Fajnie jest mieć znajomych od wszystkiego, którzy zawsze w czymś pomogą, jakkolwiek losowe by to nie było, ale znajomości to drogi dwukierunkowe, więc czasem zdarza się, że z czystej przyzwoitości trzeba zrobić coś dla kogoś. Tak było na przykład z Szarą Myszką w naszej agencji – w szkole piątki i czerwone paski na koniec każdej klasy, potem skończyła jebane ASP i planowała robić albo drugi kierunek albo jakieś ekstra podyplomowe gówno, a do tego wyjść za mąż, ale w pewnym momencie wszystko pierdolnęło, ona została najpierw zalana, a zaraz potem dostała załamania nerwowego, trafiła do psychiatryka i kiedy wyszła, zrobiła się… nie wiem, taka nienaturalnie cicha, spokojna i niemrawa, stąd nazywam ją właśnie Cichą Myszką. Zero werwy, zero energii, przypominała wykastrowane zwierzę, któremu wszystko jest obojętne. Po powrocie do świata żywych próbowała znaleźć jakąś pracę w zawodzie, ale chuj z tego wyszedł, bo wszyscy jej dotychczasowi znajomi poszli w swoje strony i olali „wariatkę” ciepłym moczem, no i na bezrobociu przesiedziała parę lat, będąc w najlepszym wypadku postrzeganą przez otoczenie nierozumiejące jej problemów za kompletnego lenia, potem załapała fuchę w budżetówce na kolejnych kilka. Przez rodzeństwo czy kogoś poznała przypadkiem Zuzkę, a ta, właśnie trochę z takiego przymusu, wisząc komuś przysługę, zatrudniła ją w swojej nowoagencji, co koniec końców okazało się pomysłem wspaniałym.
Dużo gorszym pomysłem natomiast było zatrudnienie u nas stażysty, takiego suchego typka z wyglądu będącego skrzyżowaniem Bartasa z Verby z Terką. Znaczy się vloggerem, a nie szczylem z mojej licealnej klasy.
Był konkretnie zjebany i gdyby poszedł do ZUSu ubiegać się o grupę inwalidzką z tytułu upośledzenia umysłowego, to by ją dostał od ręki, w dodatku bezterminowo. Skąd się zatem u nas wziął, zapytacie? Już wyjaśniam.
Jeśli pamiętacie, stary Zuzy miał wtyki i znajomości dosłownie wszędzie. Przy nim kontakty jego córki wydawały się skromne i nieznaczące. Kolegował się z jednym wójtem, który zaprosił go do siebie z rodziną na obiad. To było jeszcze na długo, nim w ogóle ją poznałem, byliśmy wtedy ledwie licealistami. Sędzia Andrzej Marian Wesołowski zapakował żonę i dzieci do fury i pojechali. Na miejscu okazało się, że w posiadłości wójta, bo tak, oczywiście mieszkał w posiadłości z jakąś kurwa stadniną, pełnowymiarowym basenem i prywatną kapliczką (!), czekał też na nich arcybiskup.
I teraz kurwa najlepsze, na jego widok stary Zuzki padł przed nim na kolana, pierdolony, ze spuszczoną głową. No ja jebię, podobno jak pierwszy raz Zuza opowiadała to mojej siorce, to sama uklękła, płacząc ze śmiechu i wstydu, bo jako szesnastolatka chciała się pod ziemię zapaść na widok ojca.
Poszli w końcu jeść, i nawet mimo tego, że moja szwagierka wychowała się w bogatym i uprzywilejowanym domu, takich bogactw jak tam to ona nigdy wcześniej i później nie widziała w życiu. Całe pomieszczenie wyglądało ponoć jak żywcem wyjęte z jakiegoś filmu, nawet kurwa łeb dzika nad kominkiem wisiał.
P.S. To prawda.
