Od autora

W trakcie jednego ze swoich najdurniejszych występów we wrześniu 2018, podczas którego myślał, że jest następnym Bruce’em Dickinsonem wykrzykującym frazesy o Numerze Bestii, Alex Jones, jedna z najbardziej reprezentacyjnych twarzy amerykańskiej konserwatywnej prawicy, zdjął maskę osła, którą zasłaniał podczas tej tyrady czystego debilizmu twarz. Niespodzianka! Pod spodem nie znajdował się człowiek, lecz reptilianin – zimnokrwisty gad, jeden z tych, które chcą nas zacipować, i których karze wystrzegać się przed nami każdy szanujący się kult, od tego słynnego Aśtara Serana i jego sidekicka Lorda Gorloja, po partię Korwin. Ha, nikt się tego, kurwa, nie spodziewał!

Skąd ta analogia, zapytacie? Czemu innemu niż bezlitosne prześmianie miałby służyć świr, który ukrył twarz pod maską ukrytą pod drugą maską? Odpowiedź jest prosta – obrazowemu ukazaniu mojej winy. Sam, z pobudek, które wam zaraz wyjawię, skryłem się na przestrzeni lat pod więcej niż jedną komfortową maską relatywnej anonimowości, ćwiartując przy tym swoje życie na drobne kawałeczki, które za nic w świecie nie mogły się ze sobą łączyć – inaczej cała iluzja posypałaby się, a prawda o tym, że tak naprawdę są fragmentami jednej, spójnej całości, wydała się.

Rewir zrodził się jako szczera chęć opowiedzenia innym historii, których byłem świadkiem w młodości, a z którymi nie chciałem się rozstać, czy trzymać ich na wyłączność. Pamięć bywa ulotna, i podczas prac nad aż czterema wydaniami, każdym ociupinkę obszerniejszym od poprzedniego, przekonałem się o tym z pierwszej ręki. Dopasowanie do siebie pewnych skrawków wspomnień kołaczących się w mojej głowie, prześledzenie ciągu przyczynowo-skutkowego w życiach głównych bohaterów i zadbanie, by oddać im należyty szacunek, było zadaniem ciężkim, bo opowieści, zwłaszcza pierwszych kilkadziesiąt, pisałem spontanicznie i bez planu na zbudowanie z nich czegoś większego.

Tu też docieramy do ogromnego błędu, który popełniłem, a tym było sukcesywne ogałacanie niektórych wspomnień z kluczowych elementów, które powinienem był pozostawić na swoim miejscu.

Głównym powodem tego procesu było moje samolubne cierpienie, którego wtedy nie chciałem dopuścić do Rewiru. Ból, upokorzenie i wstyd, które odczuwałem przez ojca alkoholika, były ogromne, paraliżujące, i dlatego usunąłem go całkowicie z historii. Stworzyłem alternatywny świat, gdzie po moich narodzinach porzucił moją mamę. Świat, gdzie nigdy jej nie obrażał, nigdy jej nie bił, nigdy nie zranił nas bardziej, niż słowa są w stanie to opisać. Rewir nigdy nie był moim power fantasy, co to, to nie, ale gdy już zdecydowałem, że chcę skoncentrować się na historiach moich przyjaciół i bliskich, z protagonistą pełniącym rolę raczej pasywnego obserwatora bez własnej osobowości i targających nim myśli, nie było odwrotu. Ojciec został więc kategorycznie wyjebany z tej wersji mojego życia, a razem z nim tona żałości i mroku zalegających w moim sercu. To, jak miało się okazać, było jednak niczym więcej niż zamieceniem śmieci pod dywan.

