Weekend w górach

Dziewczyny nie od razu znalazły sobie wymarzone mieszkanko. Podejmowały kilka nieśmiałych prób, szukając jakiegoś lokum w pobliżu swojej alma mater, i początkowo trafiły na patologiczne osiedle dziesięciopiętrowców, przy którym to na rewirze prezentowało się całkiem cywilizowanie. Iza zdążyła obronić już dawno magisterkę, ale póki co nie udało jej się załapać do żadnej pracy w zawodzie, więc była pełnoetatową baristą w kafejce, w której poznały się z Zuzą. Spierdoliły z osiedla czym prędzej, po najwyżej kwartale, gdy moja siorka załapała się wreszcie na praktyki w przychodni w naszym rodzinnym mieście, i przy okazji pod ich ówczesnym blokiem pojawiły się jakieś plakaty „strefa wolna od LGBT”. Może to efekt reflektora, a może ktoś rzeczywiście coś do nich miał, ale bez względu na to, co było na rzeczy, przeniosły się do nowej lokacji o może dziesięć minut drogi od rewiru, co dało nam szanse na regularne spędzanie razem każdej możliwej wolnej chwili, o ile tego chcieliśmy. W czasach, gdy pracowaliśmy w agencji, na przykład, z Zuzą widywałem się średnio sześć razy w tygodniu – od poniedziałku do piątku w pracy i w niedzielę na maminym obiadku. Czasem częściej, gdy wyskakiwaliśmy do kina albo gdzieś indziej. Weźmy na przykład spontaniczną weekendową inbę, jaka odkurwiła się z jej inicjatywy.

Była sobota, godzina szósta rano, jeśli nie wcześniej. Wciąż słodko śpiąca Iza poczuła, że Zuzka ją szturcha i próbuje wybudzić, pytając przyciszonym głosem czy już wstała.

– Teraz już wstałam… dzięki za pobudkę… która godzina?

– Koło szóstej. Słuchaj, piękna, może pojedziemy do parku linowego? Kolega bardzo sobie chwalił, był w zeszłym miesiącu i tak pomyślałam, że mogłybyśmy się tam wybrać.

– Park linowy? Rany, no… Zuzia, żartujesz?

– A co? Masz jakieś plany na weekend?

Nie mogła powiedzieć by miała, jak to przystało na nieśmiałą introwertyczkę, która wolne dni wolała spędzać w domowym zaciszu, z książką albo pilotem w ręce.

– Będzie fajnie, zobaczysz! No proszę, proszę, proszę, proszę, proszę…

– Miałam zajęcia z szantażów emocjonalnych, wiem doskonale jak działają, wiesz?

– Hej, ja cię wcale nie szantażuję emocjonalnie. Po prostu pytam, czy chciałabyś pojechać na romantyczną wycieczkę w najbardziej doborowym towarzystwie na świecie.

– Co jest romantycznego w parku linowym?

– Ty ubrana w szorty, zlana potem tak, że widać ci pod mokrą bluzką stanik. Bardziej romantycznego widoku sobie w tej chwili nie wyobrażam. No chyba że go nie założysz, wtedy to wiadomo, inna liga.

Dziesięć minut później i kilka kilometrów dalej Zuza wybudziła drugie z rodzeństwa. Na ślepo odnalazłem dzwoniący telefon ręką i odebrałem go.

– Halo? Zuza? – Wymamrotałem.

– Heja, Miśku. Jedziesz z nami do parku linowego?

– W roli przyzwoitki?

– No trochę to tak, ale obiecuję, że będzie fajnie. Jak chcesz, to obdzwonię jeszcze paru naszych wspólnych przyjaciół, co?

– Powodzenia. Jeśli naszą dwójkę ledwo co obudziłaś o tej porze, to krzyżyk na drogę z budzeniem innych.

Zuzka mimo to spróbowała, ale nikogo poza mną nie udało jej się zwerbować. No w sumie to do nikogo nie udało jej się nawet dodzwonić, zacznijmy od tego.

