Jak już wam wyjaśniłem, jeśli nadarzała nam się okazja do zorganizowania komuś wyjazdu na expo, to budową stoiska zajmowała się firma Tuziaka. On wysyłał na miejsce swoją ekipę, która budowała stanowisko w nocy przed targami i rozbierała je od razu po zamknięciu bram, byle spędzić na wyjeździe jak najmniej czasu, bo oczywiście zgodnie z niemieckim prawem dniówka w Niemczech wymagała niemieckiej pensji.
Pamiętam, że realizowali jakoś kilka projektów jednocześnie i nie mogli oddelegować na nasz użytek w Niemczech całego zespołu, więc Zuza pociągnęła za parę sznurków i zwerbowała jakiegoś swojego kolegę, który robił na budowie, i poprosiła go żeby zabrał się z pozostałymi. Na doczepkę pojechałem też ja, bardziej po to, żeby liczba pracowników się zgadzała niż żeby cokolwiek tam robić. Taki sztuczny tłum, wiecie, bo tamtych trzech Bonusów ogarnęło wszystko samodzielnie, a ja poza wyładowaniem z furgonu paru pudeł z gadżetami reklamowymi klienta nie musiałem nawet kiwnąć palcem.
Zuza również miała z nami jechać, bo klient życzył sobie właśnie jej obecności na miejscu pierwszego dnia, w razie, gdyby coś się działo. Po co? Nie wiem, ale taki był zapis w umowie. Klient nasz pan.
Ekipa Seby miała w zwyczaju spać w dostawczaku, zawinięta w śpiwory, bo nie chcieli tracić kasy na hotele. Zuza może była wariatką, ale nie pasowała jej wizja nocowania z czterema typami jak w jakimś cygańskim wozie. Zaproponowała mi więc żebyśmy wynajęli sobie jakieś pokoje w pobliżu targów. Oczywiście niczego nie znalazłem, wszystko bez wyjątku było już pozajmowane, bo do startu mieliśmy może dwie doby, jeśli nawet nie mniej. Pustka totalna, na Bookingu w promieniu kilkunastu kilometrów nic, a w promieniu kolejnych kilkudziesięciu ceny wywindowane w kosmos. Z jednym wyjątkiem, jakimś wiejskim zajazdem niecałą godzinę drogi od expo. Haczyk? Pokój był jeden i musielibyśmy spać w nim we dwoje. Okej, łóżka miały być niby dwa, więc uznaliśmy, że to żaden problem i zabukowałem nas.
No więc wyjechaliśmy do Niemiec na tych parę dni, znaleźliśmy ten zajazd, stojący na środku absolutnego wygwizdowa, które gdyby nie niemieckie znaki i szyldy, mogłoby uchodzić za jakąś polską wieś, która dostała zastrzyk gotówki na modernizację z unijnych środków, i wybudowano w niej nawet Lidla, bo co, kurwa, stać ich teraz.
Jak się okazało, zdjęcie z Bookinga było mocno nieaktualne, a dworek ostro zarastał z jednej strony jakimiś pnączami, a z drugiej jedno jego skrzydło było albo remontowane albo rozbierane, trudno powiedzieć. Drogi podjazdowej nie było, były tylko koleiny i wertepy, które mogłyby robić za mapkę w Spintires, wyjeżdżone przez ciężarówki wywożące gruz. Nie kręciliśmy zbytnio nosami, bo mieliśmy spędzić tam ledwie jedną noc, więc jakoś dałoby się to wytrzymać, prawda?
Przestąpiliśmy przez próg przybytku, no i jeśli do tej pory nie zapaliły nam się w głowach lampki ostrzegawcze, to teraz na pewno zabłysły. Wszystko zajebane było jakimiś narzędziami i materiałami budowlanymi. Tutaj wór z betonem, tam paleta kafelków robiąca za stolik do kawy i szpula kabla będąca siedziskiem, a w rustykalnym parasolniku metrowe wiertła i jakiś kurwa łom. W powietrzu unosił się stęchły zapach grzyba, starości i ciętego metalu.
No ale okej, mieliśmy spędzić tam ledwie jedną noc, więc jakoś dałoby się to wytrzymać, prawda?
Powitała nas właścicielka, na oko stuletnia starowinka ledwo trzymająca pion mimo laski, która zaprowadziła nas do naszego pokoju. Otworzyła nam drzwi, omietliśmy wzrokiem pomieszczenie i dotarło do nas od razu, że stało w nim tylko jedno łóżko, w rozmiarze królewskim. W ofercie pisało o dwóch jednoosobowych, no ale chuj tam, mieliśmy spędzić tam ledwie jedną noc, więc jakoś dałoby się to wytrzymać, prawda?
