Odkąd tylko dojrzałem na tyle, by zrozumieć przynajmniej pewien procent otaczającego mnie systemu, norm, schematów i praw, zacząłem dostrzegać bezcelowość szkolnego wyścigu szczurów i walki o dobre oceny, kosztem własnego szczęścia i rzeczywistego rozwoju. Widzicie, od najmłodszych lat nauczyciele tłukli nam do głów bezużyteczne bzdury, które nie odnajdują jakiegokolwiek zastosowania w normalnym życiu. Za przykład niech posłuży mi stary sprawdzian siostry, który znalazłem podczas wiosennego sprzątania domu, gdzie jedno z pytań głosiło: „podaj trzech autorów, którzy spisali mitologię rzymską”. Odpowiedziała na nie poprawnie, pytanie tylko dlaczego w ogóle ktoś tego od niej wymagał? Co miałaby dać jej ta wiedza? Samą znajomość mitologii rzymskiej pochwalam, ale nie jestem w stanie pojąć, czym nieraz kierują się nauczyciele i cały system oświaty, wymagając od uczniów takich bredni.
To jeden problem, ale poza nim trzeba zaadresować drugi, po części z nim powiązany. Wedle jakich kryteriów byliśmy przez te wszystkie lata oceniani? Sztywne oceny nie mają najmniejszego sensu, bo nie pokazują, gdzie rozumowanie ucznia było błędne, i dlaczego. Gdyby Iza nie podała tych trzech jebanych autorów, jej ocena mogłaby ulec obniżeniu do takiego samego poziomu, jaki osiągnął ktoś, kto być może znał owych autorów, ale miał za to fundamentalne braki w faktycznym temacie sprawdzianu.
Oceny to nic więcej niż bezużyteczne łatki przyklejane uczniom w zależności od tego, czy potrafią wykonywać konkretne polecenia albo są zdolni replikować odgórnie podany im tok rozumowania, jakiego się od nich oczekuje.
Pod koniec trzeciej klasy, gdy staliśmy u progu matur, srając z ich powodu w cottonworldy, większość moich rówieśników srała podwójnie, dostając palpitacji za każdym razem, gdy padały słowa „oceny na koniec”, jakby miały jakiekolwiek znaczenie i cokolwiek sobą oddawały, cokolwiek rzeczywiście oceniały.
Trudno żebym przy swoim wzroście i posturze miał same piątki z wuefu, podczas gdy moje wyniki ćwiczeń były oceniane według tych samych kryteriów i oczekiwań, co u na przykład dwumetrowego Spermy. Czy ktokolwiek racjonalnie założyłby, że w biegu dystansowym osiągnę porównywalny do niego wynik, ze swoimi krótkimi nóżkami? A może że Iza będzie radzić sobie podczas gry w koszykówkę, będąc jeszcze niższą ode mnie?
Albo odwrotnie, dlaczego podczas klasówki z geometrii przestrzennej, na której Buldog niechcący dała nam zadanie grubo wykraczające poza normalny zakres nauczania, i ja jako jedyny je rozwiązałem, inni nie dostali ocen wyższych niż trójki tylko dlatego, że sobie z nim nie poradzili? Bekon jak chuj, bo podczas omówienia Buldog otwarcie powiedziała nam, że ona sama by go nie zrobiła, bo nie ma takiego wzroku przestrzennego. Co nie zmienia faktu, że i tak nikt poza mną nie dostał wtedy wysokiej oceny, chociaż normalnie to jechałem z tego przedmiotu na trójach. Okej, mogłem się puszyć jak skurwysyn, skoro pokonałem nawet nauczycielkę z kilkoma dekadami stażu, ale dlaczego inni dostali kopa w dupę za to, że nie posiadali wiedzy, która wykraczała poza poziom standardowej matury i w teorii nie była od nich wymagana?
