Okres matur powoli chylił się ku końcowi – dobrze, bo szczerze miałem już dość podenerwowania panującego wśród znajomych, jak i tego, że ogólne stężenie stresu i strachu odczuwalnych w powietrzu było tak duże, że można by je kroić nożem i smarować kanapki. Z drugiej strony najwyżej dni dzieliły nas od wyjebania w swoje strony bez choćby zdawkowego pożegnania, chyba że pomachaniem sobie chujami z daleka.
Tego dnia mieliśmy zdawać ustny egzamin z języka angielskiego, a jeszcze tego samego tygodnia drugi, z polskiego. Byłem pewien, że egzamin pisemny poszedł mi dobrze, i przeczucie miało okazać się trafne, ale mimo wszystko panująca w korytarzu atmosfera sprawiała, że czułem się naprawdę przytłoczony i niepewny.
Wszyscy dostawali szału dupy. Marta rozłożyła na parapecie kilka zeszytów i stos kartek, które z wyrazem paniki na twarzy chaotycznie studiowała, co chwila podnosząc znad nich opętany wzrok.
Dami i Agnieszka tulili się przy ścianie i wzajemnie pocieszali, udając, że im na sobie zależy, chociaż nie dalej niż tydzień wcześniej znowu skakali sobie do gardeł, tym razem z powodu durnych miłosnych tatuaży, które sobie zrobili. Ona wydziarała sobie „D” jako symbol oddania, a on olał ją ciepłym moczem i zamiast „A”, wybrał jakiegoś jebanego tribala, i o niego była cała ta afera. Michałek siedział sobie z boku, przeglądając pęk pedantycznych notatek podzielonych na poszczególne tematy kolorowymi fiszkami. Miał ich dużo mniej od Marty, ale na oko wydawały się bardziej zorganizowane i przemyślane od sterty, którą ona teraz wertowała, co chwila spoglądając na jakiś spis treści, który spisała sobie na podpasce czy chuj wie czym, nie mogąc znaleźć tego, co chciała.
Sperma poszedł do palarni, w wiadomym celu. A ja i Kamil staraliśmy się odwrócić myśli od matury – w końcu w te kilka minut przed wywołaniem niczego byśmy się nie nauczyli.
Szymi też nie dawał jebania, coś tam bełkocząc pod nosem z półprzymkniętymi oczyma. Prawdopodobieństwo tego, że powtarzał sobie jakieś słówka było tak samo wysokie, jak to, że układał na spontanie nowe rapsy. Fifty-fifty. Gdyby mógł, to wybrałby sobie na ustnej maturze z polskiego temat „dlaczego Tede kurwą jest? Na pytanie odpowiedz, posiłkując się rap tekstami osiedlowych patoli”.
Drzwi klasy otworzyły się i wyszedł przez nie Przemek, biały jak kreda na twarzy, i z jarzącymi się wręcz wytrzeszczonymi oczami. Wyglądał, jakby właśnie uciekł z sali tortur.
– Jak ci poszło? – Zapytał go Kamil.
Chłopak odwrócił się w naszą stronę, cały czas w kompletnym szoku. Oczy wyłaziły mu z orbit.
– Nie wiem… gdzie Agnieszka? – Rozejrzał się i dostrzegł obściskującą się pod ścianą parę. – Aga, teraz ty!
– I co, jakie pytania ci się trafiły? – Zwróciłem się do niego.
– Nie wiem… trudne. Rany, chyba wszystko pomieszałem… miałem się zapytać o sklep i kompletnie o wszystkim zapomniałem…
Dami pocałował Agnieszkę w usta, robiąc jej głębokie gardło językiem, i życzył powodzenia. Dziewczyna przemknęła za plecami Przemka i zamknęła drzwi klasy, a on podszedł do naszej trójki, zgrywając kompletnego luzaka, chociaż widać było, że wcale nie było mu do śmiechu.
– I jak, Przemuś? Trudno było? – Zagadnął sztucznie dziarskim tonem.
– No… chyba… jestem w szoku, chłopaki. Przygotowaliście się?
– Eee, co ty. Na żywioł idę. – Żachnął się Kamil. Wiedziałem, że aspiruje do trzydziestu procent, byle tylko zdać, więc nie miał powodu do wielkiego stresu. Wyciągnąć minimum na egzaminie to naprawdę żadna sztuka, trzeba kompletnie nic nie wiedzieć, żeby go ujebać, chociaż wiadomo, znajdywali się co roku i tacy agenci.
– Jestem trochę zestresowany, powiem wam. – Zacząłem. – Ale co ma być, to będzie, nie?
– No nie wiem, bo ja to się uczyłem całą noc i teraz już połowy nie pamiętam. – Posmutniał Dami, prawdopodobnie po raz pierwszy siląc się na odrobinę szczerości i okazując szalejące w jego wnętrzu zdenerwowanie.
– A wiesz jak jest po angielsku „ważka”? – Zapytał Sperma, który właśnie wrócił z palarni, przynosząc ze sobą odór tanich papierosów.
Dami stanął jak rażony piorunem.
– Skąd… ja… nie no, ale po co mi to?
– A co, jak kurwa wylosujesz obrazek z ważką na białym tle? Co wtedy?
W pierwszej chwili tylko ja zrozumiałem dowcip. Dami za to zaczął ostro panikować, pobiegł do Michałka żeby znalazł mu w swoich notatkach tłumaczenie tego słowa. Marta też zaczęła przerzucać swoje kartki w trwodze.
W międzyczasie ja, śmiejąc się do rozpuku, uświadomiłem sobie, że nie ma się czego bać – w końcu wiedziałem, jak tłumaczy się „ważkę”, więc już kompletnie nic nie mogło mnie podczas egzaminu zaskoczyć.