Dałoby, gdyby przez środek sypialni nie przebiegł w tym momencie pierdolony karaluch wielkości piłeczki pingpongowej. Zuzka w pisk, rzuciła mi się w ramiona jak Scooby Kudłatemu albo odwrotnie, a babcia śmiechła z wielkomiejskiej panny i pokuśtykała popolować laską na karaczana, próbując go rozgnieść.
Uciekliśmy czym prędzej z tego zajazdu, wskoczyliśmy do fury i wio, przed siebie. Wyjebaliśmy na trasę i zatrzymaliśmy się na pierwszym lepszym poważniejszym parkingu. Jeśli ktoś nie wie, to w zachodnich Niemczech i Francji do turystyki i wyjazdów wakacyjnych przykłada się dużo większą wagę niż u nas, więc przy autostradach nie brakuje jakichś zacisznych dużych parkingów (nierzadko z mniejszymi atrakcjami), na których można się kimnąć przed wyruszeniem w dalszą drogę. Anabella pokazywała nam w czasach gimbazy fotki z jakiegoś grzybowego wesołego miasteczka, które odwiedziła przypadkiem z rodzicami. Stanęli na pierwszym lepszym pustym parkingu przy trasie żeby się odlać, tylko po to, by zobaczyć, że obok jest kolorowa brama, a za nią kolorowe grzybowe domki, kolorowe huśtawki, kolorowe piaskownice i kolorowe karuzele. Na naszych parkingach kolorowe to można było znaleźć co najwyżej gówna i paczki po szlugach. No ale zbaczam z tematu.
Z Zuzą postanowiliśmy spędzić noc na tym parkingu, bo nie daliśmy rady znaleźć już żadnego hotelu, motelu czy czegokolwiek innego, gdzie byłyby jakiekolwiek wolne miejsca. Oboje byliśmy wykończeni po wielogodzinnej jeździe i wizja postoju w takim cichym, cywilizowanym miejscu była dla nas naprawdę kusząca. Nawet mimo tego, że planowaliśmy spać w jebanej trzydrzwiowej Civiczce szóstej generacji.
Przejrzeliśmy bagaże żeby zobaczyć, czy nie mamy jakichś ciuchów, którymi moglibyśmy się okryć, ale nie. Ona miała jakieś eleganckie koszulki i spódniczki, ja natomiast ledwie jedną sportową marynarkę, którą finalnie mieliśmy się okryć oboje.
Nadszedł zmierzch, zjedliśmy kolację składającą się z burgerów kupionych w budce na obrzeżach parkingu i resztki herbatki z termosu Zuzy, wgramoliliśmy do fury przez bagażnik, i przez kolejnych, zdawało mi się, kilka godzin, wierciliśmy się, próbując bezskutecznie znaleźć jakąkolwiek pozycję, która nie byłaby skrajnie niewygodna.
Cyk! Wybudził mnie błysk flesza, zapytałem głośno co się dzieje myśląc, że może to niemiecka policja, a Zuzka śmiechła ze mnie i pokazała mi fotkę, na której niby się ze mną obściskuje i daje buziaka w policzek. Zrobiła jeszcze takich z pięć, wszystkie potem wysłała mojej siostrze z jakimiś sprośnymi wiadomościami typu „uwiodłam ci brata” albo „zakazane owoce smakują najlepiej”.
Minęła minuta, jej telefon zaczął wibrować. Dzwoniła oczywiście Iza.
– No hej, kochanie… – Powitała ją rozradowana Zuza.
– Czy wy… śpicie w samochodzie? – Usłyszałem przytłumiony i wyraźnie zaspany głos jej rozmówczyni.
– No. Jest wygodnie. Prawie. Ale dotrzymujemy sobie towarzystwa, wzajemnie się ogrzewamy, wiesz, jest klimacik.
– To cieszę się bardzo. Jak wrócisz z targów to możesz sobie na dobre urządzić sypialnię w samochodzie, skoro tak ci się w nim podoba.
Jak ja wtedy kurwa prychnąłem, to myślałem, że zawału dostanę. W sumie one obie też się wtedy popłakały ze śmiechu po tej ripoście.
Nigdy nie wyjawiliśmy nikomu, że musieliśmy nocować w furze. Aż do tej pory tylko my troje znaliśmy prawdę. Cała reszta była przekonana, że spaliśmy w zajeździe tak, jak zakładał plan.
Ale najlepsze jak rano Zuzka poprosiła żebym stanął na czatach przy drzwiach do kibla, bo chciała jakoś się odświeżyć. W sensie przebrała, umyła i wystylizowała włosy, a na koniec wskoczyła rozkrokiem na umywalkę żeby wypucować sobie kizię.
Wyślijcie, kurwa, polaczków za granicę.