Minął kwadrans, dziewczyny podjechały pod blok, załadowałem się do ich Civiczki z butelką herbatki i jakimiś kanapkami, no i w drogę. Wyjechaliśmy z dzielnicy, Zuzka skręciła na trasę i tak spokojnie parliśmy przed siebie przez ładne pół godziny, gdy nagle moja siostra, chyba wreszcie obudziwszy się na tyle, by zacząć logicznie myśleć, zapytała ją o najbardziej oczywistą rzecz:

– Hej, Zuziak, gdzie jest w ogóle ten park linowy?

– W Zakopanem. – Odparła beztrosko.

Kurwa mać, odpowiedź bardziej losowa od solówki na saksie u Rivers of Nihil, bo Zakopane było chyba pół dnia drogi od naszej aktualnej pozycji.

Izka od razu wpadła w bardzo rzadką dla siebie wściekłość, kazała dziewczynie natychmiast zjechać na jakiś parking albo lepiej w ogóle zawrócić.

Przystanęliśmy koło jakiejś stacji, kłótnia jak skurwysyn, aż mi wróciły wspomnienia z dzieciństwa i tego, co działo się między naszymi rodzicami, słysząc te dwie.

– Chcesz kilka godzin jechać do jakiegoś parku?!

– No. Podobno fajnie tam jest, no nie rozumiem czemu się wściekasz, skarbuś…

– Dlaczego nam nie powiedziałaś, że chcesz tak daleko jechać?!

– Nie pytaliście!

Siostra złapała się za głowę, ja nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać, ale jedno, czego byłem pewien, to tego, by się nie odzywać i czasem wpierdalać między kieliszek a zakąskę, bo jeszcze oberwałbym obustronnym rykoszetem.

Do Zuzy chyba dotarło, że przesadziła, ponieważ spuściła z tonu i przepraszająco powiedziała po chwili niezręcznej ciszy:

– Nie złośćcie się… co z tego, że jest daleko? Rodzinny wypad to rodzinny wypad? Może trochę dłużej posiedzimy w samochodzie, ale to chyba drobiazg, co nie? Przed obiadem będziemy na miejscu.

Zdziwiłem się, bo oczekiwałem po niej, że będzie dalej się przegadywać, a tu proszę. Sukces stabilnego i udanego związku to współpraca, kompromisy i zrozumienie drugiej połówki, która nawiasem mówiąc też była wielce zaskoczona jej reakcją.

Pogadaliśmy na spokojnie kilka minut, popijając herbatkę, i doszliśmy do wniosku, że skoro już jesteśmy w drodze i żadne z nas nie ma innych planów na weekend, to równie dobrze możemy jechać do tego jebanego Zakopanego, czemu nie?

Zuzka miała rację – na miejsce dotarliśmy w okolicach południa, a pewnie moglibyśmy wcześniej, gdybyśmy tylko nie musieli robić sobie przerw żebyśmy z siorką złapali oddech i ogarnęli chorobę lokomocyjną. Oboje dostawaliśmy jej tylko jako pasażerowie i tylko wtedy, gdy kierowcą był wariat. Civiczka dziewczyn koło V-Techa nawet nie stała, co nie przeszkadzało Zuzce traktować ją jakby miała go pod maską, piłując ją jak na rajdzie, więc sama podróż była dla naszej dwójki bardziej emocjonująca niż cokolwiek, co zobaczyliśmy w parku linowym. Co nie zmienia faktu, że spędziliśmy tam bardzo miło dzień, do tego stopnia, że zapomnieliśmy pilnować godziny i gdy wróciliśmy na parking, dochodziła ósma, więc przy naszym tempie wrócilibyśmy do domu o drugiej nad ranem.

– Mam pomysł. – Rzuciła Zuza. – Wynajmijmy sobie jakiś domek na noc.

– Zuzia, żartujesz? Przecież nie mamy nawet ubrań na zmianę.