Jeszcze zabawniej było, gdy w jednej z próbnych matur znalazł się błąd, wskutek którego poprawna odpowiedź na jedno z pytań była traktowana jako niepoprawna i w ten sposób uczniowie nie dostawali za jego poprawne rozwiązanie punktu. Gdy ktoś zwrócił na to uwagę przy odbieraniu naszych prac, nauczycielka stwierdziła, że tak by nas oceniało CKE i że chuj nam w dupy, bo ona nie da nam punktów, które nam się należą, mimo że wie, że na nie zasługujemy.
Teraz wyobraźcie sobie, że taka akcja odpierdala się na wszej prawdziwej maturze i że błąd jakiegoś gryzipiórka spada na wasze barki. Chociaż może nie musicie, takie sytuacje mają miejsce średnio raz na kilka lat, a nuż sami padliście ofiarami jednej z nich.
Co staram się wytłumaczyć, to fakt, że oceny nie oddają ani wiedzy, ani potencjału ucznia, tylko jego przystosowanie się do ogólnych oczekiwań, bez względu na to, czy mają sens, czy nie, albo czy jest w stanie im racjonalnie sprostać.
Rezultatem jest właśnie wspomniany wcześniej wyścig szczurów o lepsze oceny, poprawianie ich bez końca i marnowanie czasu na przedmioty, które na dobrą sprawę latają wam koło chujów. Bo kurwa świadectwo maturalne będzie brzydkie z kilkoma dwójami!
Wielka panika, trzeba poprawiać dopy z biologii albo PO, szybko, szybko, chociaż nikt nie wybierze się studiować jakiegokolwiek pokrewnego z nimi kierunku, albo nie będzie eksplorował go samodzielnie, z czystej ciekawości i potrzeby samodoskonalenia!
Nagle edukacja w szkole przestaje polegać na zdobywaniu wiedzy, a dostawaniu zadowalających ocen. Nikt nie zapyta was, kim jesteście i w jaki sposób myślicie czy dochodzicie do pewnych konkluzji. Liczy się tylko to, czy potraficie przyswoić sobie ni mniej, ni więcej to, co ktoś wam karze, niczym maszyny.
I tego właśnie oczekiwała od nas większość nauczycieli, z jakimi spotkałem się w życiu. Dwa wyjątki, jakie przychodzą mi do głowy, to Baryła (nauczycielka polskiego) i ksiądz, z którymi mieliśmy zajęcia w liceum.
Zacznijmy od tej pierwszej, która z przysposobienia była naprawdę miła i starała się zrozumieć swoich uczniów, zamiast nakazywać im bezwolne zapamiętanie tego, czego wymagał od nich program nauczania. Jeśli ktoś popełnił na jakimś sprawdzianie błąd, pisała mu na marginesie długą notkę, w której wyjaśniała co, jak i dlaczego. Także szacun za nastawienie, oby tylko było więcej nauczycieli takich jak ona. Aż wstyd mi, że czasem sam z niej sobie trochę śmieszkowałem z innymi, bo z wiekiem zacząłem spoglądać na jej osobę z zupełnie innego kąta.
Oceny miałem u niej różne – z wypracowań, recenzji czy czegokolwiek, gdzie można było okazać jakąkolwiek kreatywność i twórczość, dostawałem zwykle same czwórki-piątki, a z Wiedzy o Kulturze szóstki, także jest kurwa wysoko. Z kolei z klasówek, na których odgórnie wymagana była znajomość jakiegoś bezużytecznego gówna, jak zidentyfikowania utworu, z którego pochodzili Józio i Rózia, jechałem na dwójach-trójach, już wtedy czując w kościach bezsens zakuwania wszystkich tych zupełnie zbędnych informacji. Nawet nie będę elaborował na temat testów, gdzie mieliśmy zakaz strzelania w ciemno, jeśli nie znamy odpowiedzi, bo to dopiero było mocno zjebane.