Jedzenie znaczyło ni mniej, ni więcej tyle, że najpierw zgromadzeni odmówili jakąś modlitwę, a potem gospodarz, czyli wójt, przedstawił Andrzeja arcybiskupowi, zgodnie z poglądem, że hehe, dobrzy ludzie powinni znać dobrych ludzi. Szybko przeszli do rzeczy, czyli przekonywania go żeby zainterweniował w takiej jednej sprawie, bo jego brat cioteczny ostatnio miał drobną stłuczkę, no spieszył się na mszę i ktoś mu niespodziewanie wyleciał na skrzyżowaniu i wymusił z drogi z pierwszeństwem. Wyszło, że to był jakiś chłopaczek nieco starszy ode mnie wtedy, o może dwa lata, który dopiero co zrobił prawko, a wiadomo jak to jest z młodokierowcami, oni powodują większość wypadków, że jak tak można nie mieć oczu dokoła głowy jak się wjeżdża na skrzyżowanie, nieważne czy z drogi z pierwszeństwem czy bez, bla bla bla…
Arcybiskup co chwila tylko przytakiwał głową znad złożonych jak do modlitwy rąk, jak jebany don Corleone.
Skończyło się tak, że sędzia Andrzej Marian Wesołowski obiecał pomóc w tej sprawie i pociągnąć za parę sznurków jeśli tylko będzie w stanie. Nie wiem, co się stało z tym chłopaczkiem, ale znając Polskę śmiem zgadywać, że został konkretnie wyruchany finansowo, bo traf chciał, że brat cioteczny wójta woził się jakąś limuzyną za kilkaset tysięcy. To jednak w sumie nieistotne dla opowieści. Nadszedł wieczór, obiad, czy tam kolacja się skończyła, goście zaczęli się zbierać do wyjścia, wójt ucałował rączki matki Zuzki, a jej ojciec z kolei wyciągnął rękę do arcybiskupa, w której miał zrolowane dwie stówki. Tak jest, skurwysyny. To on miał wyświadczyć im przysługę, a skończyło się na tym, że jeszcze arcybiskupowi za ten przywilej zapłacił! No ja jebię, to jakieś odwrócone do góry napletkiem quid pro quo.
Całą drogę do domu podobno był w wyśmienitym humorze i bez przerwy pierdolił, że z tego wójta to dobry gość i praworządny katolik, bo gdyby takim nie był, to przecież boge nie obdarzyłby go takimi bogactwami. Nie dalej niż tydzień od tego obiadu sędzia Andrzej Marian Wesołowski miał wypierdolić wszystkie graty ze schowka w korytarzu i zrobić w nim sobie kapliczkę, bo tak zazdrościł tej wójta.
No dobra, ale co to ma wszystko, kurwa, wspólnego z naszym stażystą? Otóż był siostrzeńcem tego wójta. Pierwszego dnia przywiózł go do naszego biura szofer, bo chłopaczek był tak kurewsko tępy, że nie potrafił nawet ogarnąć rozkładu jazdy pociągów albo busów, mimo że, kurwa, studiował w sąsiednim mieście. Ojcowie jego i Zuzy próbowali ich trochę swatać swego czasu, bo młodzi znali się pobieżnie dzięki takim szemranym spotkaniom towarzysko-biznesowym jakie opisałem wyżej, a poza tym fajnie byłoby połączyć oba rody, ale Zuzka była dla Matiego zbyt szalona, a Mati dla Zuzki zbyt nudny i tępy. A potem, jak wyszło szydło z worka i Zuza wyjawiła rodzicom, że jest bi i w dodatku w szczęśliwym, stabilnym związku z kobietą, to już w ogóle rozjebała im wszystkie misternie knowane plany. Nie żeby wcześniej nie próbowała, bo ostro dziadziusiowała starych nie raz, nie dwa, ale wtedy wreszcie jej się to udało w pełni.
Matiego zatrudniła na ten staż w formie pracownika biurowego, bo mimo wszystko wójt był zawsze dla niej w porządku, a ona nie widziała powodu żeby go nie zatrudniać, skoro za wszystko będzie płacić urząd pracy. Nie wiedziała jeszcze, jakim debilem Mati naprawdę jest.
