Izie dużo czasu zajęło wyzbycie się awersji do wszelkich większych imprez i spotkań towarzyskich w gronie rodziny po tym, co nasz ojciec odpierdolił podczas moich osiemnastych urodzin. Czasem w jakichś uczestniczyła, choćby podczas girl party Eweliny z okazji jej czterdziestki, ale generalnie stroniła od celebracji czegokolwiek, jeśli tylko mogła. Zuza znosiła to cierpliwie, nie naciskając jej zbyt mocno, ale gdy jej ukochana zrobiła doktorat, postawiła sprawę jasno – muszą to uczcić i nie przyjmie typowego dla Izy „nie” za odpowiedź.
Jedyne, co siorce udało się wynegocjować to to, by była to skromna domówka, bez żadnych fajerwerków i tłumów ludzi, którzy nie byli jej bliscy. Dziewczyny poprzestały więc na sproszeniu może dziesięciu osób, w tym oczywiście mnie, Szymiego, Ziemka i Emila, z czego ten ostatni zjawił się w dziwnym dla siebie cichym nastroju. Był małomówny i poza pogratulowaniem świeżo upieczonej pani doktor ciężko wypracowanego sukcesu, trzymał się trochę z boku, pogrążony w zadumie.
– Hej, co z Emilem? – Zapytałem Szymiego, siadając obok niego żeby odsapnąć nieco po obtańczeniu paru przyjaciółek Izy. – Brał coś wcześniej i mu nie podsiadło?
– Nie wiem, dzisiaj cały dzień taki jest. Nie chcę go przyciskać i pytać na siłę. Jak czarnuch będzie chciał to sam nam powie co mu na sercu leży.
– A wy co tak siedzicie? Impreza jest, bawimy się, bawimy! – Między nas wskoczyła Zuzka i radośnie objęła ramionami za szyje z obu stron. – Chyba że chcesz żebym naskarżyła twojej siostrze, że nie celebrujesz należycie jej akademickich osiągnięć?
– Właśnie skończyłem tańczyć z jedną waszą koleżanką. Litości, muszę złapać oddech. – Zaśmiałem się.
– Nie ma opcji. Chodź, zatańczymy razem, bo dzisiaj jeszcze nie mieliśmy okazji. No, dajesz, zaczyna się nasza piosenka!
– Nie wiedziałem, że mamy „naszą” piosenkę. – Odpowiedziałem, dając się jej jednak wyciągnąć na środek pokoju.
– Bo nie mieliśmy. Aż do teraz, Miśku ty mój kochany! – Wyszczerzyła zęby. – A po ciebie, Szymuś, wrócę za parę minut!
Szwagierka chyba obrała sobie za punkt honoru dać z siebie dosłownie wszystko podczas tej domówki; sprawić, by nikt się nie nudził nawet przez moment i wszyscy dobrze zapamiętali ten dzień, szczególnie Iza. Stawała na głowie, żeby ta czuła się wyjątkowo i być może pokonała chociaż na chwilę swoją niechęć do celebrowania czegokolwiek.
Zawsze zaskakiwało mnie, ile energii drzemie w Zuzie, i to, że jakimś cudem moja cicha i spokojna siostrzyczka była w stanie wytrzymać narzucane przez nią tempo. Fajnie jest mieć kogoś bliskiego, kto operuje na wysokich obrotach i motywuje was do aktywniejszego życia, ale za Zuzą nie nadążyłby nawet nafurany króliczek Energizera.
Z jednej piosenki zrobiły się dwie, potem trzy, i dopiero wtedy puściła mnie wolno, a i to niechętnie, obiecując (albo grożąc, w zależności od punktu widzenia), że jeszcze ze mną nie skończyła i wyrwie do tańca jak tylko trochę odpocznę i przestanie się ze mnie strumieniami lać pot. Ona, dla przeciwwagi, nie miała nawet przyspieszonego oddechu. Gdyby nie rozczochrane włosy, ktoś mógłby przypuścić, że całą zabawę stała w miejscu i dopiero teraz weszła na parkiet.
Gdy rozpoczął się czwarty utwór, litościwie wyrwała mi się z rąk i obracając dokoła złapała Ziemka, który właśnie co skończył taniec z Izą.
– Odbijany! – Zachichotała, pokazując ukochanej język i siłowo wyciągając przyjaciela na środek.
Izka pokręciła z niedowierzaniem głową i oboje podeszliśmy do siedzącego Szymiego i Emila żeby na chwilę usiąść. Znaczy ona usiąść, bo ja to raczej bezwładnie opadłem, nie mogąc dłużej utrzymać się na równych nogach.
– Zuziak dał ci niezły wycisk, co? – Zaśmiała się.
– Żebyś wiedziała. Przemaglowała mnie tak, że ledwo teraz dycham.
– Jest takie powiedzenie, że blondynki bawią się lepiej od innych!
– W tym przypadku nie śmiem w żadnym stopniu go podważać.
Zaśmialiśmy się.
– A jak tam u was, chłopaki? Dobrze się bawicie? – Zagaiła siorka pogrążonych w zadumie przyjaciół.
Emil chwilę milczał, ale w końcu przełknął ślinę.
– Ej, Ruda, mogę cię o coś zapytać? Tak na poważnie?
– Zawsze. Coś się stało?
– Słuchaj… ten… jak wam się żyje z Zuzą razem? Znaczy… kurwa, chodzi mi o to, jak się zmienił wasz związek jak zamieszkałyście razem?
– No wiesz… dla mnie to było, i jest, spełnienie wszystkich marzeń. – Zastanowiła się. – Pewnie, czasem bywa między nami gorąco, spinamy się i drażnimy, ale obie chciałyśmy żyć ze sobą i pracujemy nad tym, by wspierać się nawzajem. A co, nie mów, że planujesz zamieszkać z jakąś szczęściarą?