Izę wyciąłem ze swoich opowieści z odwrotnego powodu niż ojca. Siostrzyczka jest naprawdę najdroższą mi na świecie osobą, za którą bez wahania wskoczyłbym w ogień, niech mi Kurwa Niebieska świadkiem, chociaż nic niewarte to słowa, bo chuj nie istnieje. Chciałem ją w pewnym sensie chronić, a skoro i tak bohater Rewiru był już bękartem, młodsza siostra tylko komplikowałaby kwestie rodzinne w opowieściach i nie wiedziałbym, w jaki sposób mógłbym o niej pisać, skoro integralną częścią naszych bolesnych przeżyć był ojciec. Gdy wyrzucić go z równania, relacje między mną a Izką stałyby się niezwykle jednowymiarowe i nienaturalne. Tego, oczywiście, nie chciałem, skoro jak już wspomniałem, początkowym założeniem Rewiru było nie tylko snucie opowieści o dawnych dziejach, ale również należyte i wierne przedstawienie jego bohaterów, którzy na taką szczerość zasługują. Jestem im to winien. Podjąłem więc decyzję, by nie wplątywać w cały ten projekt siostry, choć wraz z tworzeniem kolejnych rozdziałów, ciążyło mi to tylko bardziej i bardziej (i przez co przechrzciłem naszą ciotkę Beatę na Izę, by chociaż cząstka mojej siorki istniała w świecie Rewiru). To jeszcze bardziej przyczyniło się do odarcia narratora z osobowości i uczuć, pozostawiając jedynie archetyp zranionego kronikarza tęskniącego za okresem dzieciństwa.

Trzecią osóbką, która nie znalazła się w Rewirze, była Paulina. Powodem tego było moje zgorzknienie i obrzydzenie wobec własnej osoby. Było mi wstyd. Tak koszmarnie wstyd mówić o tym, co mogło było między nami zaistnieć, ale czego szansę bezpowrotnie zaprzepaściłem.

Pisanie otwiera duszę autora, ale nie następuje to od razu. Rewir został zbudowany na uproszczonych do bólu fundamentach, którymi była większa część mojej paczki przyjaciół. Wiele detali zachowywałem dla siebie, by wrócić do nich po jakimś czasie, i wreszcie zdecydować, by zasilić nimi mitologię Rewiru. Za przykłady niech posłuży Tymek czy Milena. Analogicznie było z Pauliną, i Izą również, gdy zabrałem się za pisanie drugiego, samodzielnego, cyklu historyjek. Nie od razu byłem w stanie podjąć tematy tak delikatne i personalne, stąd Paulinę z początku starałem się nieco trywializować, by dopiero później szczerze wyznać, co tak naprawdę do niej czułem, i kim tak naprawdę dla mnie była.

Pisanie zaiste otwiera, stopniowo, co przy normalnej formie publikacji nie stanowi większego problemu, bo poprawki i korekcje można wprowadzić po cichu, zanim ktoś zobaczy coś, czego nie powinien. Dzieląc się jednak z zainteresowanymi słuchaczami historią po historii, nieraz na porządku dziennym, spisywanymi chaotycznie i nierzadko niechlujnie, nie miałem tego luksusu, w efekcie czego pewne wątki, które opuściłem, nie mogłyby zostać ot tak dodane do już uznawanej za kompletną całości.

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia w temacie Rewiru, po kilku, jeśli nie kilkunastu miesiącach nieobecności, pojawiam się i ogłaszam wszem i wobec, że część z tego, co do tej pory podawałem za faktualne, jest tak naprawdę ogołocone z paru ważnych detali. Ba, detali, brakuje w nich całych osób z krwi i kości, jak choćby Szymiego, który wydawało mi się wtedy, byłby uznany za zbyt jednowymiarowego, a jego fascynację rapem za gimmick.

Chociaż chyba nie musicie sobie tego wyobrażać, biorąc pod uwagę, że właśnie wywinąłem taki numer.

Zrezygnowałem z kontynuowania Rewiru i chciałem go zamknąć, na dobre, w takiej formie, w jakiej go pozostawiłem, czyli niekompletnej. Nie znaczy to jednak, że zrezygnowałem z opowiadania o czasach dorastania na dobre – nie. Raz czy dwa udzieliłem się w innych tematach, zakładając inną maskę gwarantującą mi anonimowość i wykorzystując pewne niecne sztuczki, jak choćby opisując z pierwszej, mocno uwstecznionej zresztą, osoby coś, co było przeżyciem kogoś innego, lub siląc się na dużo wulgarniejszy język, wtapiając się w tłum innych internautów również dzielących się swoimi dziwnymi przygodami. Nie jestem z tego dumny i nigdzie to mnie nie zaprowadziło, jeśli nie liczyć zawodu ze zmarnowania kilku dobrych tematów, które mogłem był wpleść w Rewir i należycie rozwinąć od razu, za pierwszym razem.