Stażysta miał nam pomagać przy sprawach biurowych, czyli innymi słowy być asystentem od wszystkiego i niczego zarazem. Jak trzeba było coś wyliczyć, skatalogować, wydrukować, wysłać albo poszukać, to on miał to robić. Bardzo wziął sobie do serca tę funkcję i nie powiem, jak Zuza mu coś mówiła, to robił to bez zająknięcia. Sęk w tym, że na początku robił cokolwiek tylko wtedy, gdy Zuza mu coś mówiła. Reszty zespołu nie słuchał, traktował nas jak śmieci, uważając chyba, że jest jej osobistym asystentem i zarazem drugą najważniejszą osobą w biurze.
Szybko sprowadziliśmy go na ziemię, ale zanim to nastąpiło, zrobił nam ostry przypał przed jednym ważniejszym klientem. Gość był ekscentrycznym prezesem firmy budującej domy i uważał, że dzięki reklamie zabłyśnie i jego projekty będą zdobywały tysiące lajków w sieci i będą o nich mówić w każdej gazecie i na każdej stronie tematycznej. Też go szybko sprowadziliśmy na ziemię, ale każdego miesiąca przynajmniej raz wpadał do nas do biura na poważną naradę z Zuzą w sprawie dalszych strategii marketingowych, zaakceptowania propozycji postów w społecznościówkach i tym podobnych. Zwykle trwało to coś koło godziny-dwóch, bo był gadułą nawet większą od niej.
Tego dnia siedzieli właśnie w jej gabinecie, podczas gdy cała reszta naszej ekipy pracowała tudzież opierdalała się w dużym pokoju robiącym za nasze centrum operacji. Dochodziło południe, zrobiłem się trochę głodny i zapytałem Sebka-Łokietka, Myszkę i Matiego czy nie chcą czegoś z Biedry, bo idę kupić sobie jakieś gęsiwo.
– Ale przecież nie można ot tak wychodzić z pracy! – Oburzył się ten ostatni, jebany służbista.
– Można, i właśnie to robię. – Odburknąłem, biorąc od Myszki kasę na jakieś ziółka uspakajające.
– Ale… tege… nie można, powiem Zuzannie!
– To mów. Przy okazji możesz się jej zapytać czy też coś chce.
Nie przyszłoby mi do głowy, że idiota naprawdę pójdzie się jej poskarżyć. Pobiegł do drzwi jej gabinetu, otworzył je i rozjebał to jej spotkanie służbowe, donosząc jej, że chcę bez odgórnej zgody iść do sklepu i że śmiem sobie żartować z jego poważnej osoby, każąc mu się jej retorycznie zapytać czy czegoś chce. Myszka to myślałem dostanie jednego ze swoich ataków paniki przez kretyna, jak rozpoczął swoją tyradę.
Szwagierka ze spokojnym wyrazem twarzy, ale z zimną furią w oczach, wyprowadziła go z gabinetu i szepnęła mi jeszcze żebym kupił jej czarne Frugo. Przytaknąłem, ona wróciła do prezesa, i gdy już zbierałem się do wyjścia z biura, wybiegła raz jeszcze, bo prezes zapytał, czy mógłbym przy okazji mu kupić jakąś ice tea, bo go suszy trochę po oddaniu dzień wcześniej klientowi domu pod klucz, co oczywiście wszyscy uczcili.
Druga akcja z niechlubnym udziałem Matiego miała miejsce w ostatniej minucie ostatniej godziny ostatniego dnia jakiegoś przetargu. Jeśli jeszcze wam nie powiedziałem, to teraz mówię – w biurze robiliśmy prawie że wszystko na absolutnie ostatnią chwilę. Od poniedziałku do czwartku luz i opierdalanie się, w piątek zapierdol żeby zdążyć ze wszystkim, co się w tygodniu nagromadziło. Groziłoby to poważnymi problemami dla naszego zdrowia fizycznego i szczególnie psychicznego, ale chuj w to, bo w czteroosobowym zespole jedna miała stwierdzoną hiperaktywność, druga nerwicę, depresję, agorafobię i lęki, trzeci depresję, a czwartemu łokieć sam wygrywał „intergalactic planetary, planetary intergalactic”2 za każdym razem, gdy wyciągał rękę po kubek. Także gorzej być nie mogło.