Nie zmienia to jednak faktu, że Baryła znała nas dobrze. Być może nawet lepiej, niż znaliśmy się sami. To ona podpowiedziała mi, jaki temat do prezentacji maturalnej powinienem wybrać, bo od razu jak go zobaczyła, to pomyślała o mnie. I wiecie co? Miała rację, temat okazał się strzałem w dziesiątkę, chociaż wtedy nie wiem, czy bym go świadomie wybrał.
Drugim nauczycielem, którego wspominam dobrze, był, uwaga, ksiądz „uczący” nas religii. No nieźle, co? Żeby ateista z zapędami nihilistycznymi wychwalał księdza, chociaż wzgardza tym, że religia w ogóle została wprowadzona do szkół?!
Nie o religijne bajeczki się tu jednak rozchodzi, a o filozoficzne nastawienie tych zajęć. W przeciwieństwie do tego skurwiela Rafałka z gimbazy, jebanego fanatyka, ten nie starał się nam nic wpajać, tylko słuchał tego, co mamy do powiedzenia. Większość klasy oczywiście tego nie dostrzegała i po prostu bezwolnie wykonywała polecenia w taki sposób, w jaki zostali nauczeni w ciągu tych wszystkich lat. Jeśli dostawaliśmy do napisania pracę „czym jest dla ciebie Kurwa Niebieska”, lali wodę o tym, że jest taki ważny, i że uwielbiają go, i masturbują się pod myśl o nim po nocach, bo jest taki idealny, a Jezus to już w ogóle, z takim boyem raz w dupę to nie pedał.
Dostawali później za te wypociny jakieś tam trójki, bo wpisywali się w cały ten schorzały system nie bazujący na nauce i rozwoju, tylko na bezmózgim powielaniu wyuczonych schematów. Ciekawym jest natomiast to, że taki bezbożnik jak ja dostawał wtedy piątki i szóstki, odpowiadając na pytania szczerze, nie próbując dostosować się do bezmyślnych mas. Pisałem poważnie, punkt po punkcie przedstawiając swój światopogląd, nie wspominając nawet raz słowa „bóg”, i to właśnie ksiądz najwyraźniej doceniał, bo nie starał się prowadzić lekcji religii, tylko filozofii wręcz.
I to właśnie mi się bardzo podobało. Otwartość i próby zrozumienia tak samego siebie, jak innych. Nawet, jeśli religia fundamentalnie prowadzi ku autorytaryzmowi, to nawet radykalny liberał mojego pokroju potrafił znaleźć na tych zajęciach coś wartościowego, i uczestniczyć w pewnego rodzaju dialogu.
Cała reszta nauczycieli w naszej szkole nie zaprzątała sobie głowy słuchaniem opinii uczniów, bo dlaczegóż mieliby robić coś więcej, niż było od nich wymagane w umowie o pracę? Przekazywali nam tematy lekcji, suche fakty nieokraszone jakimikolwiek przykładami praktycznymi, rujnując nawet najciekawsze zagadnienia. Wierzę szczerze, że gdyby wykazali się wtedy odrobiną kreatywności i niesztampowego myślenia, mogliby zainteresować nas prawie że wszystkim, czego uczyli. Z drugiej strony, gdyby byli takimi niezależnymi myślicielami, nigdy nie zostaliby trybikami w całej tej edukacyjnej machinie, prawda? Nie, gdy opiera się ona na niekończącym się cyklu przysposabiania kolejnych generacji przez już przysposobione generacje.
I tak jak ręka rękę myje, niemyślący uczą jak nie myśleć, świadomie lub nie zamykając całe to błędne koło.
Oceny same w sobie, jako numerki, nie znaczą nic. Znaczenie i wagę nadaje się im samodzielnie. Trzeba przymusić się do postrzegania ich jako coś ważnego, jako wyznacznik wiedzy, wartości ucznia, czegokolwiek.