Tutaj za przykład niech posłuży opowieść o Śmietankowych Niedzielach Siwego, zawierająca przy okazji opis zgonu głównego bohatera. To tak naprawdę zlepek dwóch osobnych wydarzeń i dwóch kompletnie różnych osób. Na sopel lodu zamarzł Mati z gangu Sebka, a nie Siwy. Siwy nie był z kolei nazywany Cyganem, choć rzecz jasna jest to jawnym odwołaniem do prawdziwych cyganów, którzy mieszkali w okolicy, opowiedział nam on natomiast o mamie pomagającej mu sikać mleczkiem. To akurat najprawdziwsza prawda, a powodem jej nieobecności w oryginalnych wydaniach Rewiru jest stopień jej obrzydliwego spaczenia i nieprawdopodobności. Kilku czytelników oryginalnego Rewiru nie wierzyło na przykład, że po rozpyleniu przez Kamila gazu pieprzowego na szkolnym korytarzu nie wezwano na miejsce policji. Co powiedzieliby więc, gdybym ni z gruchy, ni z pietruchy, wyjechał im z matką walącą konia swojemu synowi w kąpieli?

Bardzo podoba mi się cytat Marka Twaina: „prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda – nie”, który dobrze chyba obrazuje, dlaczego postąpiłem wtedy tak, a nie inaczej. Prawdziwość Rewiru nie musiała iść w parze z jego prawdopodobnością, dlatego część najpikantniejszych i najwulgarniejszych historii nie znalazło w nim pierwotnie należnego miejsca.

Tu docieramy do drugiego cyklu moich opowieści, które zostały później ochrzczone mianem Patolni. Mowa tu oczywiście o historiach Pauliny, Szymiego i Gówniarza. Zacząłem pisać je będąc w emocjonalnym dołku, dużo silniejszym niż podczas prac nad Rewirem. Stany depresyjne doprowadziły mnie na skraj wytrzymałości nerwowej i musiałem upuścić nieco pary, inaczej chyba bym implodował z nadmiaru żółci zatruwającej mi żyły.

Plan był prostszy niż u Pawła Jumpera: chciałem pisać o tym, co czuję. Nie o tym, czego byłem świadkiem, ale o tym, co (no kurwa) rzeczywiście myślę, co przeżyłem wewnątrz. Nowe opowieści, z początku równie spontaniczne co oryginalne historyjki Rewiru, miały być jego dokładnym przeciwieństwem, tak, by nikt nie domyślił się, że tak naprawdę dopełniają go, łatają luki i uzupełniają braki.

Miejsce bezosobowego narratora, który biernie obserwuje inby odpierdalane przez innych, zajął nowy – chłodny cynik, wyprany ze wszystkiego, co pozytywne, spowity mrokiem i otoczony cierpieniem, osądzający i dokonujący bolesnego rozrachunku. Czyli ja.

Barwne i złożone tło Rewiru musiałem wyrzucić do kosza, bo szczerze powiedziawszy nie byłem w nastroju by wymyślać nową, fikcyjną. Stąd bohaterowie nowych opowieści są opisani bardzo zdawkowo i nie siliłem się by należycie osadzić ich w uniwersum. Przykład? Regularnie wykorzystywanie „Sebków” w odniesieniu do nienazwanych znajomych – tych samych nierzadko, którzy pojawili się nie raz, nie dwa w Rewirze. Albo Gówniarz, który dla przeciwwagi jako realna osoba nigdy nie istniał, ale stanowi amalgamat Spermy i Emila, czy raczej ich najobrzydliwszych części składowych, bez innych istotnych cech charakteru obecnych u powyższej dwójki w realnym świecie oraz Rewirze.