Gdy składaliśmy jakąś ofertę na dowolne zapytanie, w dziewięciu przypadkach na dziesięć wysyłaliśmy je na ostatnią chwilą przed upłynięciem deadline’u, dostając z nerwów palpitacji, bo gdyby przycięło nam internet albo po drodze coś się stało i mail nie dotarł przed wybiciem umówionej godziny, to nasza praca poszłaby na marne, nawet nie zostałaby rozpatrzona. Także stawka była wysoka.
W krytycznych sytuacjach, gdy nie udawało nam się wyrobić ze wszystkim na czas, Zuza wysyłała maila z częścią załączników, a potem dla „pewności” dzwoniła, prosząc zleceniodawcę o potwierdzenie, że wszystko bezpiecznie doszło. Oczywiście parę minut później dostawała odpowiedź zwrotną, że jest tylko część tego, co wymagane, co ta zwalała na błąd sieci i obiecywała dosłać brakujące pliki tak szybko, jak to tylko możliwe.
Nie zdarzyło się, żebyśmy choć raz zostali wykluczeni z przetargu przez taką inbę. Ale jednym razem było blisko. Zgadnijcie z czyjego powodu?
Nie pamiętam czego dotyczył ten konkretny przetarg, ale mimo wysokiego tempa pracy nie udało nam się wyrobić czasowo i Zuza wysłała mailem część skleconej na kolanie dokumentacji, podczas gdy Seba z Myszką coś tam jeszcze modzili.
Nie wiem dlaczego, ale Mati w tym momencie postanowił urządzić samowolkę i zadzwonić do zleceniodawcy. Znał najwyraźniej procedurę, tylko że zawsze dzwoniła osobiście szefowa. Może chciał jej ulżyć albo się przypodobać, nie wiem, ale podczas gdy nasza czwórka dyskutowała o tym, co jeszcze Sebek z Myszką mogą poprawić, żeby nasza oferta naprawdę dobrze się prezentowała, on za naszymi plecami wykręcił numer i:
– Halo? Dzień dobry. Mati z agencji Viszą & Viszą, chciałbym poinformować panią, że nie wysłaliśmy kompletnej oferty.
Zuzka się poderwała, łaps mu za telefon i zaczęła tłumaczyć, że wysłaliśmy komplet, ale mieliśmy tego popołudnia problemy z wi-fi i byłaby bardzo wdzięczna, gdyby sprawdzono kompletność naszego maila.
– Ale Zuzanno, przecież Seba robi teraz…
– Zamknij się i nic nie mów. – Syknął mu Seba, przykładając palec do ust. Myszka w tym czasie rzęziła za swoim monitorem, bo dostała ataku paniki przez idiotę-stażystę.
Przetargu koniec końców chyba nie wygraliśmy, ale przynajmniej nie zostaliśmy zdyskwalifikowani za niedotrzymanie terminu złożenia oferty.
Trzecia inba Matiego w sumie nie była zabawna z jego powodu, ale to on odegrał w niej centralną rolę. Wróćmy na moment do jego ojca, wójta od kapliczki i dzika nad kominkiem. W jego wsi były trzy przyległe do siebie pola – lewe należące do jego ziomeczka, środkowe należące do menela z wbitym użytkowaniem wieczystym ziem i niezdolnością do pracy orzeczoną przez ZUS, i prawe, które właściciel wystawił na sprzedaż i zainteresował się nim jakiś inwestor.
Ziomeczek wójta szybko nawiązał z inwestorem kontakt, otrzymawszy od przyjaciela niedostępne dla publiki informacje, i padł pomysł, by zwiększyć skalę całego projektu i postawić w tym miejscu cały kompleks magazynowy. Był jeden problem – środkowe pole. Wiem tyle, że jego zapijaczony właściciel nie chciał go sprzedawać, bo i dlaczego miałby? Miał użytkowanie wieczyste i rentę, więc żył tam i żarł, w gruncie rzeczy nie wadząc przy tym nikomu. Nikomu poza sąsiadami, którzy narzekali, że to jedna wielka melina, tym bardziej, że wieś przeradzała się w kolonię dla klasy średniej wyższej, migrującej tam z miast i budującej posiadłości tak jak w sumie starzy Zuzy wcześniej.