– No i co z tego? No to kupmy jakieś. Wielki problem. Sklepy są jeszcze otwarte.

– Mówisz poważnie?

– Śmiertelnie. No nie dajcie się prosić. Macie do wyboru albo to albo kilka godzin jazdy po ciemku i gdy wrócimy, to stuknie prawie doba odkąd którekolwiek z nas zmrużyło oko. To co?

Siorka nie odpowiedziała, tylko wzięła mnie za rękę na stronę.

– Proszę, przemów jej do rozsądku, bo ja już nie mogę. Albo przynajmniej stań po mojej stronie i razem powiedzmy zdecydowanie, że wracamy.

– Hej, spokojnie. Też mi się ten spontan nie podoba, ale nie widzi mi się jazda po nocy. Jesteśmy wszyscy wymęczeni, głodni…

– Czyli co?

Spojrzałem na opartą o samochód Zuzkę, która puściła mi zawadiacko oko i buziaka w duecie.

– Nie wiem. Może faktycznie kimnijmy się w jakimś hotelu albo domku? Marne z nas dwojga nocne sowy. Wrócimy jutro po południu, może wcześniej pozwiedzamy Krupówki, skoro już jesteśmy w okolicy.

Siorka stuknęła mnie palcem wskazującym w pierś, przygryzając przy tym dolną wargę w wyrazie mocnej frustracji.

– Zdrajca. – Fuknęła rozjuszona.

Wpadliśmy do jakiegoś pierwszego lepszego marketu żeby kupić szczoteczki, szampon i cottony na zmianę, Zuza sprawiła sobie jeszcze koszulkę z wielkim napisem „I Love Zakopane”. Siorka wygooglowała jakiś relatywnie tani kemping paręnaście kilometrów za miastem, gdzie zawitaliśmy już po zmroku i wynajęliśmy sobie jeden z tych uroczych drewnianych trójkątnych domków wyglądających jak kawałek sera albo tortu. Właściciel był nawet na tyle miły, że pożyczył nam grilla, bo zobaczył, ze przyjechali idioci miastowi z bagażem podręcznym w postaci jednej reklamóweczki z Biedry.

Na kolację zjedliśmy sobie szaszłyki z tymi słynnymi oscypkami i… kurwa, powiem wam, że nie czułem się tak szczęśliwie i lekko chyba od lat. Wokoło nieprzenikniona czerń, pomijając jarzące się węgielki, kompletna cisza pomijając nasze śmiechy i bzyczenie komarów, zero zmartwień, zero nerwów, po prostu nas troje poza czasem i przestrzenią.

Posiedzieliśmy tak do późnego wieczora, póki chłód nie zaczął dawać nam się delikatnie we znaki, bo oczywiście mieliśmy luźne sportowe ubrania i nic więcej.

Dziewczyny zaklepały sobie sypialnię na górze, ponieważ zgodnie z argumentacją Zuzy było tam romantycznie, a ja, głupi, nie wyczułem pisma nosem i potem do drugiej w nocy musiałem wysłuchiwać skrzypienia desek nad głową. Nie wiem, co nastąpiło jako pierwsze – czy ja usnąłem, czy skrzypienie ustało. Naprawdę nie wiem.

Rano przysiedliśmy do stolika turystycznego we trójkę, wszyscy niewyspani, rozczochrani, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że w złych humorach. Jakkolwiek randomowo spontaniczny cały wyjazd by nie był, okazał się całkiem w dechę.

– I co? Nie mówiłam, że będzie fajnie? – Zagadała nas Zuza, jakby czytając mi w myślach.

Zgodziłem się z nią bez namysłu.

– No. – Odparła lakonicznie moja siorka, uśmiechając się delikatnie, pewnie na myśl o dogłębnej nocnej rewaluacji wszystkich „za” i „przeciw” wyjazdu, jaką przeprowadzała z Zuzką. – Kocham was, wariaci.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close