Nowe opowieści były dla mnie okazją do popuszczenia wodzy i skończenia z głowieniem się, czy coś jest zbyt szalone, by czytelnicy uznali to za wydarzenie realistyczne. Przestałem o to dbać. Życie to życie, nie musi wydawać się prawdopodobne, by było prawdziwe.

Przez kolejnych kilka tygodni odpowiadał mi taki stan rzeczy – wylewanie z siebie żali było niezwykle terapeutycznym przeżyciem, zwłaszcza, że robiłem to w impulsywny sposób, czyli jedyny, w jaki można pracować z kotłującymi się pod skórą negatywnymi emocjami.

Nowe opowiadania nigdzie jednak nie prowadziły, podczas gdy Rewir wraz z upływem czasu stał się analizą rozwoju i rozpadu przyjaźni bohaterów. Nie miały one ani początku ani żadnego potencjalnego końca majaczącego na horyzoncie, żadnego morału, jeśli w ogóle mogę użyć tego słowa w tym kontekście.

Jakkolwiek bym na nie nie patrzył, stanowiły one elementy większej układanki – takiej, która już miała jasno opisany prolog i epilog. Dlatego też, gdy zapasy mojej weny twórczej, zaiste kapryśnej kochanki, zaczęły się całkowicie dopalać, zrezygnowałem z podsumowania wszystkiego, co do tej pory opublikowałem. Po prostu zwinąłem żagle i pierdoliłem jak MC Omen podczas nagrania.

Wielokrotnie, w okresie publikacji obu cyklów, zarzekałem się, że brakuje mi pomysłów na nowe opowieści, ale nie zawsze było to prawdą. Podczas prac nad Rewirem miałem niemały zapas wspomnień, ale te w większości były zbyt gorzkie i cuchnące, by pasowały do tego ówczesnego nieco sterylnego, wyidealizowanego uniwersum, oczywiście jeśli założyć, że „wyidealizowany” oznacza „niezawierający tego, co absolutnie najgorsze i najboleśniejsze”. Nie miałem więc o czym pisać w Rewirze, ale w głowie szalały mi dziesiątki co bardziej ekstremalnych wspomnień, które mógłbym ubrać w słowa i opublikować w ramach innego projektu. Tak też się stało, ale wraz z tworzeniem, lista większych tematów do poruszenia zaczęła mi się kurczyć, w końcu pozostawiając tylko drobne skrawki, które mimo, że mogły być zabawne czy smutne, nie były na tyle duże, by coś na nich zbudować. Na potrzeby tego wydania przemogłem się i wykorzystałem, co tylko się dało, choćby cytat „mać twa rzyci daje goblinom w ereborskich karczmach”, który zawsze potrafi mnie rozpromienić, ale któremu nigdy wcześniej nie potrafiłem znaleźć miejsca.

Po dłuższej przerwie, liczonej od momentu porzucenia drugiej serii historii, powziąłem w końcu decyzję, by złożyć wszystko do kupy, póki co tylko dla siebie samego, obawiając się, co mogłoby się stać, gdyby prawda o moich kłamstewkach, przeinaczeniach i rewizjach, jakich nie powstydziłby się George Lucas, PiS czy Partia z Roku 1984, wyszły na jaw. Błędów, jak miałem się przekonać, też zrobiłem w przeszłości niemało, co jeszcze bardziej komplikowało sprawę.

Nieznaczących drobnostek nigdy nie poprawiłem w poprzednich edycjach Rewiru, bo nawet nie przeszło mi przez myśl, że coś może być z nimi nie tak. Przykład? Mimo zapewnień, że doskonale pamiętam, jak słuchaliśmy z Kamilem w radiu La Roux, po dłuższym namyśle musiałem przyznać, że w rzeczywistości przygrywało nam Morandi. Pojebał mi się taki drobny detal, ale jeśli się bliżej przyjrzeć, jego obecność kwestionowała chronologię książki, bo akcja tego konkretnego opowiadania miała miejsce jakoś rok przed wydaniem singla Bulletproof.