Skoro więc nie chciał ziemi sprzedać, trzeba było zorganizować jakąś akcję żeby się go stamtąd pozbyć. Na dniach znikąd zaczęły się na jego posesji pojawiać góry śmieci i z każdą jedną nową na policję wpływał tuzin nowych skarg od sąsiadów, którym to przeszkadzało. Po nocach ulicą przechadzały się napierdolone do nieprzytomności Janusze i Seby, drąc ryje, rzucając butelkami, a potem nagle znikały bez śladu, dotarłszy do skrzyżowania. Potem wpłynęły jakieś anonimowe skargi do ZUSu, że właściciel środkowej posesji jest zdolny do pracy i tylko udaje niezdolnego, przepierdalając rencinę na chlanie. Dostał więc termin orzeczenia lekarskiego, pojechał skacowany do ZUSu i okazało się, że jednak jest zdolny do tej pracy! Nie wiem, czy lekarza orzecznika ktoś przekupił, czy sam z siebie wystawił taki a nie inny werdykt, ale koniec końców do sądu ojca Zuzy wpłynął wkrótce jakiś guwnowniosek przeciwko temu dziadowi, tylko nie wiem, czy to było coś związanego z sądową eksmisją, czy może zakłócaniem spokoju i negatywnym wpływem pijusów i śmieci na całą wieś. Wiem tyle, że typ miał zostać po wydaniu wyroku wyjebany z tego swojego pola.
W międzyczasie wójt dał właścicielowi lewego pola i inwestorowi od prawego namiary na naszą agencję, dając im oczywiście do zrozumienia, że pracuje tam jego syn i przy okazji córka dobrego znajomego, dzięki któremu skutecznie wypierdolą ze środkowej posesji pijaka. Wszyscy sobie pomogą przy tej inwestycji, ręka rękę umyje.
Zjawili się we dwóch w naszym biurze, chcąc gadać z Matim, bo chyba myśleli, że pełni funkcję prezesa, a nie chłopca na posyłki, który i tak z tym nawet miał problemy, bo jak go kiedyś wysłaliśmy do Biedry po chipsy i Liony, to skurwysyna nie było dwie godziny. Wyglądali jak żywcem wyciągnięci z jakiegoś filmu o mafii – jeden łysy, barczysty, w ramonesce, drugi w czarnym garniaku, czarnej koszuli z czarnym krawatem i w czarnych okularach.
Zaprowadził ich do gabinetu szefowej, przysiadł się obok niej i ułożył na biurku ręce, czekając na rozpoczęcie poważnych dyskusji na burzliwe czasy, taki z siebie dumny, że doszedł wreszcie na szczyt kariery w agencji.
– Napiją się panowie czegoś? – Zapytała Zuza gości.
Przytaknęli, mówiąc, że z przyjemnością napiliby się jakiejś kawki czy herbatki. Na co ona od razu:
– Mati, podasz panom napoje?
Jak wypierdolił z gabinetu, to myślałem, że zostawił w domu włączone żelazko albo ktoś mu spadł z rowerka. Szara Myszka i tak miała sobie parzyć melisę na uspokojenie, więc poszła za nim do kuchni żeby zobaczyć o co kaman. Zapytała go czy coś się stało, a on:
– NIC! – Pisnął, zanosząc się szlochem.
– Mati… czy ty… płaczesz?
– NIE! DAJ MI SPOKÓJ, CO?! PILNUJ WŁASNYCH SPRAW!
Jak parę minut później szedł do gabinetu z tacą i szklankami, to ukradkiem zauważyłem, że ma czerwone oczy i policzki, bo szefowa sprowadziła go niechcący na ziemię, pokazując przed klientami, że nie jest jej zastępcą, tylko zwykłym chłopcem na posyłki.
Typy w ogóle zjawiły się u nas z prośbą wykonania paru bilbordów i szyldów mających promować ich magazynową inwestycję. Chuj tam, że w momencie, gdy do drukarni wysłaliśmy projekty, oni dopiero zaczęli podrzucać pijaczkowi od środkowego pola śmieci na posesję, ale już mieli wszystko odgórnie zaplanowane i wiedzieli, że przejęcie jego ziemi jest tylko kwestią czasu i mogą zainwestować trochę kasy we wczesny marketing.
[2] Beastie Boys – Intergalactic
