Hotel

Klientów mieliśmy różnych – dużych, małych, ogarniętych i kompletnie niezorientowanych w tym co i jak chcieli osiągnąć. Każdy projekt, każda realizacja, każda umowa była inna i wymagała dopasowania się doń z naszej strony, przez co czasem naprawdę musieliśmy stawać na głowie żeby je wykonać. Wiadomo, każdy z nas miał swoje życie prywatne, Sebek nie zawsze był dyspozycyjny przez problemy z ręką, a Szara Myszka… oj, ona miała z nas wszystkich najbardziej przejebaną sytuację i każde odstępstwo od odgórnie ustalonego harmonogramu było dla niej sporym problemem.

Zacznijmy od tego, że była samotną matką, co samo w sobie jest przejebane. Dodajmy do tego jej problemy psychiczne, które mogłyby zagrozić odebraniem jej praw rodzicielskich, gdyby syna wychowywała bez pomocy dziadków. Mieli podobno plan, że w najgorszej sytuacji oni przejmą prawa do opieki nad nim, byle tylko nie został wysłany do swojego ojca, który był zupełnym patusem.

Ogarnijcie to – typ miał Myszce płacić alimenty z oczywistych powodów, ale formalnie był bezrobotny i mieszkał z rodzicami na jakichś emeryturach bądź rencinach. Tak naprawdę to robił na czarno, ale Myszka nie powiedziała tego urzędasom, bo… właściwie to nie wiem dlaczego. Może on miał na nią jakiegoś haka w związku z jej zdrowiem psychicznym, a może nie chciała żeby skurwiel później manipulował jej dzieciakiem, wmawiając mu, że jego mama jest zła i chce go zniszczyć. Bez względu na powód, stanęło na tym, że w sprawę został zaangażowany komornik, który zrobił skurwielowi wjazd na chatę, a ten powiedział że nie ma z czego na dzieciaka płacić, no bo przecież nie pracuje. Komornik zapoznał się z sytuacją finansową jego rodziców-emerytów i udało mu się przymusić ich do płacenia pięciu dych miesięcznie na wnusia, przy czym oczywiście za każdym razem pobierać miał sobie prowizję, więc Myszka otrzymywała na syna wsparcie w wysokości piętnastu polskich złotych w skali miesiąca.

Wiedząc w jakiej sytuacji jest, Zuza starała się zapewnić jej w miarę komfortowe warunki pracy, nigdy na przykład nie każąc jej kontaktować się z klientami, podwykonawcami czy kimkolwiek innym. Do Myszki należało nakurwianie w Photoshopie czegokolwiek, co było w danej chwili potrzebne i tylko raz chcąc nie chcąc została wciągnięta w bezpośrednią rozmowę z jednym z naszych klientów, podczas której zrobiło jej się słabo, gdy coś do niej powiedział i szefowa, widząc, że ta ma atak paniki, zgrabnie pomogła jej się ewakuować i zachować przy tym twarz, prosząc o zrobienie wszystkim kawki czy herbatki. Myszka przyniosła nam te napoje i wróciła do kuchni, gdzie przesiedziała w pozycji żółwik resztę spotkania.

Ja dla odmiany bardzo tego klienta lubiłem. Gość był dokładnym przeciwieństwem Bonusa od festiwalowych plakatów. Zamiast wieśtuningowym Fiatem Bravo, przyjechał do nas Mustangiem, zamiast dresów miał dobrze skrojony garnitur, a zamiast ogolonego łba z jakimiś strupami, elegancki fryz z nitkami siwizny dodającymi mu powagi. Był świeżo upieczonym prezesem hotelu i chciał odświeżyć mocno zalatujący już stęchlizną image całego przybytku, a do tego celu potrzebował specjalistów, czyli nas. Jak na nas trafił? Nie wiem. Dla odmiany znajomym Zuzy nie był, przynajmniej aż do momentu, w którym nie wykonaliśmy jego zamówienia.

To była nasza największa realizacja, bijąca na głowę nawet tą muzealną i wymagająca koordynacji z przeróżnymi innymi wykonawcami, od budowlańców po ogrodników. Zaczęło się prosto, od wykonania nowego logotypu i księgi znaku – te musiały powstać najwcześniej, by można było w oparciu o nie wyremontować budynek.