Drobne błędy, choć wymagały skrupulatności i uwagi w usuwaniu, na co brakło mi chęci i sił podczas prac nad pierwszymi czterema wydaniami, pozostawały jednak nieznaczące w większym rozrachunku. Dobrze było się ich pozbyć, ale nawet gdyby jakieś się ostały, ich wpływ na Rewir byłby minimalny, w większości przypadków niedostrzegalny, o ile nie szukałoby się dziur w całym na siłę.

Nie mogę powiedzieć tego samego o chronologii jako takiej, i pierwotnym układzie rozdziałów. Tutaj nie wprowadziłem aż tak wielu zmian, ale winien jestem pewne wyjaśnienia w tej kwestii. Kilka historii musiało zmienić kolejność, bo mając przed oczyma więcej materiału, mogłem lepiej ocenić, co kiedy się rozgrywało. Przykład – Kamil zdążył wyjechać na kolonie, i to dlatego był nieobecny podczas naszej wyprawy na festyn, i później również łąki. Gdy my chlaliśmy samogon w samej bieliźnie, on wyrywał loszkę, a ich rozstanie musiało mieć miejsce po ich powrocie w rodzinne strony. No dobra, zrobiło się od razu logiczniej, ale żeby jeszcze bardziej spotęgować dla czytelnika (którym na tym etapie wciąż miałem być ja, i tylko ja) wagę tego spięcia, postawiłem nacisk na to, by Kamil nie pojawiał się przez pewien czas w książce, w tym przypadku w trzech rozdziałach.

Sens sensem, ale dynamika w literaturze też jest niezwykle ważna, i nie chciałem, by rozdział, gdzie Kamil się na nas obraża, sąsiadował z takim, gdzie już wszystko między nami gra, jakby nic złego nigdy się nie wydarzyło.

Po raz pierwszy poczułem się dzięki temu wolny i mogłem być kreatywny. Nie musiałem ograniczać się do poprawiania (i to po łebkach) literówek, po raz pierwszy mogłem bez ograniczeń rozszerzać i rozbudowywać świat Rewiru i jego bohaterów. Nie musiałem przejmować się tym, że po raz pierwszy od pięciu czy sześciu lat podejmę skrupulatnie ignorowany temat, albo przestawię daty i fakty, z których większość w drugiej serii opowieści była przeinaczona celowo. Niektóre powstały, ma się rozumieć, przypadkowo, bo pisałem wszystko na spontanie.

Ta właśnie spontaniczność zaowocowała też jednym z największych wyzwań, którym musiałem sprostać przy redakcji tego wydania. Mowa tutaj o perspektywie literackiej. Nie tylko opowiadania z Szymim i Pauliną były wspomnieniami pisanymi z mojego teraźniejszego punktu widzenia, ale przede wszystkim żonglowałem w nich czasami gramatycznymi, przeskakiwałem między przeszłym a teraźniejszym jak papież na tej jebitnej piłce.

Musiałem zaadoptować wszystkie te nowe rozdziały i dostosować je do zupełnie nowego stylu, będącego wypadkową Rewiru i Patolni. Z jednej strony chciałem, by był do bólu potoczny, wulgarny i płynął jak flow Lecha Rocha Pawlaka, z drugiej chciałem, by przy okazji dawał mi na tyle miejsca, bym mógł się nim bawić, robić z nim coś kreatywnego, jeśli nadarzyła się ku temu okazja. Oryginalne opowiadania z Rewiru musiały zostać mocno zdegenerowane i okraszone cynicznymi uwagami, co charakteryzowało drugą serię historyjek, zbudowanych na lingwistycznym grunge’u. One zaś musiały zostać rozwinięte o dłuższe opisy, dzięki którym zakotwiczyłem je w uniwersum, pokazując skąd się wzięły, i gdzie prowadziły.

Wynik każdy niech oceni samodzielnie – ja, w momencie pisania tych słów, jestem zadowolony z tego, że ogołociłem Rewir z warstewki ugrzecznionego i niezwykle niedojrzałego lingwistycznie pretensjonalnego stylu. To historia nastolatków, więc w miejscu, gdzie powinno być „jak kupisz mi jeansy to zrobię ci loda”, próżno oczekiwać „jeśli kupisz mi spodnie jeansowe, to odbędę z tobą stosunek oralny”, c’nie?