Iza traktowała je na przykład dużo, dużo poważniej niż ja. Ba, mnie nawet nierzadko nie chciało się spamiętywać planu lekcji, i dopiero po dwóch czy trzech miesiącach semestru sam wskakiwał mi do głowy. Przyznam się, że w gimnazjum chyba trochę jej czasem zazdrościłem czwórek i piątek na kartkach, jakie mama przynosiła z zebrań, bo widziałem, jaka jest wtedy dumna z córeczki. I ja też byłem z Izki dumny, ma się rozumieć, ale jakaś niepożądana cząstka siedząca głęboko we mnie, chciała chyba być na jej miejscu. Na całe szczęście skutecznie ukatrupiłem ją w kolejnych latach, wydaliłem z siebie jak tłuste gówno na kacu, pojmując, jak bezwartościowe szkolne oceny są, i przy okazji wyzbywając się jakiejkolwiek toksycznej goryczy związanej z „rywalizacją”, jaka mogła się we mnie lgnąć względem siostry.
Dużo gorszą sytuację miał jednak Szymi, który poza tym, że był oceniany w szkole, był również oceniany w domu, będąc bezustannie przyrównywanym do starszego brata. Nie znałem typa bliżej niż z widzenia, bo był od nas starszy o chyba siedem czy osiem lat, jak ciotka Beata i Ewelina, a to robi ogromną różnicę w młodym wieku. Gdy my szliśmy do podbazy, on już ją kończył, więc traktował nas jak powietrze i w ogóle z nami nie gadał. Później poszedł do woja, więc zupełnie zniknął z okolicy, preferując towarzystwo gorących, umięśnionych chłopaków, w których towarzystwie sypiał; gotowych na wszystko, tylko nie samodzielne podejmowanie jakichkolwiek decyzji.
Jego rodzice traktowali go zawsze jak złote dziecko, i chyba oczekiwali, że Szymi będzie z automatu na jego poziomie, chociaż był młodszy o prawie dekadę. Bezustannie powtarzali mu żeby brał się do roboty, bo jeszcze dodawać nie potrafi, a jego brat to już pierwiastki nakurwia!
I pal licho, że Szymi zawsze miał braki w podstawowej wiedzy, nie potrafił odróżnić PZPNu od PZPRu, a w liceum, gdy omawialiśmy ataki z 11 września, pierdolnął, że stała za nimi Al-Jazeera. Z tego można się oczywiście pośmiać, i to konkretnie, ale trudno oczekiwać, żeby od urodzenia myślał i zachowywał się o dziesięć lat dojrzalej. Jego stara chyba gardziła nim bardziej, niż gardziły nim prawilne Sebki na osiedlu, i non stop dochodziło u nich w domu do potężnych spięć, porównywalnych z tymi, które odpierdalały się u nas, gdy stary był pijany. Minus damski boks, no bo kurwa bez przesady.
I w tym tkwi subtelna różnica między metodami wychowawczymi Eweliny, a starymi Szymiego. Mama traktowała mnie i Izę na równi samej sobie, dając nam szansę do udowodnienia, że zasługujemy na to zaufanie, ale nie wymagając od nas, że będziemy zachowywać się jak dorośli z bagażem doświadczeń. Nie dyskryminowała nas z powodu dziecięcości, nie ganiła za niedojrzałość, ani nie stawiała naprzeciw sobie, oczekując, że oboje będziemy idealnymi piątkowymi uczniami. Akceptowała nas takimi, jakimi byliśmy, chyba że musiała odbierać nas z komisariatu, gdzie byliśmy zamknięci w klatce jak jebane zwierzęta, albo koledzy nie przynosili nas na plecach pijanych do nieprzytomności. Poza tymi naruszeniami zaufania, było dobrze, gdy dostawaliśmy dobre oceny, ale nie było źle, gdy powinęła się nam noga albo po prostu mieliśmy twardo wyjebane na przedmioty, z którymi w ogóle nie wiązaliśmy przyszłości, zwłaszcza że i tak system oceniania jest gówno wart, skoro taką samą wartość ma w nim znajomość tematu, jak i nazwiska autorów książek mu poświęconych. Super nauka, kurwo!
