Wpadliśmy na siebie w Biedronce i spacerkiem ruszyliśmy do domów, przechodząc po drodze przez osiedlowy skwerek. Zatrzymaliśmy się na „naszej” ławeczce, przyciągani jej siłą, chyba mocniejszą niż zwykle, bowiem byliśmy jedynymi dwiema żywymi duszami w pobliżu.
Ziemek był bez dwóch zdań jedną z najmądrzejszych osób, jakie poznałem – o literaturze moglibyśmy rozprawiać nie całymi dniami, a tygodniami, do tego posiadał niezwykle rozległą wiedzę z dziedziny informatyki praktycznej, od grafiki po programowanie. W tej też dziedzinie realizował się zawodowo, na tyle, na ile było to możliwe, czyli głównie w formie umów śmieciowych i współpracy z jakimiś mniejszymi zespołami czy firmami. Miał odłożonych trochę pieniędzy, miał kontakt z ludźmi, którzy w razie potrzeby mogliby go wkręcić w jakiś projekt, ale mimo wszystko nie czuł się w pełni bezpiecznie, więc za radą matki postanowił iść do pośredniaka.
– Nigdy więcej. – Powiedział, mrużąc ze złości oczy. – Wyobraź sobie, że pomimo moich wyspecjalizowanych umiejętności, znajomości siedmiu języków programowania i różnych programów graficznych, wysłali mnie na rozmowę kwalifikacyjną do punktu ksero, gdzie zarabiałbym minimum krajowe.
– Kompletni idioci, bracie.
– Żebyś wiedział, ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Lokal na drugim końcu miasta, w obskurnej dzielnicy, przez którą bałbym się przejść po zmroku, z dwudziestoletnimi naklejkami kosiarek na oknie, bo najwyraźniej wcześniej je tam sprzedawano. Nora jak nie wiem, oświetlona przerywającą pojedynczą świetlówką, ze ścianami pomalowanymi jak w szkole, do połowy odłażącą olejną farbą. Szef wziął mnie na tyły, do kanciapy, w której serwisował uszkodzone kopiarki. Spojrzał na moje CV, zobaczył znajomość HTML-a, javy i PHP, więc wymyślił sobie, że mógłbym mu robić strony internetowe. Musiałem przeprowadzić na poczekaniu małą kampanię anty-marketingową, ponieważ wychodziłoby, że robiłbym to samo, co robię teraz, tylko za mniej, no i traciłbym godzinę na dojazd w jedną stronę. Na każde pytanie odpowiadałem że nie wiem, nie umiem albo nie rozumiem, a ten i tak mnie dalej naciskał. W akcie desperacji, gdy zapytał mnie gdzie się widzę za pięć lat, powiedziałem mu, że znając moje szczęście i zdrowie, to najprawdopodobniej sześć stóp pod ziemią.
– No i co? Udało ci się z tego wykaraskać? Jak na to zareagował?
– Przybił pieczątkę na druczku i powiedział, że chętnie mnie zatrudni.
