to koniec moich przygód. O, nie. Czekało mnie ich jeszcze niemało.
Iza tak jak moi koledzy postanowiła iść naprzód, nie oglądając się wstecz. Nie mogę jej za to winić, bo nasze dzieciństwo potrafiło momentami przybierać tragiczny ton, ale od momentu, gdy zdała maturę i poszła na studia, do momentu, gdy przeprowadziła się z powrotem w okolicę, nie było dnia, gdy bym za nią nie tęsknił. Od najmłodszych lat starałem się być dla niej tarczą i chronić przed tym, co spotykało na porządku dziennym mnie – przed wstydem, bólem, strachem, samotnością, odrzuceniem. A może po prostu potrzebowałem kogoś, kto kochałby mnie, tak po prostu, sprawił, bym czuł się potrzebny. Ale mam wrażenie, że kiedyś powiedziałem już coś podobnego. Brakowało mi jej regularnego towarzystwa, tej platonicznej miłości i szczerej bliskości, która po części mogła być wynikiem tego, że spaliśmy w tym samym, kurwa, pokoju, ale to nieważne. Marnuję czas na swoje niegdysiejsze emocje, podczas gdy powinienem mówić o tym, co spotkało Izę po mojej maturze. Gdy zaliczyła swoją, wyjechała na studia do sąsiedniego miasta. Za kierunek obrała sobie psychologię, co uważam za strzał w dziesiątkę pasujący idealnie do jej osobowości. Pracowita była z niej dziewczyna – za dnia chodziła na uczelnię, wieczorami i w weekendy zasuwała jako barista w małej, lokalnej kafejce, która z upływem lat stawała się coraz to bardziej hipsterska, i akurat mówię to w formie pochwały. Fajna miejscówka, bardzo zaciszna, domowa wręcz.
Kasa była jej potrzebna na wynajem mieszkanka, na spółę z Anebellą i dwiema innymi dziewczynami. Oczywiście Emil, gdy tylko dowiedział się o tym, od razu zalał mnie falą pytań, czy śpią w jednym łóżku albo nacierają swoje nagie ciała wonnymi olejkami i we czwórkę nie masują w rytm syryjskiej muzyki, wodząc po wygolonych kiziach palcami niczym łaknące stosunku sukkuby. Nie żeby znał się na mitologicznych stworzeniach, po prostu grał akurat w Heroesy VI, gdzie sukkuby się pojawiają, i przy okazji są rude, więc nietrudno się domyślić, skąd wziął inspirację dla tego obrazu.
Jakoś na drugim roku wreszcie los uśmiechnął się do Izy, właśnie wtedy bowiem przypadkiem poznała Zuzę, w której zadurzyła się bez reszty i która z czasem jej uczucie nie tylko dostrzegła, ale również odwzajemniła. O tej dwójce i naszych wspólnych przygodach opowiem wam jednak innym razem, ponieważ Zuzka ma wbudowany w sobie generator inby tak mocny, że mogłaby zasilać małe miasteczko i dziwię się, jak mogła była urodzić się i wychować poza rewirem. Słowem, wpasowała się jak ulał do naszej rodziny.
Mówiąc o rodzinie, nie mogę wspomnieć o Ewelinie. Wyprowadzkę Izy zniosła chyba równie ciężko co ja, chociaż sama zachęcała ją do studiów i pochwalała wybór kierunku. Nie widziałem w niej nigdy nadopiekuńczego, despotycznego rodzica, ale nie jest tajemnicą, że nasza trójka trzymała się blisko jeszcze od czasu, gdy z siorką byliśmy zbyt mali, by zrozumieć problemy ojca.
Po matce odziedziczyłem bez dwóch zdań wspomnianą potrzebę bliskości. Izka zawsze była bardziej introwertyczna i samodzielna. Jej wyjazd zmienił na dobre dynamikę panującą w domu, pozostawił po sobie pustkę, a mama więcej uwagi i czasu zaczęła poświęcać pracy. Pomyślałby kto, że teraz, gdy jej córeczka wyfrunęła z gniazda, mogła wrzucić na luz i rozkoszować się zasłużonym spokojem i ciszą, podczas gdy jej rówieśniczki dopiero co poznawały, czym jest głupota gimnazjalnej młodzieży. Gdzie tam, jednak – od wyjazdu Izki Ewelina pracowała jeszcze więcej, niż wcześniej (gdy i tak tyrała jak maszyna), i koniec końców chyba nie wyszła na tym źle, bo w końcu awansowała na wyższe stanowisko, a potem jeszcze raz, w końcu otwierając drzwi dla mnie. Nie nazwałbym tego nepotyzmem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale bez jej pleców skończyłbym pewnie w jakimś trzyzmianowym czyśćcu z niepiśmiennymi kompanami. Uznałem, że jeśli już tyrać za psie pieniądze, to przynajmniej w ludzkich warunkach i godzinach.