Ostatnim tematem wartym poruszenia, są przenosiny pewnych anegdot czy cytatów, co miało związek z powyższym. Przy tak radykalnych redakcjach, wiadomym było, że trochę tekstu będzie musiało pójść do kosza, bo nie da się go zgrabnie poprawić stylistycznie. Lwią część tego, co wyciąłem, później wkleiłem w innych miejscach, w sposób tak naturalny, jak to tylko możliwe. W pewnym momencie plik tekstowy z takimi wycinkami, pokroju dzieciarni w koszulkach JP, która na sto procent to nie jest porządna, a kradnie złom, liczył sobie kilka, jeśli nie kilkanaście, długich stron.

Na prawie wszystko udało mi się znaleźć nowe miejsce, co stanowi chyba jakiś sukces. Pewien odsetek starego tekstu przepadł jednak bezpowrotnie, i nie żałuję tego. Największym tego przykładem jest dawny prolog, z którego nigdy nie byłem zadowolony. Nie ma sensu omawiać życiorysów postaci, których czytelnik jeszcze nie zdążył poznać, bo na tym etapie lektury i tak ich nie spamięta. Z każdym kolejnym wydaniem Rewiru, ciążył mi coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie zdecydowałem się na radykalny krok, którym było wyrwanie go z korzeniami, i wykorzystanie pewnych informacji w nim zawartych w innych kontekstach, ujawniając je stopniowo w rozdziałach, gdzie rzeczywiście by pasowały.

Analogicznie, podobne zmiany dotknęły opowieści z Patolni, i tu chciałbym wspomnieć o jednej anegdocie, która w normalnych okolicznościach nie mogłaby znaleźć się w książce, ale która była zbyt zabawna, by ją zignorować. Mowa tutaj o urodzinach gówniaka Seby z piętra nade mną, stanowiących punkt zapalny dla całego ciągu nowych historii. Jako że cała scena odegrała się w dniu jej opisania, nie mogłaby realistycznie znaleźć się w przedziale dwunastu lat akcji Rewiru, zwłaszcza, że jego motywem przewodnim jest rozwój i późniejsza sukcesywna degeneracja przyjaźni naszej paczki. Jeśli matura była ostatnim gwoździem do trumny naszych wspólnych eskapad, to jaki sens miało wciskanie po niej pojedynczej anegdotki, która nie pogłębia ani trochę wątku głównego?

Wahałem się z decyzją, aż w końcu, podczas redakcji, dotarłem do rozdziału poświęconego osiemnastce Spermy. Przypomniałem sobie, jak Szwagier z Martą o coś się kłócili, i że byli parą na tyle patologiczną, że z czystym sumieniem taka wymiana komentarzy mogła była między nimi paść. To szczęśliwie jedyna taka sytuacja w historii, która przychodzi mi do głowy. Ten jeden raz w imię komedii nagiąłem wydarzenia historyczne.

Co teraz? Czy w związku z pojawieniem się tej wersji Rewiru, ma jakikolwiek sens wracanie do poprzednich jego wydań? Myślę, że nie do końca, ale co ja tam wiem? Dialogi są w nim sztywne jak chuj o piątej nad ranem, a w wątku rozwoju naszej paczki brakuje naprawdę sporo detali i głębi, które podjąłem tutaj. Jedynym powodem powrotu jaki jestem w stanie zrozumieć, jest ciekawość. Chęć wyłapania różnic, braków, i poznania dużo prymitywniejszego i dużo mniej wyrobionego stylu pisania, momentami robotycznego wręcz.

Wolałbym jednak myśleć o niniejszym wydaniu jako o pełnowartościowej pierwszej prawdziwej wersji. To jak gra, która po fazie testów beta wreszcie oficjalnie ujrzała światło dzienne. Co było, to było.


Poprzedni rozdział ♦ Następny rozdział

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close