Niedługo potem przyszła kolej na stronkę internetową, którą wspominam jako jeden z najfajniejszych projektów, przy których w ogóle kiedykolwiek pracowałem. Zaczęło się od Myszki, która zapoznawszy się z architekturą hotelu, naszkicowała mi pierwszy luźny projekt, przy czym kiedy mówię „naszkicowała”, mam na myśli rysunek techniczny z idealnymi kątami pasującymi na przykład do nachylenia dachu, z utrzymanymi proporcjami wyliczonymi zarówno w pikselach jak i procentach, oraz propozycjami kolorów dla poszczególnych elementów. Mnie przypadło później odtworzenie tego wszystkiego w wersji cyfrowej, przy czym oczywiście w idealne wyliczenia się nie bawiłem, tylko jebnąłem jakieś elementy po skosie tak, by ładnie wyglądały, a nie były matematycznie perfekcyjne jak w jej planie. A najlepsze, jak pokazałem jej efekt finalny, ta spojrzała, pochwaliła i zapytała, wskazując jeden element górnej belki:

– Ten kąt jest zgodny z moim szkicem? Bo wygląda, jakby był nieco inaczej nachylony.

– Nie no, coś ty, Myszko, wyliczyłem specjalnie sinus w oparciu o wysokość tego elementu!

Myszka nie wyczuła sarkazmu, tylko znowu pokiwała głową, wzięła mi myszkę, zaznaczyła ten fragment żeby zobaczyć ile pikseli ma w pionie i poziomie, po czym poszła do swojego biurka żeby wszystko dokładnie wyliczyć. Jebana po pięciu minutach wróciła żeby powiedzieć mi, że jebnąłem się o trzy piksele.

– Może to wina autoprzyciągania w Photoshopie? – Zasugerowałem.

– Może, mnie też ta opcja nieraz doprowadza do szału, raz nawet nie mogłam przez nią spać!

W całym tym projekcie stronki zajebiste było to, że żonglowaliśmy nim sobie. A to ja coś w nim zrobiłem, a to Myszka poprawiła, a to Seba rozbudował. Za każdym razem, jak trafiał do mnie jej plik .psd, czułem się jakbym otwierał gwiazdkowy prezent, nie wiedząc czego się spodziewać. Uczucie w dechę, nie żartuję. Każdy z was, kto otarł się o sztukę wszelakiego rodzaju, od grafiki po pastopisarstwo, pewnie zgodzi się ze mną, że pięknym jest widzieć, jak wasz projekt się rozwija i żyje własnym życiem.

Gdy mieliśmy już gotową szatę graficzną, posłaliśmy wszystko do Ziemka, który nam ją zaprogramował i dodał jakieś animowane pokazy slajdów z fotkami pokojów i parku wokoło hotelu.

W dalszej kolejności przyszło nam zająć się ożywieniem społecznościówek, drukowaniem jakichś ulotek i książeczek dla gości z opisaną historią obiektu, zrobieniem drobnostek typu zawieszek na drzwi, kart dań, długopisów, notesików, breloczków do kluczy i kto wie czego jeszcze. Część z tego wszystkiego zawieźliśmy potem z Zuzą na miejsce naszymi potężnymi dostawczakami wprost stworzonymi do tego celu, czyli trzydrzwiowymi hot hatchami.

Hotel był jeszcze w fazie remontu, tak w środku jak i na zewnątrz, i aż dziwnie się poczułem, widząc jak przed budynkiem sadzone są rabatki pasujące kolorem i ułożeniem do logotypu zrobionego przez Myszkę. Oglądanie „własnych” bilbordów to jedno, ale nigdy nie udało mi się przywyknąć do miejsc stworzonych konkretnie z myślą o wyższych klasach albo przynajmniej biedakach pragnących zaznać w życiu trochę luksusu i zaciągających na ten cel kilkuletnie kredyty. Jest w nich coś… sam nie wiem, ale na swój sposób krępującego. Jakby budynek sam z siebie patrzył na was z góry, przytłaczał was swoim blichtrem i przepychem. Wielu to lubi, ale ja czułem się tam trochę nie na miejscu, jakbym przybył z zupełnie innego świata.

Przyszedł prezes od Mustanga, zaproponował nam po kawce w dopiero co odnowionej restauracyjce. Pomyślałem sobie, że może dobrze mi to zrobi i że cicha kafejka będzie miłą zmianą scenerii.

A takiego, kurwa! Zaprowadził nas do pomieszczenia wielkości sali gimnastycznej z mojej gimbazy, otwartego z trzech stron na park, jakiś kurwa labirynt z żywopłotów, basen i boiska do tenisa czy tam siatkówki. Przy takich widokach wypiliśmy sobie po cappuccino, dogrywając jakieś punkty umowy, a we mnie utwierdzało się przekonanie, że jestem w niewłaściwym miejscu. Tutaj burzliwy prezes, tutaj dynamiczna szefowa, a tutaj anon.