Praca pochłonęła Ewelinę bez reszty, aż w pewnym momencie zacząłem się o nią bać, bo do domu przychodziła tylko po to, żeby się przespać. Tak było przez mniej więcej dwa lata, aż w końcu Milena musiała sprowadzić ją do pionu, wykorzystując do tego swoje moce naginania jej do swojej woli. Podziałało, mama wrócił do świata żywych, wznowiła życie towarzyskie i minimum raz w miesiącu wyskakiwały gdzieś razem na całe dnie, często z rosnącą jak na drożdżach Jagodą. Całe szczęście, bo serio, wykańczała się tym pracoholizmem.
Po tym jak wyszła z kryzysu, zaczął ją ostro wyrywać jeden znajomy ojca Kamila, którego poznała przez, a jakże, Milenę. Cieszyłem się, że tak jak Iza kogoś sobie wreszcie znalazła, bo poprzedni związek był dla niej pierdolonym piekłem, a ten typ wydawał się całkiem w porządku. Prymitywem na pewno nie był. Przeciwnie – miał własną firmę, potrafił się wysłowić i widać było, że szczerze zależy mu na Ewelinie. Pochodzili sobie… sam już nie wiem ile, coś koło dwóch lat, tak myślę, i w końcu rozeszli w swoje strony, bo najwyraźniej mieli inne podejście do całego związku. Sam z siebie nigdy nie wnikałem w to, co ich poróżniło, równie dobrze jedno z nich mogło nie chcieć się bardziej angażować, albo poprosiło o anala bez nawilżacza, w dodatku na publicznym parkingu, ale w końcu od Izy przypadkiem się dowiedziałem, że gość chciał dziecko, bo jego była żona była bezpłodna czy coś takiego.
Od tego czasu utrzymywali luźne, przyjacielskie relacje i a to do siebie wracali, a to znowu się rozstawali, ale zwykle byli dla siebie kimś w rodzaju booty call, korzystając z uroków życia bez krępujących zobowiązań.
♦ ♦ ♦
Każde polskie osiedle jest na swój sposób unikalne. Bez względu na to, jak nie byłyby podobne na pierwszy rzut oka, każde z nich ma swojego ducha, którego nie wyzbywa się nawet pomimo upływu lat. Chyba tylko kompletna przebudowa lub wyburzenie mogłoby być wystarczająco silnym egzorcyzmem, by go wykurzyć.
Rewir tu i ówdzie nieco się zmienił od czasu mojego dzieciństwa, ale generalnie zachował swój dawny klimat, dalej jest miejscem mi znajomym, kryjącym w sobie niezliczone wspomnienia, które ukształtowały niezliczoną ilość swoich mieszkańców. To jednak związek raczej jednostronny, bo jakkolwiek rewir nie byłby istotny dla nas, stanowiąc tło naszego okresu dorastania, nie mogę powiedzieć, byśmy my byli ważni dla niego. Byliśmy ledwie jednymi z wielu, którzy przewinęli się przez jego ulice, spisując po drodze własne historie. I ten cykl trwa nadal, kolejne małolaty są przez niego połykane, trawione, a część później wydalana.
Czy za dekadę lub dwie znajdzie się kolejny domorosły pisarzyna, który uwieczni swoje spaczone, zdegenerowane do szpiku kości wspomnienia, do których posiadania każdy normalny człowiek by się nie przyznawał? Kto wie? Być może. Wychodzę z założenia, że pisać każdy może, i tak długo, jak ma ku temu powód, nie powinien szukać powodu, by tego nie robić.
Nieważne, co kto powie, zapoznawszy się z napisanym tekstem. Czy uwierzą, czy nie, czy zainteresują ich losy bohaterów, a może ich imiona w ogóle nie zapadną im w pamięć. To nieistotne, bo pisać powinno się dla siebie samego, na swoich warunkach.
Tako rzekłem ja, opuszczając swą piwnicę, płomienny i potężny jako słońce poranne, gdy zza ciemnych wschodzi bloków.
[65] The Smashing Pumpkins – Disarm
[66] The Cranberries – Promises