– No, jest taki plan, kurwa. – Przyznał.
– Joł, czarnuchu! Czemu żeś nie mówił od razu? – Szymi podekscytował się tą informacją.
– Bo zdenerwowany jestem, nie?
– To zupełnie normalne. – Iza złapała go za dłoń żeby dodać mu trochę otuchy. – To dla ciebie duży krok, zmienisz całe swoje życie.
– No. – Przytaknął, spuszczając wzrok.
– Ty, ej, ale gdzie w ogóle chcesz się wyprowadzić? Gdzieś daleko? – Zapytał go ponownie Szymi.
– Kurwa, co ty, do klatce obok dziadków, na osiedlu dziesięciopiętrowców.
– To luz. Będzie dobrze, na real.
Emilowi wcale to nie pomogło. Dalej siedział przygaszony. Za plecami usłyszałem za to wesołe piski Zuzki na temat swoich kocich ruchów. I tego, żeby Ziemek trzymał tempo.
– Szymi… nie, chuj w to, nieważne…
– No wyrzuć to z siebie, zią.
– Kurwa… no… – Zaciął się. – Szymi… jak to jest być ojcem?
Z Izą zamrugaliśmy kilkukrotnie, podczas gdy Szymi wytrzeszczył ze zdziwieniem oczy.
– Ty… joł… ale przecież ty jesteś ojcem. – Stwierdził zgodnie z prawdą. Emil jakoś trzy lata wcześniej zalał przecież jakąś nastkę, której co miesiąc wysyłał alimenty, a tak poza tym to historia rozeszła się po kościach.
– No… niby kurwa tak, ale nie widziałem syna na oczy. Raz na zdjęciu chyba, a tak to żyje se z matką gdzieś na wsi i wyjebane, nie? A teraz nie ma opcji żebym alimenty płacił drugiej dupie, bo nie starczyłoby mi z wypłaty. Skrobać też nie da rady bo coś tam, więc zostaje ślub i wspólne mieszkanie. To jak to jest?
– No… wiesz, łatwo nie jest… ale dasz radę, na real. Też nie byłem gotowy na bycie ojcem, ale jak zobaczyłem syna pierwszy raz, poczułem jego zapach, to, nie wiem, coś się we mnie zmieniło.
– Co ty kurwa dziecko wąchasz? Popierdoliło cię?
– Joł, sam zobaczysz jak twoje się urodzi. Chodzi mi o to, że wtedy pomyślałem, że muszę ogarnąć dałna, bo mały jest teraz dla mnie całym światem, łapiesz? Być dla niego opiekunem i w ogóle wzorem do naśladowania. Bywa ciężko, ale nawet jakbym miał wehikuł czasu, to nie zmieniłbym niczego.
Iza słuchała go z naprawdę nieskrywaną dumą, widząc jak wydoroślał w przeciągu dekady od kiedy „strzelił” gówniaka. Z jednej strony przejebana sprawa założyć rodzinę świeżo po osiemnastce i nie wyobrażam sobie, jak ciężko musiało mu być, ale z drugiej jego sytuacja miała też jakieś plusy – gdyby nie gówniak, to jego życie pewnie skończyłby jak niektórych jego okolicznych idoli z czasów gimbazy, czyli albo na wygnaniu, albo w więzieniu, albo na cmentarzu. A tak niby się ustatkował i nabrał trochę powagi. Nie mówię, że trafił szóstkę w Totka, ale chyba rodzina była w jego przypadku mniejszym złem, dzięki któremu stał się lepszym człowiekiem.
Kiedyś w dołku próbowałem niewprawnie zapytać mamę (która przecież przeżyła to samo co on), czy nie żałuje jakichś decyzji podjętych w młodości, ale wyczuła pismo nosem i od razu mi powiedziała, że ciąży akurat ani trochę. Byłem przekonany, że tak tylko mówi żebym poczuł się lepiej, ale wtedy Szymi dał mi trochę do myślenia, tak na temat jego życia, jak i swojego.
– Zobaczysz sam. Spojrzysz tylko na syna czy tam córkę i wszystko ci się poukłada we łbie. – Podsumował swój monolog Szymi.
– Póki co to muszę poukładać rzeczy w nowym mieszkaniu i odjebać pokój dla dzieciaka.
– W razie czego dzwoń, z miłą chęcią pomożemy, nie? – Zasugerowałem.
– Joł, na real. A jak już wyremontujecie gniazdko, to rozumiem, że zorganizujesz jakąś imprezę powitalną.
– No, parapetówa musi być! – Zawtórowałem Szymiemu.
– No kurwa wiadomo, wszyscy jesteście zaproszeni. Tych dwoje też. – Skinął w stronę Ziemka, w którym roześmiana od ucha do ucha Zuza rozbudzała ukrytego Iana Curtisa, przymuszając go do dotrzymywania jej kroku i wymachiwania rękami i nogami w każdym możliwym kierunku.
– Widzisz, Iza? Będziesz miała kolejną okazję żeby przemóc się do celebrowania uroczystości. – Szturchnąłem siostrę lekko w ramię.
Prychnęła pod nosem, ale uśmiechnęła się delikatnie.
– Dobra, niech będzie. Ale póki co, Emilku, wstawaj. No, hop, taniec na poprawienie humoru. Zalecenie pani doktor.
– No jak pani doktor każe, to nie mogę odmówić. – Podniósł się i jak dżentelmen ujął rączkę. – Ej, Ruda, a teraz jak masz dyplom, to mogłabyś mi wypisać receptę na trawę?