– Hej, Misiek, wszystko gra? – Wyrwała mnie z rozmyślań Zuza, gdy klient odszedł na chwilę od stolika.

– Taa… chyba podróż mnie nieco zmęczyła.

– Pieprzysz. Znam tę minę, wyglądasz żywcem jak swoja siostra. Co jest?

– Sam nie wiem… co myślisz o… tym wszystkim? – Zapytałem ją, rozkładając ręce i rozglądając się po całej restauracji.

– Lokal w pytę. Obiecałam sobie, że wykupię tu romantyczny weekend dla dwojga. Ale nie to chciałeś usłyszeć, co? – Pokręciła noskiem i spojrzała mi w oczy. – No, wyrzuć to z siebie, powiedz co ci na serduchu leży.

– Czuję się jakbym… nie wiem… był nie na miejscu. Jakby cały ten hotel mnie przytłaczał.

– Kompleks oszusta.

– A ty co? Mamy drugą psycholog w rodzinie?

– No wiesz, kto z kim przestaje, takim się staje. Poza tym hej, spójrz. – Wskazała mi kartę dań leżącą między nami.

– Co?

– To twój projekt. Ty go wykonałeś, nawet ogarnąłeś uszlachetnienia.

– Według stylu, który wymyśliła Szara Myszka.

– Och, proszę cię. Nikt za ciebie niczego nie zrobił, wszystko przygotowałeś sam. To więcej, niż można powiedzieć o Sebku, który co drugi projekt kalkuje z Freepika! A jakoś nie słyszę, żeby on narzekał na brak pewności siebie. Uszy do góry, bez ciebie nie udałoby nam się nic zrobić.

Coś tam mruknąłem, na co ona bez jebania o to, czy prezes nas zobaczy, zbliżyła się i uścisnęła mnie czule.

– Wierzę w ciebie i kiedy mówię, że wypracowałeś sobie swoją pozycję, to lepiej uwierz, że mówię serio. No słowo daję, jesteście z siorką jak dwie krople wody czasami, tak samo trzeba do was podchodzić. Tylko na pocieszający seks nie licz, to akurat opcja all inclusive tylko dla niej.

Powiem wam, że sama rozmowa wystarczyła żebym poczuł się trochę lepiej i nabrał jakiejś pewności siebie. Podczas późniejszej dyskusji Zuza celowo pytała mnie kilka razy o jakieś nieznaczące rady albo detale dotyczące realizacji, pewnikiem żebym zrozumiał, że jestem jej potrzebny.

Jako bonus za udaną współpracę, prezes hotelu obiecał nam pod ladą sporą zniżkę, gdybyśmy kiedyś chcieli skorzystać z jego oferty. Ja oczywiście nie miałem takich planów, bo umysł anona zawsze będzie anonowy, ale Zuzka skorzystała z okazji i zarezerwowała dla siebie i mojej siorki romantyczny weekendowy pakiet z okazji ich rocznicy, a po przemyśleniu sprawy zrzuciły się jeszcze na trzecie miejsce dla naszej mamy jako prezent urodzinowy.

Pojechały tam we trzy, bardzo sobie potem chwaliły ten wypad. Ale najlepsze, jak jechały w pierwszą stronę i odpaliło im się w samochodzie Private Idaho. To, że zbiegiem okoliczności stanowi dobrą analogię wobec mojego kompleksu to jedno, ale nie o to tutaj się rozchodzi. Zuza, jak wiecie, zawsze kipiała energią, więc jak słuchała czegoś, to często lubiła sobie to śpiewać i przy okazji zachęcać innych obecnych do śpiewania z nią. Moja siorka introwertyczka mocno, więc wcale się do tego nie paliła, mimo że to ona odpowiadała za tę składankę, mama tylko wesoło kiwała głową na boki, a Zuzka co chwila:

– Your own private Idaho! No dalej, dziewczyny! Your own private Idaho! Dajecie!

Nadeszła w końcu solówka, Zuza na moment ucichła, ale była to cisza przed burzą, bo kto zna ten utwór, to doskonale wie, że po niej następuje przezajebista harmonia wokalna Kate Pierson i Cindy Wilson. W momencie, gdy wokalistki zaczęły swój syreni śpiew, Zuza znowu się aktywowała:

– No, księżniczko, to chociaż ty! Zaśpiewajmy razem! Aaa-aaa-aaa-aaa! Zsynchronizujmy się jak to robimy po nocach!

Podobno najgłośniej z tego komentarza śmiała się wtedy nasza mama.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close